fbpx

JKM: To nie rząd decyduje, co jest małżeństwem

OPINIA: To nie rząd decyduje o tym, co jest małżeństwem, tylko język – stwierdził w programie TVP Info WCz. Janusz Korwin-Mikke.

 

– W języku polskim małżeństwem nazywa się związek zawarty nie po to, aby się bogacić, tylko po to, aby mieć dzieci. To jest sens małżeństwa w odróżnieniu od spółki cywilnej. W związku z tym mężczyzna nie może zawrzeć małżeństwa z wielorybem, ewentualnie z szympansicą, bo tu może być dziecko przy odrobinie pecha, ale na pewno nie z drugim mężczyzną. Rząd nie ma prawa mówić mi, kogo ja mam nazywać małżeństwem, bo to jest kwestia języka, a nie kwestią rządu – mówił p. Korwin-Mikke. – Związek dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet z definicji nie może mieć dziecka, w związku z tym nie może być małżeństwem i tyle – dodał poseł Konfederacji.

 

Zobacz także: Korwin o małżeństwie z wielorybem i szympansicą

 

Źródło: dorzeczy.pl

140 thoughts on “JKM: To nie rząd decyduje, co jest małżeństwem

  1. Pier. du, pier. du…

    Pier. doń twierdzi, ze w Polsce jest prześladowany.
    Hymmm… W ramach prześladowań jest posłem wybrany?!…

  2. Programu nie oglądałem (bo TVP info się brzydzę) a to jest opinia wyrwana z jakiejś polemiki i jest tylko opinią. JKM ma w niej rację – jak co nazywamy to sprawa języka choć obecnie funkcjonujące określenia mogą za 10 czy 100 lat oznaczać całkiem co innego…
    Problem jest taki: co właściwie, w związkach między ludźmi (a może nie tylko), powinno/może być interesującego dla szeroko pojętego PAŃSTWA (czyli po kiego grzyba “Państwo” rejestruje związki)??? Przykładowe (bo to kwestia wyobraźni) opcje mogą być takie:
    – Może, zgodnie z postulatem pana “Pis to (itd.) …”, NIC (interesującego dla “Państwa”)? Wówczas “Państwo” rezygnuje z rejestrowania jakichkolwiek związków i wszelkiej maści kontestatorzy tradycyjnej definicji małżeństwa tracą sens walki o szeroko rozumiane “związki partnerskie”?
    – Może jeśli za najistotniejsze uznamy doktrynalne przestrzeganie Katechizmu (pomińmy opcje innych religii), “Państwo” powinno się interesować wyłącznie monogamicznymi związkami kobiety z mężczyzny.?
    – Może, jeśli najistotniejsze będzie płodzenie dzieci (więcej obywateli – to może być ważne dla “Państwa”) to już niech to sobie będą związki wielu (wciąż jednak różnopłciowych) osób (np. Mormoni)?
    – Jeśli z kolei np. w gestii “Państwa” ma leżeć różnicowanie (np. fiskalne, choć kryteria można mnożyć) ludzi na “w związkach” i “nie w związkach” to już obojętna jest płeć i ilość osób w związku, ba, niekoniecznie to muszą być ludzie (szympansica) a nawet istoty żywe. Wówczas również traci sens walka o “związki partnerskie”.
    Kiedyś, być może, jakaś większość w parlamencie albo w referendum to rozstrzygnie, ale my, dzieci tradycji katolickiej, przez “małżeństwo” wciąż będziemy rozumieć związek mężczyzny i kobiety…

  3. ps. dla nas chrześcijan – katolików, ale prawosławni też są oki (vide ich nabożeństwa cerkiewne, pobożność, śpiew, liturgia, mariologia, ikony – u nas np. w Częstochowie)…

  4. dla nas chrześcijan decyduje o tym: Biblia (ST/NT), KKK, tradycja, 2000 lat, cywilizacja łacińska, zachodnia, kultura, obyczaje europejskie, normy, prawo stanowione, naturalne, przykład naszych ojców i dziadów. Amen

  5. No i bardzo słusznie. Dlatego właśnie bardzo liczę, że Konfederacja poprze projekt ustawy PO “O związkach partnerskich”, która uwzględnia te zastrzeżenia i dlatego nazywa związek dwóch osób tej samej płci “związkiem partnerskim” a nie małżeństwem.

    1. Nie tędy droga. Trzeba znieść państwowe małżeństwa, bo małżeństwo to sprawa prywatna, a nie państwowa.

      1. Można znieść państwowe małżeństwa, ale wprowadzić właśnie związki partnerskie, jako instytucje o charakterze prawno-majątkowym. Żeby było wiadomo, kto po kim dziedziczy, kto odpowiada za czyje długi, kto odpowiada za dziecko, które zbije szybę itd.

        1. Po kiego grzyba państwo ma to regulować? Sądy powinny rozstrzygać kwestię dobrowolnych umów między ludźmi. Ktoś kto pożycza komuś pieniądze powinien się zabezpieczyć odpowiednią umową.

          1. Świetny pomysł, zapchać sądy każdym możliwym pierdnięciem. Już dzisiaj rozprawy w Polsce ciągną się po kilka lat, ale niech trwają przez dziesięciolecia, kuc problemu nie dostrzega, w końcu, jak sama nazwa wskazuje, jest tylko małym konikiem, z małym móżdżkiem.

          2. Ruch na drogach jest bardzo duży, rozwiązaniem tego problemu przez sinceritas jest zaprzestanie produkcji samochodów.

          3. Raczej: jego rozwiązaniem jest zwiększenie produkcji samochodów. Moje rozwiązanie nie wynika z mojej wypowiedzi, jesteś słaby z logiki.

          4. Masz rację, wszystkimi pierdnięciami powinien zajmować się premier.

          5. I tak nic nie robią, zajmują się pierdołami takimi jak np. skazywanie artystów za “nieśmieszność” czy zamykanie ćpunów. Dlatego trzeba maksymalnie uprościć prawo i zreformować sądy – czyli np. wprowadzić roczki sądowe i sądy kapturowe (powołać sędziów katonów).

          6. Poza tym myślisz, że spraw sądowych dłużników jest mniej dzięki magicznym regulacjom państwa? Jeśli tak myślisz no to trudno, żyj sobie dalej w tej błogiej nieświadomości.

          7. “Ktoś kto pożycza komuś pieniądze powinien się zabezpieczyć odpowiednią umową”.

            Dlatego właśnie za wzrost biurokracji odpowiada nie żaden mityczny socjalizm, tylko właśnie kapitalizm. To w kapitalizmie jest od ch**a umów, CV, listów motywacyjnych, portfolio i innego dziadostwa. W socjalizmie można wiele spraw załatwić bez umów – w oparciu o metodę nakazowo rozdzielczą, co eliminuje rozmaite papierzyska. W PRL, jak Warszawę zasypał śnieg i brakowało pługów, to wystarczył rozkaz pierwszego sekretarza i pomoc szła z Wrocławia. Bez zbędnej papierkologii, bez ociągania się. A teraz? Teraz jest tak, że jak jedzie pług pchany przez ciągnik po chodniku, to jak jest jakaś boczna ścieżka, którą dobrze byłoby odśnieżyć, to nie – kierowca palcem nie kiwnie. Jak masz blok przy głównej ulicy, to odpowiednie służby przystrzygą żywopłot od tejże ulicy, ale już z boku bloku, albo od drugiej strony – nie. Kiedyś to było nie do pomyślenia.

          8. No tak, milicyjną pałą da się wszystko załatwić.

          9. Akurat ricco ma rację, bo państwo totalitarne jest w stanie znacznie zredukować biurokrację. Nie ma zafajdanych umów, więc i papierkologia nie jest potrzebna. To oszczędza dużo czasu poświęcanego na zawiązywanie miliardów bilateralnych umów. Co ciekawe, wielu liberałów-utylitarystów jest zwolennikami takowego minimalizmu. Z jednej strony są zwolennikami wolności, z drugiej opowiadają się za jak największym ulżeniem ludziom i uproszczeniem życia. Problem pojawia się w momencie, gdy zdadzą sobie sprawę, że w warunkach rynkowych z tą papierkologią wcale nie jest aż tak różowo, bo z jednej strony znikną regulacje i obciążenia państwowe, ale zaraz potem pojawią się prywatne. Z deszczu pod rynnę. Państwo totalitarne ze względu na to, że olewa ludzką prywatność może np. doprowadzić do sytuacji, że wszystkie wrażliwe dane ze służby zdrowia oraz wymiaru sprawiedliwości będą dostępne w jednym miejscu. O ile łatwiej jest wtedy lekarzom podejmować decyzje na temat pacjentów, kiedy wiadomo wszystko na temat ich obecnych i byłych schorzeń. System ubezpieczeń może efektywniej planować przyszłe kosztorysy, itd.

        2. Za jakie dziecko, które zbije szybę? Jakie dziecko, ja się pytam. Ano oczywiście. Jak się zalegalizuje związki pedalskie, to następny wasz krok, to będzie wymuszanie zalegalizowania adopcji dzieci przez zboczeńców. Wyprowadź się z Polski, jak tęsknisz za takimi rzeczami.

          1. A czy istnieje takie prawdopodobieństwo, choćby najmniejsze, że zboczeniec, lepiej wychowa dziecko niż niezboczeniec?

  6. Język potoczny to jedno, a język prawniczy – drugie. Znaczenia słów w języku potocznym podlegają ciągłym zmianom – przykładowo słowo “kuc” oznaczało kiedyś karłowatą rasę konia, albo element fryzury, a dziś oznacza także korwinistę. Nie można więc powiedzieć, że język coś definiuje, gdyż definicja musi być jednoznaczna i precyzyjna, a język potoczny taki po prostu nie jest. Gdybyśmy musieli sztywno trzymać się definicji językowych, to wyborcy Konfederacji musieliby zacząć jeść siano i wozić małe dzieci na grzbietach – czy na pewno tego chcecie?

    1. Małżeństwo, mimo dynamiki języka, nadal jest to “spółka” założona w celu spłodzenia dzieci. Czy termin “związek partnerski” nie wystarcza parom jednopłciowym? Koniecznie musi to być “małżeństwo jednopłciowe”?

      1. Małżeństwo to “spółka” założona w celu złożenia sobie przysięgi miłości i wierności, “i że nie opuszczę Cię aż do śmierci”. Nie ma takiego warunku, że muszą być dzieci. No i wiążą się z nim też różne uproszczenia formalne.

        1. “Mał-żęństwo” – Ewidentnie nazwa wywodzi się się od małżonka i żony którzy po zawarciu umowy stają się jednością i stąd “małżeństwo. Nie ma potrzeby zmieniania pojęć, tym bardziej, że umowa dwóch gejów w ogóle nie pasuje do nazwy małżeństwo, bo żaden z nich nigdy nie będzie żoną, to jest niemożliwe, no ale jeśli mężczyźni chcą zawłaszczyć dla siebie również pojęcie żony to ja protestuje, to jest wbrew prawom kobiet. Jednak Polski język roz*****ala system. Pojęcia można zmieniać dowolnie można nazwać rękę nogą, ale na ch*j się w to bawić, to nie ma sensu.

          1. Ewidentnie nie potrafisz korzystać ze słownika etymologicznego. Małżonek i małżeństwo to słowa wywodzące się od małżony, czyli “żony pojętej na mal (umowę)”.

          2. Skąd wiesz, że nie umiem korzystać? 🙂 Po prostu nie skorzystałem tylko strzeliłem i prawie trafiłem. Skoro to się wyodrębniło od “żony”, a nie od “małżonka” – bo słowo “małżonek” powstało później, to sam widzisz, że to nie pasuje do dwóch gejów, bo gej nie może być żoną. Czyli miałem rację – umowy zawartej przez dwóch gejów nie można nazwać “małżeństwem”, bo to kompletnie nie pasuje.

          3. Jeśli już coś udowodniłeś, to to, że etymologia nie ma żadnego praktycznego znaczenia, skoro nawet tak niezwykle światły umysł, jak Twój, potrafi sobie w życiu poradzić bez znajomości pochodzenia poszczególnych słów. Jeśli jednak nalegasz, żeby trzymać się definicji językowych, to zapraszam do jedzenia sianka i chodzenia z wędzidłem w pysku, bo mówią o Tobie, że jesteś kucem.

          4. Musiałbym mieć poglądy jak Korwin, ale moje poglądy są inne.

          5. A to ciekawe, może kiedyś ujawnisz czym się różnicie, bo jak dotąd nie zauważyłem?

      2. Korwin swoją drogą sobie wymyślił taką definicję, jaka mu odpowiada. W jego wypadku nie może być “i że nie opuszczę Cię aż do śmierci”, bo już dwie czy trzy “żony” opuścił. A, że z każdą miał dzieci, to i taką definicję przyjął.

        1. Skąd wiesz, że opuścił? Może miał kilka żon, ale żadnej nie opuścił. Korwin to poligamista. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.