fbpx

Korwin: Socjalizm zwyciężył. Zwyciężył w warstwie pojęciowej. Po prostu dziś KAŻDY uważa się Człowieka Pracy.

Na lewicowy tweet: 

Magdalena Madzia @MadziaRazem (z 12 maja): 

„Mam #sercepolewej bo zależy mi na pracownikach, na moich kolegach i koleżankach z pracy. Mam serce po lewej, bo chcę by moje państwo było zbudowane na uczciwości, sprawiedliwości i godności drugiego człowieka. Za to według Korwina powinnam zostać powieszona i poszatkowana” –

zareagowałem całą serią ćwierknięć: 

#

„O socjalistkach nic nie mówiłem!! Po prostu nie miałaby Pani głosu i mogłaby Pani kochać, kogo chce. Ale państwo nie może być rządzone uczuciami. Np. morderców trzeba wieszać. A Pani kolegom ma być dobrze PO PRACY! Będą mieli tanie towary robione przez wyzyskiwanych Ludzi Pracy”.

#

„Ja mam mózg po prawej i 23 mln Ludzi Pracy chcę wziąć pod but. Mają harować! Wyścig szczurów!! Przedsiębiorca ma się BAĆ, że zbankrutuje, pracownik ma się BAĆ, że go wywalą z roboty. Po to, by 38 mln Konsumentów (w tym i 23 mln Ludzi Po Pracy!!!) miało tanie i dobre towary…”

#

„O socjalistKach nic nie rapowałem. A socjalistów nienawidzę, bo oni dbają o prawa Ludzi Pracy: by mieli spokój i pewność znalezienia miejsca pracy. Najlepiej: »Czy się stoi, czy się leży, 2600 się należy«. A po pracy… cóż: mamy żreć to, co Ludzie Pracy raczą nam z łaski dać!!” 

„Zamiast kochać »swoich kolegów i koleżanki z pracy« niech Pani  pokocha ludzi stojących wraz z Panią w kolejce, by kupić coś nie spieprzonego przez przedsiębiorcę, który produkuje barachłò, bo nie boi się bankructwa – i robotnika, który partaczy, bo chroni go związek zawodowy!” 

#

W odpowiedzi zalała mnie fala nienawiści Ludzi Pracy. Nawet sympatycy wyrażali wątpliwości:

Marcin Winiarski @MarcinWiniars14

„Panie Januszu, ale wszystko w granicach rozsądku, od harowania garba się można nabawić – a gdzie czas na odpoczynek, zainteresowania? W końcu celem życia nie jest przeżycie, jak to Pan kiedyś powiedział”. 

Odpowiedziałem, rzecz jasna: „[Czas na to jest] PO pracy – oczywiście”. Ale wniosek z tego jest smutny. 

Socjalizm zwyciężył. Zwyciężył w warstwie pojęciowej. Po prostu dziś KAŻDY uważa się Człowieka Pracy. Istotą jego życia jest praca – bo, jak to był ujął wybitny socjalista, Adolf Hitler: „ARBEIT MACHT FREI”. 

W związku z tym interesuje go tylko to, by w pracy nie trzeba się było narobić, by było jak najwięcej przerw na II, III i IV śniadanie, by było wygodne ubranie robocze (nawet, gdyby miało kosztować przedsiębiorcę tyle, że w efekcie cena produktu stałaby się niekonkurencyjna!), wolne soboty, piątki, czwartki i środy, wolny cały tydzień w okolicy 1-3 Maja, długi płatny urlop, płatne zwolnienia lekarskie itp. I, oczywiście, pewność pracy: by przedsiębiorca nie mógł za lenistwo go zwolnić – a Człowiek Pracy na etacie „polskiego przedsiębiorcy” chce by „polskie państwo” koniecznie wspierało go jakimiś dotacjami (choć nie umie tanio i dobrze produkować). 

P.Lech Wałęsa, który miewał czasem dobre powiedzonka, w 1981 roku powiedział robotnikom domagającym się wolnych sobót: „Czekajcie – obalimy socjalizm, wprowadzimy kapitalizm – i sami będziecie chcieli pracować nie tylko w soboty, ale i w niedziele!” 

Czy dziś ludzie chcą pracować w niedziele – czy chcą jak najwięcej wolnych dni? To drugie… To właśnie znaczy, że nie wprowadziliśmy kapitalizmu, tylko budujemy euro-socjalizm!  

Polski obywatel (i, obawiam się – poza Szwajcarami – każdy Europejczyk) widzi dziś siebie jako Wyzyskiwanego Człowieka Pracy – a nie jako Konsumenta-Wyzyskiwacza, który brutalnie domaga się dobrych i tanich butów, dobrych i tanich garniturów itd. (bo jak nie, to nie kupi – i niech taki przedsiębiorca bankrutuje, niech ludzie idą na bruk; co to obchodzi Pana Konsumenta?). Nawet emeryt, który już nie jest Człowiekiem Pracy, tylko Konsumentem, któremu powinno zależeć na dobrych i tanich towarach – popiera zazwyczaj strajki Ludzi Pracy!!!

Ale jak tanie i dobre towary mają produkować Ludzie Pracy myślący tylko o tym, by się nie napracować?!? I nie bojący się Bardzo Wysokiej Kary (do zostania żebrakiem włącznie) za partactwo? 

A potem zdziwienie, że brazylijskie, botswańskie, chińskie, indyjskie i inne  towary wypierają europejskie. A Chińczyk już teraz zarabia tyle, ile Portugalczyk – a za siedem lat będzie zarabiał więcej, niż Niemiec. 

Bo ciężko pracuje po to, by więcej zarabiać. 

Celem życia nie jest przeżycie, celem pracy nie jest, by się przepracować. Celem pracy jest, by przez 8 godzin ZAROBIĆ JAK NAJWIĘCEJ, by mieć forsę na odpoczynek i zainteresowania. I na dobroczynność – na przykład. 

Normalny człowiek widzi siebie jako Ojca Rodziny, jako Podróżnika, jako Filatelistę, jako Dziwkarza, jako Szachistę, jako Badacza Historii – a nie (jak to narzuca socjalizm) jako Ślusarza, Fryzjera, Lekarza, Śmieciarza… czyli Człowieka Pracy!! Praca jest tylko po to, by mieć pieniądze na rodzinę, podróże, znaczki pocztowe, dziewczyny, szachy i książki historyczne! Jeśli jest okazja, to Normalny Człowiek bez wahania przekwalifikuje się z np. Zecera na Szofera, czy z Urzędnika na Tokarza. Filatelista idzie tam, gdzie więcej płacą, by mieć szmal na ukochane znaczki – Frezer czuje się Frezerem – i strajkuje domagając się, by Frezerzy zarabiali więcej, niż Tokarze!! Nie interesuje ich czy społeczeństwo bardziej potrzebuje Szoferów, czy Tokarzy. (Skąd wiadomo, że bardziej potrzebuje Tokarzy? Z badań socjologów? Nie: stąd, że im więcej płaci!). 

W socjaliźmie ja jestem socjo-cybernetykiem i rejestruję się w Urzędzie Pracy, by znaleziono mi etat socjo-cybernetyka; inną pracą parać się nie będę i tyle. Społeczeństwo powinno mi to, Człowiekowi Pracy, zapewnić!! W kapitaliźmie jest inaczej. Słynny ormiański pisarz, śp.Wilhelm Saroyan wspominał, że jako dziecko DZIENNIE pracował w pięciu różnych zawodach – po godzinie – zmieniając je w dodatku co kilka dni w zależności od tego, gdzie mu więcej obiecywano zapłacić. Ważne są Cele Życiowe, Zainteresowania, – a nie Zawód!! Oczywiście: jeśli ktoś lubi swoją pracę, to tym lepiej – ale tylko w niektórych zawodach (Lekarz?) jest to celem życia.  

W socjaliźmie człowiek jest professioni adscriptus, jak pańszczyźniany chłop był przywiązany do gleby.  

Czy w dzisiejszej szkole na pytanie: „Co chcesz robić w życiu?” dziewczynka „powinna” odpowiedzieć: „Chcę być fryzjerką” – czy „Chcę być dobrą matką?”. Oczywiście to pierwsze – bo celem socjalistycznej szkoły jest ukształtować człowieka, by widział siebie jako Człowieka Pracy. 

I to się, niestety, udało. Myślę, że nawet w prywatnej szkole jest to samo. 

Bo socjalizm zwyciężył. Socjaliści opanowali szkolnictwo, gazety, telewizje, portale w Sieci… Np. w Nowym Jorku w anonimowej ankiecie 88% dziennikarzy oceniło samych siebie jako lewicowców, a 7% jako prawicowców (przy czym, podejrzewam, 90% tych drugich też myśli jak Ludzie Pracy…). I narzucają ludziom ten paradygmat. 

Nie wiecie, co to jest „paradygmat”? 

Nie szkodzi. Ale czujecie, że coś narzucają? 

No, to już lepiej… 

 

  A  N  E  K  S  

 

Jan Kowalski występuje w dwóch rolach: może być  ChwilowoSzewcem lub TerazNieSzewcem. ChwilowoSzewcem jest od 8.oo do 16.00 – co widać na obrazku:

Kowalski jest szewcem naprawdę tylko chwilowo. Od okresu aktywności zawodowej, zaznaczonej na czerwono, trzeba odjąć zaznaczone pionowo zwolnienia chorobowe – a poziomo 1/3 to weekendy i święta i 1/20 to urlopy. I ten SZCZĄTEK CZŁOWIEKA uważa się z reprezentatywny i najważniejszy!! 

(by być ścisłym: gdy Kowalski robi sobie przerwę w pracy i je bułkę to też chwilowo przestaje być ChwilowoSzewcem i staje się Konsumentem, TerazNieSzewcem!!).

Jakie są skutki widzenia przez ChwilowoPracownika siebie jako Człowieka Pracy? 

ChwilowoSzewcy domagają się podwyżki. ZZSzewców reprezentujący ChwilowoSzewców podwyżkę (100 zł) wywalcza. „Rząd” dodaje to tego VAT, PIT, CIT itd., w wyniku czego cena butów rośnie o 150 zł

ChwilowoStolarze domagają się podwyżki. ZZStolarzy wywalcza 100 zł. „Rząd dolicza… itd. i cena stołu idzie w górę o 150 zł. 

(w rzeczywistości idzie w górę o parę złotych – ale też ludzie kupują nie jedną, a setki rzeczy miesięcznie…). 

Po czym TerazNieSzewc idzie kupić stół – i dopłaca 150, a TerazNieStolarz kupuje buty… 

Jan Kowalski w roli ChwilowoSzewca zarobił 100 zł, w roli TerazNieSzewca stracił 150. Obydwa Związki Zawodowe są jednak  zadowolone, bo dla swoich członków załatwiły podwyżkę! Zadowolony tak naprawdę jest jednak tylko „rząd”…

…i dlatego „rządy” na całym świecie popierają związki zawodowe (w firmach państwowych to niekoniecznie…)! 

By skutecznie zwalczyć tę pułapkę (w której tkwią wszyscy Ludzie Pracy, zarówno pracodawcy, jak i pracownicy!!!) musimy dokonać KONTR-REWOLUCJI KULTURALNEJ. Przestać patrzeć na siebie jako na Ludziów Pracy…

W towarzystwie na pytanie: „Kim Pan jest?” trzeba odpowiadać np.”Miłośnikiem sztuki”; a na pytanie, „Ile Pan zarabia?” – „Gentleman o pieniądzach nie mówi; gentleman pieniądze MA!”. 

Tak właśnie wyglądały rozmowy towarzyskie w czasach, gdy ludzie nie byli jeszcze robotami.

19 thoughts on “Korwin: Socjalizm zwyciężył. Zwyciężył w warstwie pojęciowej. Po prostu dziś KAŻDY uważa się Człowieka Pracy.

  1. No cóż. Żeby być człowiekiem konsumpcji, to najpierw trzeba być człowiekiem pracy. No chyba, że żyć na zasiłkach. Ale Korwin to krytykuje. Ludzie chcą stałości zatrudnienia. Oczywiście. Nie chcę, być zwolniony tylko dlatego, że nie zostałem 10 godzin po godzinach za darmo, albo dlatego, że nie wylizałem sedesu, bo mi tak szef kazał.

  2. Groch z kapustą. No niestety, albo rybki, albo akwarium. Wysokiej klasy specjaliści/rzemieślnicy, czyli ci , co produkują tak pożądane przez JKM-a towary wysokiej jakości, nie są Ludźmi Pracy od 8-mej do 16-tej, tylko – lekko licząc – połowę doby. Oni żyją pracą, czytają, doszkalają się, rozważają różne warianty projektów i udoskonaleń stanowisk pracy, maszyn, poznają nowe techniki stosowane w ich branży. To trwa wiele lat, stanowi ich hobby. Jest tym, czym estrada dla artysty.
    W tym kontekście urzędnik przekwalifikowany na tokarza i wysoka jakość pracy – brzmi jak dobry dowcip. Gdy 1/100 milimetra ma często krytyczne znaczenie. Znajomość oprzyrządowania, techniki pomiarowej, metod produkcji, materiałoznawstwa, rysunku technicznego… Drugie “hehehe”, to chińskie towary podbijające świat – na pewno nie dzięki swej jakości, tylko wyjątkowo niskiej cenie, więc tu oczekiwania konsumenta zderzają się ze ścianą. Koło porządnego wyrobu to-to nawet nie leżało… Nie ma czegoś takiego, jak dobre i tanie. Owszem, są produkty chińskie wysokiej klasy – ale ich cena jest porównywalna z markowymi produktami niemieckimi, czy japońskimi.

    Baśnie sprzed 50 lat, gdy ktoś wykonywał 10 zawodów i było to dobre – to właśnie sztandarowy przykład bylejakości i tumiwisizmu. Modelowe, aby max zarobić i się nie narobić. Prace, w których jakość była na ostatnim miejscu, gdzie dokładność wykonania przedmiotu zadowalała się centymetrowymi odchyłkami, zamiast milimetrowych.
    Wyścig szczurów – to prosty przepis na zostanie inwalidą przed 30-tką. Jako zadowolony konsument JKM mijałby na ulicy zombie, wypalone pracą. Są tony opracowań na ten temat. Robota w korpo, gdzie szef pogania batem – to ostatnie miejsce na Ziemi, taki rozpaczliwiec w podbramkowej sytuacji. Oj, JKM chyba nie za wiele przepracował w życiu w zawodzie mającym styczność z techniką w szeroko rozumianym przemyśle, czy rolnictwie. Bez urazy, ale po przeczytaniu odebrałem ten tekst trochę jak przemyślenia “niebieskiego ptaka”.

    1. “Baśnie sprzed 50 lat, gdy ktoś wykonywał 10 zawodów i było to dobre – to właśnie sztandarowy przykład bylejakości i tumiwisizmu. Modelowe, aby max zarobić i się nie narobić. Prace, w których jakość była na ostatnim miejscu, gdzie dokładność wykonania przedmiotu zadowalała się centymetrowymi odchyłkami, zamiast milimetrowych.”
      Nie mylmy pojęć – zwłaszcza zaradności z “bylejakością i tumiwisizmem”. Jeśli ktoś wykonywał 10 “zawodów” (zwłaszcza jako dziecko) to robił wyłącznie to co potrafił zrobić, czyli najgorzej płatne proste roboty, a robił to bo musiał za coś żyć więc logiczne że wybierał tę robotę gdzie mógł najlepiej zarobić. Dobre było nie to że wykonywał 10 zawodów (to chyba nieadekwatne określenie) tylko że nie miał żalu do świata lecz brał się z nim za bary a nie jojczył że mu źle ale łopaty to on nie dotknie bo “nie po to kończył ósmą klasę”.

      Jakoś nie mogę znaleźć tego passusu o przekwalifikowaniu a co najwyżej o braku chęci do przekwalifikowania. Przez “przekwalifikowanie” rozumiem zdobycie nowych kwalifikacji (zakładam że JKM też) a nie stwierdzenie że “każdy głupi to obsłuży”. Zresztą to nie jest tak ,że “się idzie i się robi” tylko trzeba odbyć przynajmniej rozmowę kwalifikacyjną i udowodnić że się potrafi wykonać robotę (a przynajmniej przekonać o tym zatrudniającego) więc odpowiedzialność nie jest jednostronna. Zatrudniłeś lesera, lenia, złodzieja, związkowca itp.? Trzeba było nie zatrudniać…

      Co do korpo to ze wszystkim się zgadzam, ale nie widzę by JKM napisał gdzieś że praca tam jest przymusowa.

      No i to samo pytanie co do sariusza: zwyciężył ten socjalizm czy nie?

      1. “…a nie jojczył że mu źle ale łopaty to on nie dotknie bo ‘nie po to kończył ósmą klasę’” – abstrahując od jojczenia, to jednak właśnie tak uważam, że nie po to przeznacza się czas na naukę, aby potem wykonywać najprostsze czynności.
        W normalnym kraju taki człowiek jest w stanie znaleźć pracę adekwatną do swojego wykształcenia. Jeśli jednak jest to aż tak mocno utrudnione, że musi imać się kretyńskich zajęć – to znaczy, że żyje w Bantustanie, gdzie szczytem techniki jest zbijanie palet, czy produkcja ogrodowych krasnali z gipsu. W takim przypadku lepiej niech czym prędzej wyjeżdża, zanim zmarnuje sobie życie.

        “Jeśli jest okazja, to Normalny Człowiek bez wahania przekwalifikuje się z np. Zecera na Szofera, czy z Urzędnika na Tokarza. Filatelista idzie tam, gdzie więcej płacą, by mieć szmal na ukochane znaczki” – to o tym przekwalifikowaniu. To nie brak chęci, tylko przeskok z “zawodu” do zawodu. Takiego, który wymaga lat nauki i solidnych podstaw szkolnych, a nie umiejętności porannego parzenia kawy, przeplatanego czytaniem gazet i wymianą świńskich kawałów z kolegami. Utopią jest sądzić, że zdobędzie się konkretny “szmal”, przechodząc jak w transie z jednego miejsca pracy do drugiego, cały czas traktując tę pracę jako zło konieczne. Albowiem duże pieniądze zarabiają artyści w swoim fachu, nie przypadkowi ludzie po przeszkoleniu.

        JKM nie twierdzi, że praca w korpo jest przymusowa, ale gorzej – proponuje, aby cały rynek pracy rządził się takimi prawami: “Ja mam mózg po prawej i 23 mln Ludzi Pracy chcę wziąć pod but. Mają harować! Wyścig szczurów!! Przedsiębiorca ma się BAĆ, że zbankrutuje, pracownik ma się BAĆ, że go wywalą z roboty”.

        A pracownik już dzisiaj boi się wywalenia z pracy, tak jak i przedsiębiorca bankructwa. Tyle, że egzystują w jakimś buforze bezpieczeństwa, pozwalającym w razie czego na alternatywę w postaci gorszych zarobków/wyników rynkowych. Kogo i po co tu jeszcze akurat z tych dwóch warstw społecznych “brać pod but”?

        1. “W normalnym kraju taki człowiek jest w stanie znaleźć pracę…”
          Normalny kraj, normalny człowiek…. Kluczowe słowo to “znaleźć”. Zdarzają się okresy kiedy akurat kończy się “popyt na młodych poetów” i niestety trzeba przemyśleć sytuację, zrezygnować z “poezji” i, nie przestając szukać, brać co jest. Ale nie można przestać szukać – czyli zmieniać robotę, a jak trzeba to się przekwalifikować albo wyjechać z miasta czy kraju. Ale do tego nie można mieć mentalności “homo sovieticus” – jeśli całe życie będzie się “zbijało palety” to jest się samemu sobie winnym, choć pewnie są ludzie dla których to idealna robota. Nie ma co idealizować pojęcia “PRACA”, jak pisał Stanisław Staszewski – “Wiadomo, praca chamski sport”.. Jak się ma szczęście to trafia się robotę idealną (rzadko za pierwszym razem), ale idealnej roboty dla każdego, z rozdzielnika, nie ma, nie było i nie potrzeba ale (przecież nie żyjemy w totalitaryzmie) możemy próbować do woli.

          “Jeśli jednak jest to aż tak mocno utrudnione, że musi imać się kretyńskich zajęć –…” .W. Saroyan urodził się w okolicach początków poprzedniego stulecia i odnoszenie warunków z tamtych czasów do obecnych jest uzasadniony jeśli chce się udowodnić tezę, że ludzka mentalność zmieniła się w kierunku “socjalistycznym”. Tu JKM ma, jak sądzę, rację a na głębsze dywagacje “o wyższości..” i “i co z tego wynika” nie ma tu miejsca i nie wiem czy miałyby jakikolwiek sens.

          Co do “brania pod but” to jest to całkowicie sprzeczne z jakimkolwiek liberalizmem, chyba że potraktujemy to w kategoriach socjologicznych a nie dosłownie ekonomicznych, czyli jako przenośnię, w rodzaju “walki klas”. Ładunek emocjonalny tej wypowiedzi JKM skłania jednak do dosłownego jej traktowania (to częste w przypadku JKM) więc można mieć powody by uznać to za brednie…

          1. Pan Staszewski ze swoim: “praca – chamski sport” nie stanowi dla mnie autorytetu. Zaprezentował, w wierszowanej formie, swój punkt widzenia – i tyle. Mój jest inny, gdyż uważam, że człowiek ze swojej pracy powinien czerpać satysfakcję. To, że tzw. sytuacja życiowa powoduje, że musi on wykonywać niechcianą robotę, lub przebranżawiać się w życiu 10 x – nie stanowi, aby przenosić to jako dewizę, że praca w życiu człowieka to samo zło. A tym bardziej twierdzić za JKM-em, że to zło konieczne. Nieszczęściem obecnych czasów jest tak skrajne niedopasowanie wykształcenia do wykonywanego ostatecznie zawodu. Aż dziwne wobec współczesnego stechnicyzowania życia i możliwości nieledwie zaprogramowania każdego ruchu, że takie coś ma powszechnie miejsce. Spiskowa teoria nazwałaby to umyślnym robieniem z ludzi bezwolnych maszynek.

          2. “…człowiek ze swojej pracy powinien czerpać satysfakcję.” Drobny detal: wg. mnie powinien chcieć. Nikt nikomu tego nie broni. Chińskie przysłowie mówi: “rób co lubisz a nigdy nie będziesz pracował”. I to jest święta prawda, tylko człowiek musi sam dowiedzieć się co lubi (jeden lubi jak mu cyganie grają…itd.”). Nawet jeśli mu się wydaje że wie, to zanim przepracuje pierwszą godzinę w “wymarzonym” zawodzie to pozostaje to (najczęściej) tylko jego wyobrażeniem. Jeśli się rozczaruje to też coś powinien z tym zrobić. SAM. I nie ma w tym nic złego bo we “współczesnym stechnicyzowanym życiu” można sobie wiele planować ale to tylko rozśmieszanie Pana Boga (“jak chcesz Pana Boga rozśmieszyć opowiedz mu o swoich planach”).
            ” …i możliwości nieledwie zaprogramowania każdego ruchu, że takie coś ma powszechnie miejsce. Spiskowa teoria nazwałaby to umyślnym robieniem z ludzi bezwolnych maszynek.” Jest dokładnie na odwrót: bywały już ustroje gdzie planowano (mam wrażenie że u nas się do tego powoli wraca) każdemu szczęśliwość za wszelką cenę i tam wychodziło naprawdę “robienie z ludzi bezwolnych maszynek”.

            Co do p.Staszewskiego. To jest cytat z piosenki “Bal kreślarzy”. To nie punkt widzenia tylko opis sytuacji ludzi którzy uciekli z komuny. Życiowo poszli na całość i nie nam oceniać. Jednym z kosztów takiego kroku było wykonywanie takiej roboty jaką mogli dostać gastarbeiterzy – w tym wypadku architekt z dorobkiem został kreślarzem. Nie dziwi jego frustracja i nazwanie tego chamskim sportem. On raczej nie miał wyjścia, więc to uzasadnione, ale obecnie właśnie można a nawet trzeba być elastycznym i szukać swego miejsca, zaś o tkwienie we frustrującej sytuacji kiedy wykonujesz dołującą robotę możesz mieć pretensje tylko do siebie. Rozwiązanie zapewne będzie kosztować, ale wszystko kosztuje, i zmiany i ich brak. Nie ma nic za darmo……

          3. Nie wiem, czy stabilność pracy “za komuny” godna jest potępienia. Wydaje mi się, że ludzie powoli tęsknią do tamtej pewności zatrudnienia. Moim zdaniem dziś są bardziej maszynkami, niż w PRL-u. Wiem, że teraz modnie narzekać na “komunę”, ale jest nieuczciwe nie zauważać dobrych rzeczy, które oferowała.

            Jednak w życiu “rozśmieszam” Pana Boga i planuję, częstokroć wiele lat naprzód. Preferuję życie poukładane, bez niekontrolowanego chaosu. Nawet jeśli czas przynosi konieczność modyfikacji, koryguję plany, lecz nie cele życiowe.
            Ale oczywiście nic na siłę. Jak ktoś lubi cygańskie klimaty – wolna wola.

            Nie nam oceniać decyzje innych? Dlaczego? Gastarbeiterzy np. oceniają ludzi, którzy zostali w kraju. Częstokroć mocno niesprawiedliwie i z pozycji wyższości, wynikającej tylko z większych zarobków i życia w bogatszym kraju.
            Dlaczego obecny gastarbeiter “ma wyjście”, a kiedyś “nie miał wyjścia”? Dlaczego obecny może być “elastyczny”, a tamten nie mógł być elastyczny? Dlaczego za niepowodzenia za granicą obecny emigrant może mieć pretensje tylko do siebie, a tamten – winił cały świat? Jakiś gorszy i lepszy sort?

          4. Co do komuny to powoli dochodzę do wniosku, że niepotrzebnie się ją obaliło (ponieważ do końca nie jest jasne czy po prostu sama się nie zawaliła to nie piszę “obaliliśmy”) – nie dlatego że było “dobra” w kategoriach obiektywnych tylko dlatego że była lepsza niż rządy pisu. Oczywiście (jeszcze) nie mówię o stalinizmie i Gomułce kiedy to np. był przymus zatrudnienia we wskazanym miejscu.

            Jak wspomniałem Pana Boga rozśmieszają podobno plany a nie cele, więc OK.

            Gdy napisałem że nie nam oceniać decyzje wyjazdu w czasach komuny miałem na myśli fakt, że w gruncie rzeczy była to decyzja polityczna, a nawet jeśli się chciało tylko dorobić to często trzeba było podpisywać lojalki i wrócić w terminie z perspektywą że jak coś się nie spodoba to więcej nie wyjedziemy. Można było nie wracać, ale to było spalenie mostów i pewny rozpad więzi z krajem. A za niektórych tę decyzję podjął arbitralnie Jaruzelski. No i jak tu mówić o “wyborze”? “Obecny” może sobie wrócić i zaraz znowu wyjechać gdzie indziej – wolna wola! Wtedy nie było się obywatelem Europy tylko “uchodźcą”, “emigrantem” który o wizę dokądkolwiek musiał się specjalnie starać a emigracyjną dawała w miarę łatwo chyba tylko Kanada i może Australia ale trzeba było kilka(naście) miesięcy siedzieć w jakimś Treiskirchen, który pretensje miał głównie do “komuny”, a do świata, jeśli już to raczej o wynik II WŚ który ustanowił u nas tę nieszczęsną “komunę”. Więc nie nam oceniać.

          5. W kwestii kursowania kraj-zagranica-kraj -zagranica masz rację. Mnie chodziło – wracając do p.Staszewskiego – o decyzję trwałą i żale o wykonywanie pracy poniżej ambicji. Jeśli wierzyć stronom, na których przedstawiany jest jego życiorys (http://www.staszek.art.pl/zycie.html), to próżno szukać jakiejś presji na samodoskonalenie się. Szedł przez życie z nastawieniem jak by tu zarobić, a się nie narobić, żeby nieledwie nie powiedzieć, że jego credo to ustawić się dobrze w życiu, nie patrząc wiele na innych. Mamy więc zachwyty Leninem i socjalizmem(“Poglądy moje stają się bardzo lewicowe. Coraz magnetyczniej działa na mnie ryk zbuntowanych tłumów, uciśnionych mas pracujących – i władcza, potężna twarz Lenina”), członkostwo w PZPR, przydział mieszkania w Warszawie, epizod współpracy z UB i kablowanie nawet na rodzinę, gdzie domownicy ostrzegali się przed swobodną rozmową, bo pan Staszewski może to usłyszeć (“…w rodzinie pamięta się, że mój dziadek Kazimierz uczulał towarzystwo, żeby nie rozmawiano na tematy polityczne, gdy Staszek jest w pobliżu” – https://dorzeczy.pl/3078/nr-18-tata-kazika.html), ciąg do imprez (“- Staszek miał pojemność cysterny lotniczej – opowiada Lasota. – Którejś nocy w Bristolu zdrowo przesadził – wprowadziwszy się na orbitę, wsiadł do samochodu i ruszył do domu. Nie ujechał daleko – “niebieska szklanka mignęła, zwinęła go blacharnia”. Staszek wysiadł z wozu, uprzejmie powitał funkcjonariuszy i wręczył im dokumenty. Odmówił tylko dmuchnięcia w balonik, więc zabrali go na badanie krwi. Potem kolegium – groziła utrata prawa jazdy i spora kara pieniężna. Uszedł cało! “), nocne życie w Płocku i wreszcie po podpadnięciu milicji i usunięciu z partii wyjazd do Francji, który także był jednym pasmem imprez (“W roku 1967 Stanisław Staszewski wyemigrował do Francji, do Paryża. Wśród emigracji polskiej już wówczas miał opinię niezwykłego człowieka, bon vivanta i artysty. We Francji Staszewski prowadził życie typowe dla artystów z bohemy. Był na “nieustannych wakacjach”, żył z dnia na dzień. Jak wspomina jeden z jego przyjaciół: “Sytuacja była paryska – to znaczy – Paryż był piękny, a życie trudne”. Stanisław był zapraszany na niezliczoną ilość przyjęć, bywał także często w knajpie Le Reveillac, gdzie spotykali się emigranci polscy i rosyjscy.”, ” Staszewski mieszkał w Boulogne do roku 1970. W konsekwencji marnych zarobków i podłego mieszkania, znienawidziwszy “tę dziurę” i w konsekwencji interwencji Marka Bieniewskiego powrócił do Paryża. Marek załatwił mu pracę w swoim biurze, mieszkanie u znajomego Żyda – i wszystko zaczęłoby układać się dobrze, gdyby nie przyzwyczajenie Staszka do traktowania pracy jako zła koniecznego. Staszek, jak wspomina Bieniewski, był “inteligentny, zabawny, zabawowy, nawet nie – cyniczny – choć pełen kompleksów i absolutnie nie stworzony do pracy.” Taka sytuacja nie ułatwiała ani jemu ani Bieniewskiemu ich sytuacji biurowej i w konsekwencji na głowę Marka spadały wyniki “jego [Staszka] koszmarnego nieróbstwa”. ).

            Czy tak się zachowuje architekt “z dorobkiem”?

            Umarł 28 stycznia 1973 roku w paryskim szpitalu St. Antoine, w wyniku – jak pisze Bieniewski – “cygańskiego, niezorganizowanego życia i przesadnego picia alkoholu”. Pochowano go w Warszawie, na Bródnie.”

            Praca jako zło konieczne. “Każdy ma prawo w życiu wybrać źle” – ale pretensje wtedy tylko do siebie.

          6. W kwestii kursowania kraj-zagranica-kraj -zagranica masz rację. Mnie chodziło – wracając do p.Staszewskiego – o decyzję trwałą i żale o wykonywanie pracy poniżej ambicji. Jeśli wierzyć stronom, na których przedstawiany jest jego życiorys (http://web.archive.org/web/20071205031618/http://www.staszek.art.pl/zycie.html), to próżno szukać jakiejś presji na samodoskonalenie się. Szedł przez życie z jedynym nastawieniem jak by tu zarobić, a się nie narobić, żeby nieledwie nie powiedzieć, że jego credo to zabawić się dobrze w życiu, nie patrząc wiele na innych. Mamy więc zachwyty Leninem i socjalizmem(“Poglądy moje stają się bardzo lewicowe. Coraz magnetyczniej działa na mnie ryk zbuntowanych tłumów, uciśnionych mas pracujących – i władcza, potężna twarz Lenina”), członkostwo w PZPR, przydział mieszkania w Warszawie, epizod współpracy z UB i kablowanie nawet na rodzinę, gdzie domownicy ostrzegali się przed swobodną rozmową, bo pan Staszewski może to usłyszeć (“…w rodzinie pamięta się, że mój dziadek Kazimierz uczulał towarzystwo, żeby nie rozmawiano na tematy polityczne, gdy Staszek jest w pobliżu” – https://dorzeczy.pl/3078/nr-18-tata-kazika.html), ciąg do imprez (“- Staszek miał pojemność cysterny lotniczej – opowiada Lasota. – Którejś nocy w Bristolu zdrowo przesadził – wprowadziwszy się na orbitę, wsiadł do samochodu i ruszył do domu. Nie ujechał daleko – “niebieska szklanka mignęła, zwinęła go blacharnia”. Staszek wysiadł z wozu, uprzejmie powitał funkcjonariuszy i wręczył im dokumenty. Odmówił tylko dmuchnięcia w balonik, więc zabrali go na badanie krwi. Potem kolegium – groziła utrata prawa jazdy i spora kara pieniężna. Uszedł cało! “), nocne życie w Płocku i wreszcie po podpadnięciu milicji i usunięciu z partii wyjazd do Francji, który także był jednym pasmem imprez (“W roku 1967 Stanisław Staszewski wyemigrował do Francji, do Paryża. Wśród emigracji polskiej już wówczas miał opinię niezwykłego człowieka, bon vivanta i artysty. We Francji Staszewski prowadził życie typowe dla artystów z bohemy. Był na “nieustannych wakacjach”, żył z dnia na dzień. Jak wspomina jeden z jego przyjaciół: “Sytuacja była paryska – to znaczy – Paryż był piękny, a życie trudne”. Stanisław był zapraszany na niezliczoną ilość przyjęć, bywał także często w knajpie Le Reveillac, gdzie spotykali się emigranci polscy i rosyjscy.”, ” Staszewski mieszkał w Boulogne do roku 1970. W konsekwencji marnych zarobków i podłego mieszkania, znienawidziwszy “tę dziurę” i w konsekwencji interwencji Marka Bieniewskiego powrócił do Paryża. Marek załatwił mu pracę w swoim biurze, mieszkanie u znajomego Żyda – i wszystko zaczęłoby układać się dobrze, gdyby nie przyzwyczajenie Staszka do traktowania pracy jako zła koniecznego. Staszek, jak wspomina Bieniewski, był “inteligentny, zabawny, zabawowy, nawet nie – cyniczny – choć pełen kompleksów i absolutnie nie stworzony do pracy.” Taka sytuacja nie ułatwiała ani jemu ani Bieniewskiemu ich sytuacji biurowej i w konsekwencji na głowę Marka spadały wyniki “jego [Staszka] koszmarnego nieróbstwa”. ) (http://web.archive.org/web/20071125085522/http://www.staszek.art.pl/zyciorys.html).

            Czy tak się zachowuje architekt “z dorobkiem”?

            Umarł 28 stycznia 1973 roku w paryskim szpitalu St. Antoine, w wyniku – jak pisze Bieniewski – “cygańskiego, niezorganizowanego życia i przesadnego picia alkoholu”. Pochowano go w Warszawie, na Bródnie.”

            Praca jako zło konieczne. “Każdy ma prawo w życiu wybrać źle” – ale pretensje wtedy tylko do siebie.

  3. Janusz robi antyreklamę wolnorynkowego kapitalizmu głosząc, że zmusza on do jakiejś heroicznej i nadludzkiej pracy, bo inaczej się umrze z głodu. Nic dziwnego, że taką ofertę większa część społeczeństwa odrzuca.
    Tymczasem wolnorynkowy kapitalizm wcale nie wymaga jakiejś nadludzkiej pracy, bo jest tak efektywny, że nawet pracując na “ćwierć gwizdka” człowiek ma się znacznie lepiej niż pańszczyźniany chłop w feudalizmie zmuszany do pracy od świtu do zachodu słońca czy robotnik w komunistycznej fabryce, który po pracy musiał iść do kolejek, by kupić najpotrzebniejsze artykuły. Oczywiście, ci co w kapitalizmie chcą jednak pracować bardzo ciężko, są za to dodatkowo wynagradzani i w tym tkwi tajemnica jego efektywności.
    Liberalny kapitalizm do niczego nie zmusza. Liberalny kapitalizm daje WOLNOŚĆ wyboru. Ci co, chcą podjąć pracę nisko płatną, ale zgodną z ich zainteresowaniami mogą to robić. Także ci, co chcą spokojnej pracy od 9 do 17 a potem realizować się po pracy. Nawet ci, co chcą zostać “bezdomnymi” mają się lepiej niż zamknięci w komunistycznych łagrach. A zawsze znajdą się tacy, którzy maja ambicje zostać kolejnym Jobsem czy Zuckerbergiem i będą pracować po 100 godzin tygodniowo. Nie należy im przeszkadzać, bo to oni napędzają wzrost gospodarczy, ale nie należy ludzi straszyć, że wszyscy mają pracować po 100 godzin.
    Przestań Korwinie straszyć ludzi kapitalizmem albo chociaż się nie dziw, że taki kapitalizm wzięty z XIX wiecznych powieści ludzie odrzucają.

    1. To wszystko święta prawda, ale nie przeceniałbym roli JKM w kreowaniu niechęci do liberalnego kapitalizmu. To człowiek starej daty którego młodsi (kogokolwiek to oznacza) najczęściej traktują z przymrużeniem oka. W świecie JKM wciąż są jacyś cybernetycy a “na chleb się ciężko pracuje” – tymczasem JKM jest jedynym “cybernetykiem” który sam się tak określa o jakim słyszałem (no dobra, żyjącym) a na chleb można liczyć z banku żywności, czyli wcale niepaństwowej dobroczynności. Myślę że działalność JKM jednak wychodzi per saldo na korzyść propagowania “liberalnego kapitalizmu”, zwłaszcza że coraz częściej przestaje on (JKM) być główną “twarzą” tej doktryny a skutecznie zastępują go w tej roli młodsi w rodzaju np. niespotykanie spokojnego p. Dziambora.
      Natomiast socjalizm ma się u nas dobrze nie przez JKM tylko przez postępującą idiokrację, czyli coraz większą głupotę ludzi. których ponad 40 komuny nie nauczyło niczego, za to łatwo ich przekupić gruszkami na wierzbie.

      Dziś usłyszałem że pisiory chcą “scentralizować” rynek żywności. Larum grają! Co potrafią zrobić z rolnictwem widać po stadninach. Chyba trzeba zacząć przygotowania do ewakuacji, bo jak ogłoszą że zaczynają tworzyć kołchozy to już będzie za późno….

      1. “23 mln Ludzi Pracy chcę wziąć pod but. Mają harować! Wyścig szczurów!! Przedsiębiorca ma się BAĆ, że zbankrutuje, pracownik ma się BAĆ, że go wywalą z roboty.” Ale reklama kapitalizmu! Rzeczywiście dziwne, że Korwin nie wygrywa wszystkich wyborów.

          1. Zwyciężył kapitalizm. To znaczy to. co wszyscy nazywają kapitalizmem. Problem z Korwinem jest taki, że używa on pojęć w innym znaczeniu, co wszyscy inni. Np. co jakiś czas twierdzi, że w USA obecnie jest komunizm a w Chinach kapitalizm.

  4. “W czasach gentlemanów”, gentleman nie mówił, ile zarabia, bo nie pracował, podobnie zresztą jak polski szlachcic. Więc o czym tu rozmawiać. Lepiej głosić, że się jest “uczonym” czy innym “socjo-cybernetykiem”…

    1. Zgadza się. Akurat to powiedzenie “gentleman nie rozmawia o pieniądzach” powstało w czasach, gdy gentlemani, czyli arystokraci żyjący z dziedzicznej własności ziemskiej, byli przeciwnikami rodzącego się kapitalizmu. Podkreślali oni na każdym kroku, że kapitaliści są od nich czymś gorszym, bo między inny właśnie ciągle ‘rozmawiali o pieniądzach”.

      1. “Dziś w chambre de bonnie bal kreślarzy
        Każdy wytworny jest jak lord
        Nikt dnia tu wspomnieć się nie waży
        Ni pracy, praca – chamski sport “

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.