Ostateczna Rozgrywka: Projekt Globalnego Zniewolenia

Wysłane przez Nevar 

09-07-2009 - 12:43:00

Musicie zobaczyć ten film!!!

Endgame: Blueprint for Global Enslavement (polskie napisy)

[video.google.pl]

"Włos jeży się na głowie! Najnowszy film dokumentalny Alexa Jonesa, o spisku globalnej elity, mającej na celu ustanowienie Nowego Porządku Świata. Ma on polegać na eliminacji 90% populacji Ziemi i totalnej kontroli pozostałej resztki niewolników. Co nie udało się tyranom takim jak Napoleon i Hitler, udaje się globalistom wprowadzać podstępem krok po kroku. Czy 'Rok 1984' czai się tuż za rogiem? Kim są ciemne elity chcące rządzić całym światem?"

03-08-2009 - 17:18:22

Witam. Odświeżam temat i jednocześnie pytam o opinie.
Pozdrawiam.
Anonimowy użytkownik

03-08-2009 - 21:50:22

"Jestem Jim Tucker i śledzę Bildbergów od 30 lat"
Mnie zastanawia jakim tokiem myślenia musi iść ktoś, kto uważa że pewna wpływowa grupa ludzi ma tajny plan przejecia wladzy nad swiatem ktory realizuje, chce wybic 90% ludnosci. a jednoczesnie daje sie sledzic i rozpracowywac przez 30 lat dla goscia, ktory swoje "rewelacje" obwieszcza urbi et orbi w internecie?

04-08-2009 - 21:16:06

Cytuj
xsior
"Jestem Jim Tucker i śledzę Bildbergów od 30 lat"
Mnie zastanawia jakim tokiem myślenia musi iść ktoś, kto uważa że pewna wpływowa grupa ludzi ma tajny plan przejecia wladzy nad swiatem ktory realizuje, chce wybic 90% ludnosci. a jednoczesnie daje sie sledzic i rozpracowywac przez 30 lat dla goscia, ktory swoje "rewelacje" obwieszcza urbi et orbi w internecie?
Przecież jakby go zabili, to udowodniliby wszystkim, że to wszystko jest prawdą...
Anonimowy użytkownik

05-08-2009 - 11:19:08

Cytuj
Nevar
Przecież jakby go zabili, to udowodniliby wszystkim, że to wszystko jest prawdą...

No zobacz, a w Polsce wszyscy zwiazania ze sprawa Olewnika gina jeden po drugim... czyli przypadek, bo zadne sluzby by nie skasowaly tych ludzi, bo potwierdziliby ze to wszystko prawda...
A zreszta to widac ze ten caly Bildberg to jednak nie sa takie kozaki, skoro byle amator moze ich rozeznac i sledzic przez 30 lat. Oni maja rzadzic swiatem?

05-08-2009 - 13:34:34

Cytuj
xsior
A zreszta to widac ze ten caly Bildberg to jednak nie sa takie kozaki, skoro byle amator moze ich rozeznac i sledzic przez 30 lat. Oni maja rzadzic swiatem?
Też tak uważam. Ich kres jest bliski... :-)

Ale słyszałeś? Podobno jeszcze w latach dziewiećdziesiątych jedyne, co można było znaleźć o nich w prasie, to krótkie, niewiele mówiące wzmianki -- i to bardzo rzadko. A gdy ktoś o nich coś mówił, zostawał nazywany "świrem"... Teraz się już to zmieniło (być może właśnie dzięki ludziom takim jak Jim Tucker) i można o nich przeczytać nawet na Wikipedii. Tylko że teraz udają, jakby to było nic wielkiego, ot tylko takie poufne spotkanie polityków i biznesmenów...



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 05-08-2009 13:40 przez Nevar.

11-08-2009 - 19:35:32

Globalny spisek mający na celu zniewolenie ludzkości ... hmm , może i są tacy , którzy chcą coś takiego zorganizować. Ale chyba nawet najwięksi optymiści z tego grona wiedzą , że jest to niewykonalne ... przynajmniej na razie.

Tak na marginesie - to chyba Bildbergi nie są aż tacy sprytni , bo kiedyś zaprosili nawet "prezydenta wszystkich Polaków".
A jak wszyscy wiedzą chłopina ma pewne słabości i pod ich wpływem mógłby się wygadać grinning smiley

_________________________________________________________________________________

GOD + GOLD + GUNS = FREEDOM
_________________________________________________________________________________

08-10-2009 - 02:29:50

Bildbergowie to pewno marionetki jakis jeszcze innych cwaniaczkow, niech sobie gawiedz mysli, ze to Bildbergowie sa wladcami swiata a tak na serio to oni sa marionetkami hehe a tak na powaznie zastanawia mnie w tych teoriach spisku po co wybijac 90 % ludzi ? to nieracjonalne winking smiley

Xsior: Sry, te zmiany to nic takiego, przez przypadek klikłem nie ten przycisk smiling smiley



Zmieniany 2 raz(y). Ostatnia zmiana 08-10-2009 20:37 przez xsior.
Anonimowy użytkownik

08-10-2009 - 20:39:08

Cytuj
Monsieur_Joseph
to nieracjonalne winking smiley

Ale fajni brzmi.

14-05-2010 - 00:40:07

Warto odnotować, że kilka dni temu w Dublinie zakończyły się 4-dniowe obrady Komisji Trójstronnej: [www.ospn.opole.pl]

13-06-2010 - 18:28:27

A niecały miesiąc po obradach Komisji Trójstronnej doszło pod Barceloną do kolejnych obrad Klubu Bilderberg, o czym pisze Andrzej Szubert na swoim blogu: [fronda.pl]


Cytuj
xsior
"Jestem Jim Tucker i śledzę Bildbergów od 30 lat"
Mnie zastanawia jakim tokiem myślenia musi iść ktoś, kto uważa że pewna wpływowa grupa ludzi ma tajny plan przejecia wladzy nad swiatem ktory realizuje, chce wybic 90% ludnosci. a jednoczesnie daje sie sledzic i rozpracowywac przez 30 lat dla goscia, ktory swoje "rewelacje" obwieszcza urbi et orbi w internecie?
Już o wiele wcześniej przed pojawieniem się Alexa Jonesa tematykę NWO poruszał ks. Michał Poradowski, tyle że tłumaczył to na polski jako Nowy Światowy Ład (od kilku lat, odkąd ta tematyka za pośrednictwem netu rozpowszechniła się w Polsce, zaczęto to tłumaczyć z angielskiego jako Nowy Porządek Świata; szkoda, że starsze tłumaczenie księdza Poradowskiego się nie ostało; ci, którzy zaczęli rozpowszechniać w Polsce info o NWO kilka lat temu, zapewne nie słyszeli o jego publicystyce). Tu fragmenty jego dzieła pt. "Nowy Światowy Ład": [www.michal.md4.pl]



Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 13-06-2010 19:12 przez Dagomeusz.
Anonimowy użytkownik

14-06-2010 - 11:24:01

Tak, tak - zwłaszcza potężna grupa Bildberg jest tuż tuż od ustanowienia nowego światowego ładu - najlepiej widać to na przykładzie jej prominentnego członka, pan Olechowskiego który prze jak lokomotywa do prezydentury.
Albo jak dwie lokomotywy.

20-06-2010 - 23:54:09

Może Olechowski nie został wystawiony po to, żeby wygrać, tylko, aby (o czym już pisał JKM) dyscyplinować nieśmiałe, autonomiczne zapędy Tuska i żeby uszczknąć co nieco elektoratu JKM-owi (Olechowski używał w kampanii podobnej retoryki, co JKM)? Po ci IM Olechowski u władzy, skoro Banda Czworga spełnia wszystkie ich życzenia?
Anonimowy użytkownik

21-06-2010 - 10:46:58

A nie wiem po co - co mnie to?
Wiem, że gracze takiego Realu Madryt raczej nie stają w szranki o mistrzostwo hiszpańskiej ligi okręgowej i domyślam się, że gdyby tak się stało to wyniki rozgrywek przypominałyby te które zapadają w polskich niedzielach cudów.
Nie wiem natomiast co masz na myśli pisząc o autonomicznych zapędach Tuska - ośmielił się sam zdecydować co na obiad zje czy może raczej chodziło o kolor koszulki w jakiej biega po boisku?

21-06-2010 - 20:05:54

Leszku, Tusk zapewne nie zdecyduje jaką koszulkę ma założyć, bo to widać i jedynie słuszna UE mu wyjaśni jaki te koszulki powinny być. Może chwilowo decydować jaki kolor gaci założy pod spodnie, bo nie widać. Wszystko jednak do czasu, bo wkrótce dostanie w prezencie kamery do łazienki i wychodka, żeby prawidłową bieliznę zakładał (spodnie bowiem mogą znienacka opaść) no i podcierać winien się higienicznie.

25-06-2010 - 00:22:12

Leszku, piję do tego, że Tusk chciał np. zdymisjonować ministra Grada za stocznie (wbrew skundlonym specsłużbom, wykonującym w Polsce polecenia "starszych i mądrzejszych" ) lub że w pewnym momencie "niezależne" merdia zaczęły "docierać" do zeznań Petera Vogela o szwajcarskich kontach. Były to najprawdopodobniej tuskowe próby wybicia się na pewną autonomię, jednak został szybko przywołany do porządku.

PS Na marginesie przypominam, że ta eurokołchoźnica od stoczni Neelie Kroes brała udział co najmniej w jednym spotkaniu Klubu Bilderberg.
Anonimowy użytkownik

25-06-2010 - 18:38:31

Ależ Dagomeuszu - w paru kwestiach się różnimy ale w tym, o czym za chwilę napiszę na pewno masz takie zdanie jak i ja:
Otóż o ile od przysłowiowego Kowalskiego nie powinno się wymagać postaw heroicznych o tyle PREMIER państwa powinien mieć jaja i mamy pełne prawo przyjmować to jako rzecz oczywistą.
Pomijam już to, że za to pan premier dostaje co miesiąc jakieś tam grosze na konto i ma darmowy obiad w stołówce żeby wykonywał swoją pracę, czyli rządził.
Skoro tak - to jeśli pan premier jest ciotą nie potrafiącym podjąć decyzji i spowodować jej wdrożenia (obojętnie czego by tyczyła) to się po prostu nie nadaje do takiej pracy i powinien podać się do dymisji a już ana pewno powinien odwołać go Sejm czy tam prezydent.
Całe nieszczęście polega na tym wyłącznie, że i stanowisko prezydenta, miejsca w parlamencie i fotele rządowe okupują od lat kundle - bez charakteru i bez nawet chęci markowania honoru.

Całkiem poważnie to piszę (a wiem, że może być to odebrane jako naiwność) - pan Kaczyński 1.12.2009 miał obowiązek złamać pióro i powiedzieć zgromadzonym dygnitarzom żeby się pie...lili.
Okazał się miękkim wackiem robionym koniunkturalistą.
Pan Tusk powinien podjąć i przeprowadzić dziesiątki (jeśli nie setki) decyzji a jeśli napotkał by opór w Sejmie czy gdziekolwiek - miał zasrany obowiązek opowiedzieć o tym Dagomeuszowi, Leszkowi i reszcie motłochu.
Skoro tego nie zrobił - wart jest plunięcia w pysk i tyle bo jest łobuzem uczepionym stołka gotowym nawet zaprzestania wazeliny jeśli od niego ktoś tego zażąda..

Dywagowanie o tym, kto, co, dlaczego tak a nie inaczej zrobił i co ewentualnie mógłby jeszcze zrobić jest jedynie wpisywaniem się w obrzydliwą miałkość.
Nie można być trochę w ciąży.

13-08-2010 - 22:54:26

Wypowiedzi o Klubie Bilderberg: Alex Jones [www.youtube.com] i europoseł włoskiej Ligi Północnej- Mario Borghezio w europarlamencie [www.youtube.com]

16-06-2011 - 22:33:12

witam, a co sądzicie o tym? :
[patft.uspto.gov]
i o tym: [www.scribd.com]

głównie chodzi o geoinżynierię, chemtrails i manipulację pogodą. Pytam tutaj, na forum, jako że JKM nigdy publicznie nie zawracał sobie tym głowy. Z tymże próbuję dotrzeć do dokumentów, nie tylko opierać się na opinii.

20-07-2011 - 23:08:48

Przykładowa pogawędka globalistycznych totalniaków [forsal.pl]
Jacques Attali to postać powszechnie znana, ale jak widać, przeprowadzający wywiad niejaki Rafał Woś, też zajmuje "odpowiednią" postawę. No ale zapewne nie przypadkiem jest współpracownikiem Fundacji im. Roberta Schumana [www.presseurop.eu]

20-10-2011 - 18:52:17

Fragment "Wojny o pieniądz 2" Songa Hongbinga:
Cytuj

Koniec dolara

W chwili obecnej Ameryka posiada gigantyczny zbiornik z 57 bilionami długu, który każdego dnia i o każdej godzinie rośnie zgodnie z prawem procentu składanego, dokładając olbrzymie ukryte obciążenie do ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych, które stanie się w pełni odczuwalne mniej więcej za dziesięć lat. Te dwa elementy już od dawna stanowią wielką przeszkodę dla wzrostu gospodarczego. W rzeczywistości USA nigdy nie będą w stanie zwrócić tak wielkich pieniędzy, dlatego mogą jedynie coraz bardziej się pogrążać. Zaufanie wobec dolara zostało potężnie zachwiane i całkowite odrzucenie go przez mieszkańców globu to tylko kwestia czasu. Ludzie uprawiający powiązaną z nim politykę doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Ich głównym zadaniem jest teraz kontrolowane redukowanie do zera wartości amerykańskiej waluty, co pozwoli Stanom Zjednoczonym nadzwyczaj zręcznie odciąć się od kilkudziesięciobilionowego długu i ponownie wystartować. Starają się oni bardzo, by, tuż przed całkowitym upadkiem dotychczasowego pieniądza, uczynić wszystko, co możliwe i oszukańczo wykorzystać pracę obywateli innych państw, w tym także Chin.
Istnieje jednak obawa, że ani opinia publiczna w USA, ani liczne rzesze światowych inwestorów nie zaakceptują planu porzucenia dolara. Dlatego uzasadnieniem tak wielkiej reformy może stać się wyłącznie wielki kryzys.
W warunkach prawidłowo funkcjonującej gospodarki pieniądz ma prawo dewaluować się tylko nieznacznie. Obniżenie jego wartości do zera wymaga wiele czasu. Tyle tylko, że wciąż rosnące zadłużenie Stanów Zjednoczonych odbiera im szanse na jakikolwiek rozwój i skłaniać może inne kraje do rezygnacji z amerykańskiej waluty. Dlatego, o ile plan ma się powieść, dewaluacja dolara musi ulec przyspieszeniu. Jednocześnie należy uspokajać nastroje, rozwiewać wątpliwości i podejrzenia inwestorów, a nawet wspierać nadmierną emisję pieniądza realizowaną przez Rezerwę Federalną. To tłumaczy zniesienie regulacji ograniczających szalone działania spekulacyjne międzynarodowych bankierów, brak reakcji na wybuchy wywoływane przez instrumenty pochodne będące czymś w rodzaju finansowej broni masowego rażenia, wspieranie rynku subprime i uzyskiwanie przez szefów wielkich międzynarodowych korporacji gigantycznych premii. Kiedy niespotykany od blisko stu lat kryzys finansowy wybuchł nagle z wielką siłą, legalne stało się przestępstwo taśmowego drukowania pieniędzy przez Rezerwę Federalną, a zagraniczni inwestorzy okazali zrozumienie i wyrazili swe poparcie, nadal płacąc rachunki. By nie nadużywać ich zaufania i uśpić wątpliwości, w pewnym momencie dolar w dziwny i niewyjaśniony sposób zatrzymał się na drodze spadkowej i… ruszył w górę.
Wiele jest niejasnych zachowań oraz zdarzeń, lecz da się je wszystkie przejrzeć!
Grupa interesu amerykańskiego dolara, wykorzystując metodę gotowania żaby w ciepłej wodzie, paraliżuje nerwy mieszkańców globu. W przeciwieństwie do bezpośredniego pionowego wzrostu wartości RMB [renminbi, chińska waluta – przyp. Red.] dewaluacja dolara odbywa się na zasadzie dużych spadków i małych podwyżek. Raz w górę, raz w dół. Najpierw rozpowszechniane są informacje o sprzyjającej i korzystnej sytuacji, stymulujące wzrost cen papierów wartościowych. Gdy następnie gwałtownie przybywa danych świadczących o tym, że warunki zmieniły się i nastąpi obniżka kursów, wielu graczy nie nadąża albo nie decyduje się na działanie, postanawiając nie podejmować pochopnych decyzji. W ten sposób pozwala się wszystkim posiadaczom dolarów oraz amerykańskich obligacji skarbowych żyć iluzjami oraz rozmyślać o przyszłych zyskach i stratach, i tracić szansę na szybkie uwolnienia się. Amerykański pieniądz wciąż mocno trzyma inwestorów w swych sidłach, i wiele wskazuje na to, że uda się kontrolowane sprowadzenie jego wartości do zera – zgodne z harmonogramem i sprzyjające interesom dolarowej grupy.
Możemy przyjąć za rzecz pewną, że ani Europa, ani USA nie pozwolą Chinom wyjść z obecnego kryzysu obronną ręką, a nawet więcej, w pełni wykorzystają nadarzającą się okazję. Amerykański dolar, niczym Titanic, przyjmie komplet pasażerów. Chińscy podróżni, nabywszy bilety po obniżonej cenie, w doskonałych nastrojach podążą tym turystycznym liniowcem do Żółtych Źródeł [kraina, w której przebywają zmarli – przyp. Tłum].
Warto jeszcze wspomnieć o niezwykłych scenkach teatralnych odgrywanych przez amerykański rząd, przedstawiających ratowanie giełdy papierów wartościowych. W zasadzie trudno je odróżnić od prawdziwego życia. W ramach jednej z nich Paulson błagał w Kongresie o przegłosowanie bezprecedensowej ustawy o pakiecie pomocowym w wysokości 700 miliardów dolarów. Było to rzeczywiście poruszające. I stanowiło jasny komunikat dla całego świata: „Spójrzcie, jak ze wszystkich sił staramy się zapobiec katastrofie: trzy dni – 100 miliardów dolarów, pięć dni – bilion. Jeśli mimo wszystko nie uda się, nie możecie nas winić”.
A gdy wszystko zostanie już odpowiednio przygotowane, nagle, pewnego dnia, Wielka Brytania, Niemcy i Francja przestaną uznawać amerykańską walutę. Giełda runie i nikt ani nic już jej nie uratuje. Raptowny spadek kursu dolara nie wzbudzi niczyjego zainteresowania. W ciągu jednej nocy cały dług Stanów Zjednoczonych zniknie, a razem z nim znikną także oszczędności Chińczyków oraz chińskie rezerwy walutowe. Fundusze emerytalne Amerykanów rozpłyną się w zupie, po ubezpieczeniach zdrowotnych nie pozostanie ślad, obligacje skarbowe przemienią się w wodę, a rezerwy dolarowe w papier. Rząd będzie się uchylał od odpowiedzialności, twierdząc, że nie przeciw niemu powinno kierować się złość i gniew, on bowiem zrobił wszystko, co możliwe i nie ma sobie w tej sprawie nic do zarzucenia. Świat zachodnich teoretyków skieruje ostrze swej krytyki przeciw „demonom suwerennych walut”, a głównym jej celem będzie „nieszczęśliwy dolar”. W końcowej fazie tego procesu światowa elita wyrazi swój smutek i najszczersze współczucie dla wszystkich ofiar dolara, włączając w to ciężko pracujący i dobry naród chiński. Ich mowa pogrzebowa zakończy się wezwaniem: „Wszyscy żyjący! Powstańmy z rumowiska autonomicznych walut i rozpocznijmy nową podróż ze wspólnym, wiarygodnym, światowym pieniądzem. Amen”.

Do tego dorzucam wywiad Brzezińskiego dla "GW" z marca 2009 r.:
Cytuj

Brzeziński: Albo się porozumiemy, albo się pozabijamy

Marcin Bosacki: Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że żyjemy w czasach przełomowych. Że od upadku komunizmu po 11 września 2001 r. i w czasie kryzysu globalnego tworzy się nowy świat. Ale nie bardzo wiemy jaki. Pan wie?

Zbigniew Brzeziński: W polityce światowej najważniejsze są dziś dwa procesy. Po pierwsze, przebudzenie polityczne ludzkości. Nie było w historii momentu takiego jak ten - zdecydowana większość ludzkości chce brać udział w szeroko rozumianej polityce. Stało się to dzięki zmniejszeniu analfabetyzmu, telewizji, internetowi, procesom demokratycznym. Do II wojny światowej rozpowszechniona świadomość polityczna, narodowa była domeną Zachodu, Rosji, w pewnym tylko stopniu Dalekiego Wschodu.

Mówiąc obrazowo: przez całe tysiąclecia łatwiej było kontrolować milion ludzi, niż ich zabić. Dziś jest odwrotnie. Nie tylko dlatego, że istnieje broń masowego rażenia. Także dlatego, że ten milion ludzi ma dostęp do informacji, świadomość wspólnoty, godności i praw jednostek. Był moment, gdy Imperium Brytyjskie władało ogromnymi Indiami przy pomocy ledwie 4 tys. oficerów i urzędników! Dziś to niemożliwe, dużo trudniej być imperium czy siłą kolonialną. Te czasy minęły. A użyteczność broni atomowej przeciwko politycznie przebudzonym masom jest ograniczona przez hamulce moralne i pragmatyzm.

Owe przebudzone politycznie masy w Azji, Afryce, Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie nie tylko mają świadomość narodową. Mają też głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej i niesprawiedliwości. Widzą na ekranach telewizorów, jak wielkie są różnice w świecie - w dochodach, zamożności, wolności.

Wreszcie, traktują jako głęboko poniżające czasy kolonializmu i dominacji Zachodu. Tkwi to w nich jak cierń i przekłada się na odruchy radykalne, nierzadko podsycane, w części świata islamskiego wiarą religijną. To daje gotowość do osobistego zaangażowania militarnego czy np. samobójstw terrorystycznych.

Piętnaście lat temu napisałem: "Dla ludzkości przepaść między zwiększonymi oczekiwaniami a rzeczywistymi możliwościami ich zaspokojenia być może nigdy w historii nie była tak wielka jak dziś". W roku 2009 te słowa są jeszcze prawdziwsze. A skutki tego dramatu - jeszcze potencjalnie groźniejsze.

Jaki jest drugi proces kierujący dziś ludzkością?

- Przesunięcie, przynajmniej częściowe, centrum politycznego świata na wschód. Przez pół tysiąclecia świat zdominowany był przez kolonialne potęgi atlantyckie: Portugalię, Hiszpanię, Francję, Wielką Brytanię; w ostatnich dziesięcioleciach - przez kolejną wielką siłę Zachodu - Stany Zjednoczone.

Dziś coraz większą rolę odgrywają i będą odgrywać potęgi Wschodu - Chiny, Japonia. Japonia już jest drugą potęgą gospodarczą świata, Chiny - trzecią, czwartą. Obie mają coraz większe ambicje i możliwości geopolityczne. W kolejce stoją Indie i być może Rosja, choć ta ostatnia nie jest pewna ani własnej tożsamości, ani swej roli w świecie.

Mamy globalny kryzys. Pan był współautorem strategii Ameryki, gdy trawił ją poprzedni duży kryzys ekonomiczny lat 70. Wówczas też nastroje były podłe. Wśród Amerykanów, jak dziś, dominowało zwątpienie w przyszłość kraju. Pan porównuje oba te kryzysy?

- I tak, i nie. Analogie istnieją, ale w obecnej sytuacji jest coś zdecydowanie nowego. To, co dziś robi Obama, ten program stymulacyjny, wyciągnąłby Amerykę z tradycyjnej recesji. Gdyby to był prosty problem koniunktury, za pół roku czy rok bylibyśmy na fali wzrostowej.

Ale to nie takie proste. Mamy do czynienia z zasadniczym załamaniem systemu finansowego Ameryki. I to, po pierwsze, w okresie rekordowego zadłużenia Stanów, a po drugie - gdy wśród Amerykanów poczucie dobrobytu, a nawet satysfakcji z życia stało się kwestią de facto całkowicie materialną. Wielu Amerykanów nie ma żadnej potrzeby samoograniczania.

Na tym polega dylemat - czy możemy sobie poradzić z tym kryzysem bez przemiany całego stylu życia. A co za tym idzie - przebudowy systemu finansowego. To niezwykle skomplikowane, pociąga za sobą wielkie konsekwencje dla Europy, Azji, właściwie całego świata. Konieczność budowy nowego systemu, w którym dużą rolę grają regulacje ponadnarodowe, nawet ogólnoświatowe. To jest warunek sine qua non. Czy Obama zdoła aż tak zmienić Amerykę? Sądzę, że w końcu zdoła, ale nie szybko.

Być może pierwsze wydobędą się z dołka Chiny, ich program stymulacyjny już jest bardziej ambitny niż nasz. Dlaczego Ameryce jest trudniej? Bo my jesteśmy demokracją. Tu jest konflikt zasad i wartości, konkurs na to, jak system amerykański powinien funkcjonować. Z takimi dylematami Chińczycy się w ogóle nie borykają. A Obama musi...

Bo już myśli o wygranej w wyborach za trzy i pół roku?

- Też, ale nie tylko. On musi myśleć o głosowaniu w Izbie Reprezentantów i Senacie w przyszłym miesiącu! Stąd te wahania, pewien zastój, niewystarczająca inicjatywa, co oczywiście podminowuje zaufanie publiczne do niego.

Wysunięcie przez Obamę ambitnego projektu budżetu z szeregiem reform wzmacniających rolę państwa już dało początek zażartej debacie ideologicznej. Na czym system amerykański się opiera? Na kapitalizmie. Ale co to znaczy? Czy każdy bankier ma mieć prawo do szachrowania, bo się stara wzbogacić? Chęć wzbogacenia się to podstawa kapitalizmu. I to, rzeczywiście, wytwarza bogactwo. Owszem, są ofiary po drodze, ale to jest taki system - o sukces prowadzi się zawody!

Dotąd wierzyliśmy, że w sumie ten sukces najambitniejszych przynosi korzyść ogółowi. Ale może to już przeszłość? Może w świecie coraz bardziej powiązanym nie może już istnieć taka Ameryka, której system był najbardziej drapieżny, zasadniczo odmienny od reszty globu?

Czego więc Amerykanie powinni się nauczyć z tego kryzysu?

- Konieczności światowej współpracy oraz umiaru w definicji własnych ambicji.

Zgadza się pan z autorami niezliczonych już książek o "końcu świata amerykańskiego" czy "końcu ery USA"?

- Nie. Proszę spojrzeć na ten kryzys. Można sobie wyobrazić, że Ameryka ozdrowieje, ale inne ważne części świata, np. Europa, długo jeszcze będą zmagać się z recesją. A pewne jest, że świat jako całość nie powróci na drogę wzrostu gospodarczego bez Ameryki.

USA są nadal kręgosłupem świata. Gospodarczym, wojskowym i politycznym. Nie widać żadnego kraju czy nawet grupy krajów, które mogłyby zastąpić Amerykę w tej roli. W tej chwili alternatywą dla przywództwa Ameryki jest chaos.

Ale to przywództwo musi być inne niż w ostatnich latach. Mądrzejsze, bardziej pokojowe, bardziej skłonne do konsultacji i negocjacji z innymi potęgami. Wreszcie - otwarte na rozszerzenie obecnych struktur koordynacji polityki światowej - Rady Bezpieczeństwa ONZ i G8.

One już się przeżyły?

- Tak. Ale zmienić np. Radę Bezpieczeństwa ONZ jest bardzo trudno, to wymaga jednomyślności. Łatwiej z G8. To ciało nie jest już klubem najważniejszych państw świata, bo nie ma tam Chin. Nie jest też klubem państw demokratycznych, bo jest tam Rosja. Moim zdaniem musi powstać nowe G14, może G16, złożone z państw silnych gospodarczo i mających status mocarstw regionalnych. Oprócz tego nieodzowne są mniej formalne, ale częstsze regularne konsultacje między prezydentem USA a głowami państw europejskiej trójki, która ma ambicje globalne, czyli Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji, a także przywódcami Japonii, przede wszystkim Chin, może Rosji i Indii.

Które z tych konsultacji będą najważniejsze?

- Po pierwsze, te wewnątrz Zachodu. Dialog USA z Europą komplikuje to, że Unia Europejska nie jest politycznie zjednoczona. Można teoretycznie liczyć, że po przyjęciu traktatu lizbońskiego stanie się inaczej, ale byłoby to zaklinanie rzeczywistości. Europa jest niespójna na dwóch płaszczyznach. Tworzą ją kraje zarówno potężne, jak i niewielkie.

Po drugie, różne kraje różnie definiują odpowiedzi na podstawowe pytania strategiczne. Moim zdaniem USA nie mają wyboru - muszą na razie skupić się, jak powiedziałem, na dialogu z "europejską trójką" - Wielką Brytanią, Niemcami i Francją. Ale żeby to przyniosło jakiekolwiek efekty, te trzy państwa też przynajmniej co do głównych spraw muszą ustalić konsensus.

Powiedział pan, że stosunki USA z Europą to jedna z dwóch nóg nowego porządku światowego. A druga?

- Partnerstwo Ameryki z Chinami. To najważniejsze z państw wdzierających się dziś na scenę globalną. Bez Pekinu wielu konfliktów nie da się rozwiązać.

Kłopot z Chinami jest taki, że jest to kraj mocno nacjonalistyczny, zwłaszcza gospodarczo. Ale z drugiej strony Chiny, które od ćwierćwiecza odbudowują swą potęgę, najpierw wewnętrzną, potem regionalną, wreszcie globalną, robią to pokojowo, ostrożnie i z wielką cierpliwością.

Zaproponowałem ostatnio stworzenie nieformalnego G2 - częstych osobistych rozmów prezydenta Baracka Obamy z prezydentem Chin.

To od razu wywoła zaniepokojenie Japonii i innych ważnych krajów Azji.

- Niekoniecznie. Dziś nasze stosunki z Japonią to trochę odpowiednik stosunków z Wielką Brytanią w Europie. Ale nikt przecież nie mówi, że z tego powodu nie mamy mieć bezpośredniego i bliskiego dialogu z Niemcami czy Francją...

Koncepcję amerykańsko-chińskiego G2 przedstawił pan na wykładzie w Pekinie tuż przed inauguracją Baracka Obamy. Pana tekst wydrukowała oficjalna gazeta rządowa "China Daily". W dniu inauguracji Obamy, co niektórzy odebrali jako odpowiedź, ministerstwo obrony Chin przedstawiło dokument, w którym proponuje "poprawę i rozwój współpracy wojskowej między USA i ChRL". Co to wszystko znaczy?

- Ja znam Chińczyków bardzo dobrze od lat 70. W 1978 r. prezydent Jimmy Carter wysłał mnie do Pekinu, by doprowadzić do normalizacji stosunków dyplomatycznych. Udało się. W rozmowach z Teng Siao-pingiem szybko doszliśmy do porozumienia, że mamy wspólny interes strategiczny - przeciwstawić się dominacji ZSRR w Eurazji. Współpraca wywiadowcza i strategiczna Pekinu i Waszyngtonu w efekcie zmieniła losy zimnej wojny i przyczyniła się do upadku ZSRR.

Od 30 lat odwiedzam Pekin i Chiny regularnie. To, co się tam dzieje, jest niewyobrażalne. Gdy przyjechałem pierwszy raz w 1978 roku, w całym ogromnym Pekinie było 1200 obcokrajowców. Dziś jest 150 tysięcy, w samej ambasadzie USA pracuje 1100 urzędników.

To najszybsza i najszersza przemiana społeczna wielkiego kraju w historii. On zaś sam w sobie ma najbardziej imponującą nieprzerwaną historię, jaką zna ludzkość...

Od kilku lat Chińczykom przyświecają hasła "pokojowego wzrostu" i harmonii zarówno w stosunkach wewnętrznych, jak i międzynarodowych. Oczywiście, w dużej mierze jest to propaganda, Chiny nie są rajem na ziemi. Ale trzeba docenić to, że Chiny zachowują się w świecie odpowiedzialnie, poważnie, inaczej niż np. Rosjanie w Gruzji. Trzeba zauważyć, jak to się różni od postulatów rewolucji światowej kiedyś głoszonej przez twardogłowych komunistów w ZSRR i także w Chinach.

Już ponad dekadę temu w "Wielkiej szachownicy" pisałem, że USA i ChRL to naturalni sojusznicy. Dlatego dziś uważam, że prezydent USA powinien zawiązać z Chinami całościowe partnerstwo globalne, równoległe do naszych stosunków z Europą i Japonią. Powinien się z prezydentem Chin regularnie spotykać, by szczerze dyskutować nie tylko o podejściu do spraw dwustronnych, ale i do najważniejszych problemów świata - od Bliskiego Wschodu i Iranu po kryzys ekonomiczny.

Czy pana nie odstręcza od takiej wizji sama natura reżimu chińskiego? Owszem, zmiany są tam ogromne - i to na lepsze. Ale to nadal dyktatura. ChRL nie jest państwem prawa, nie szanuje praw jednostek, konflikty tłumi się siłą, co widzieliśmy nie tylko rok temu w Tybecie, ale przy okazji setek protestów pracowniczych etnicznych Chińczyków. Panu to nie przeszkadza?

- Oczywiście, będą tematy, jak Tybet, co do których nie będziemy się zgadzali. Czy to oznacza, że nie mamy prowadzić dialogu, negocjacji, starać się rozwiązywać innych problemów świata? Mamy stosować logikę "starcia cywilizacji" czy też, co ja proponuję, rozmowy między cywilizacjami?

Musimy się z Chińczykami zgodzić, że nie we wszystkim będziemy się zgadzali. Ale sytuacja coraz lepszego dialogu, większej współzależności wielkich państw i całej ludzkości ułatwi rozwiązywanie takich, nierzadko bolesnych spraw. Współzależność pociąga za sobą konsekwencje społeczne i polityczne i utrudnia jednostronne postępowanie.

Sami Chińczycy też zaczynają poważnie rozważać, czym jest demokracja, czym jest system prawa i na czym on się powinien opierać. Ważnym faktem jest również to, że setki tysięcy Chińczyków studiują lub pracują za granicą. To także przyczynia się do rozwodnienia dogmatów i do przemian w stosunkach między władzą a społeczeństwem.

Pana pomysł partnerstwa Ameryki i Chin już ostro zaatakował zaniepokojony Michaił Gorbaczow, pisząc w "International Herald Tribune", że "takie gry geopolityczne należą do przeszłości".

- Jego reakcja wynika częściowo z niezrozumienia pozytywnego znaczenia dla świata bliskiej współpracy między USA i Chinami, a częściowo z tradycyjnej niechęci rosyjskiej wobec Chin. I również z zazdrości.

W przeciwieństwie do Chin, które uważa pan za "odpowiedzialnego udziałowca ładu światowego", o Rosji wypowiada się pan ostatnio pesymistycznie.

- W odróżnieniu od Pekinu dążenia Moskwy do przebudowy porządku świata i odbudowy swojej pozycji nie są cierpliwe ani z założenia ugodowe. Są nostalgiczne, pełne frustracji i nawet gróźb. Niektórzy przywódcy rosyjscy, a zwłaszcza Putin, nie pogodzili się z tym, że czas imperiów minął. Niemniej w interesie i Ameryki, i Europy jest zaangażowanie Rosji, np. w sprawach takich jak zagrożenie ze strony Iranu czy dalsza redukcja arsenałów nuklearnych.

Jaki to zaangażowanie ma mieć koszt? Wielu ekspertów w Waszyngtonie mówi, że trzeba - jeśli nie oficjalnie, to po cichu, de facto - uznać strefę wpływów Rosji obejmującą były ZSRR, może oprócz państw nadbałtyckich, które już są w UE i NATO.

- To błąd. NATO musi powtórzyć, że zapewnia Ukrainie i Gruzji niepodzielność terytorialną i jest gwarantem ich ustroju demokratycznego. Jednocześnie powinniśmy wytrwale tłumaczyć Rosjanom, że te kroki nie są skierowane przeciwko nim, że to budowanie szerszego systemu bezpieczeństwa w Europie. W dłuższej perspektywie, jeśli kraje takie jak Ukraina i Gruzja wejdą do struktur europejskich, Rosja będzie musiała podążyć za ich przykładem. To będzie korzystne dla wszystkich.

Jest mały kłopot - Rosja na razie nie chce być częścią Zachodu. Wierzy w swą odrębność i wielkość. Nie chce być z jakąś tam Ukrainą w jednym klubie. Chce mieć Ukrainę w swojej strefie wpływów.

- Dlatego musimy wspierać gospodarczo i politycznie Ukrainę, by zakorzenić niepodległościową świadomość Ukraińców. Ta świadomość już istnieje i nie sadzę, by powrót do statusu prowincji pociągał wielu Ukraińców, zwłaszcza z elity.

Zresztą we wszystkich byłych republikach sowieckich elity są zadowolone z niepodległości i nawet tam, gdzie dziś są od Rosji częściowo zależne, na pewno nie zgodzą się na powrót do roli niższych urzędników prowincji imperium, jaką 20 lat temu pełnili oni czy ich poprzednicy.

Naprawdę nie obawia się pan powrotu mocarstwowej, a może i imperialnej Rosji, odbudowy jej strefy wpływów "w bliskiej zagranicy"?

- Takie niebezpieczeństwo do pewnego stopnia istnieje. Kryzys gospodarczy zwiększa dziś prawdopodobieństwo dużej zapaści na Ukrainie. A to mogłyby wykorzystać bardziej nacjonalistyczne elementy rosyjskie - w Moskwie i zwłaszcza na Krymie. Wyobraźmy sobie - spekuluję na chwilę - wybuch niezadowolenia społecznego w Sewastopolu, który przemienia się w deklarację części tamtejszych polityków, że to miasto albo nawet część Krymu "wraca do macierzy", czyli Rosji. Jak na to reaguje Ukraina? Jak Zachód - USA, Unia Europejska?

Mam jednak nadzieję, że rozsądek przeważy i nic takiego nie nastąpi. A gdyby nawet na Ukrainie takie ruchy się pojawiły - że przywódcy Kremla okażą się OSTROŻNI. Ostatecznie oni muszą sobie zdawać sprawę z tego, że nawet gdyby nie doszło do bezpośredniego spięcia wojskowego Rosji z Zachodem - ich poparcie dla separatyzmów na Ukrainie zamknęłoby im na długie lata drogę do współpracy gospodarczej ze światem. Reakcja byłaby dużo ostrzejsza niż w sprawie Osetii i Abchazji. Poza tym opór Ukraińców mógłby się stać dla Rosji katastrofą. To by przekreśliło szanse odbudowy Rosji i jej pozycji w świecie.

Wiek XX był wiekiem dominacji ruchów narodowych, patriotyzmów i nacjonalizmów. Co będzie cechować wiek XXI?

- Współzależność światowa albo globalny chaos. To jest zasadniczy wybór. Ludzkość ma wspólne interesy. Możemy się różnić co do traktatów handlowych, kursów walut, standardów praw człowieka, nawet granic państw... Ale w sumie przyszłość to osiąganie konsensusu w stosunkach międzynarodowych, wznoszenie się ponad wąskie interesy narodowe.

Gdyby interesy narodowe, rozumiane tak jak w XIX czy XX wieku, miały i w nowym wieku zwyciężyć, wiek XXI byłby wiekiem straconym. Upraszczając: albo stworzymy coś w rodzaju społeczności globalnej, albo zahamują nas coraz gorsze konflikty, a może i pochłoną wojny.

Co będzie napędzało stosunki międzynarodowe, jeśli nie nacjonalizm? Wpływowi za Busha neokonserwatyści deklarowali, że dążenie jednostek i narodów do wolności - jeśli Ameryka im zbrojnie czy pokojowo pomoże - spowoduje, że zwrócą się ku USA. Realiści zaś powtarzają, że to mrzonki, że świat, tak jak w XIX wieku, będzie działał na zasadzie ważenia interesów, być może nawet koncertu mocarstw. Jakie jest pana zdanie?

- Przede wszystkim odrzucam koncepcje neokonserwatystów. Nie wierzę, że na serio mówili o tym szerzeniu wolności i demokracji. Uważali to raczej za dobrą taktykę propagandową w zwalczaniu państw islamskich, zwłaszcza przeciwników Izraela. Nie sądzili chyba, że z dnia na dzień Palestyna czy Egipt staną się demokracjami. Chodziło im o wciągnięcie Ameryki na Bliski Wschód, zniszczenie Iraku Saddama Husajna. Teraz zaczyna się nowa kampania, by tego samego spróbować z Iranem.

Realiści częściowo mają rację. Świat jest skomplikowany. Jego rozwój odbywa się na wielu płaszczyznach. Jedną z nich, w wypadku różnych konfliktów na przykład, jest rozgrywka, negocjacje między mocarstwami globalnymi i regionalnymi. Ale one już nie mają monopolu. Mocarstwa nie mają tej decydującej kontroli nad rzeczywistością, którą miały w dużym stopniu do II wojny, a jeszcze w większym stopniu w wieku XIX czy XVIII. Właśnie z powodu tego globalnego przebudzenia politycznego ludzkości.

W wielu regionach społeczeństwa po prostu nie dadzą się już kontrolować z zewnątrz. Na przykład na "globalnych Bałkanach", jak nazywam ogromny i niespokojny region świata od północnej Afryki po Pakistan.

Jaka ma być rola USA?

- Przez najbliższe dziesięciolecia - primus inter pares, pierwszego wśród równych. W niektórych sprawach Ameryka powinna być inicjatorem, np. budowania koalicji państw do rozwiązania problemu Afganistanu ale - podkreślam - tak by uniknąć powtórki błędów, jakie popełnili tam Sowieci. W innych - rozjemcą, np. w kluczowym sporze Izraelczyków i Arabów.

Jestem przekonany, że po fatalnym błędzie wojny w Iraku i związanego z nim zmęczenia imperialnego USA wraz z prezydentem Obamą nadchodzi nowa era amerykańskiego przywództwa w świecie, ale innego. Przywództwa, które bardziej inspiruje, niż twardo egzekwuje swą wolę. Zresztą większość krajów nadal takiego przywództwa od Ameryki oczekuje, a nawet wymaga.

Ale musimy unikać katastrofalnych błędów, za jaki uważam wkopanie się Ameryki w globalne Bałkany za George'a W. Busha. Nie jesteśmy w stanie militarnie podbić tego regionu, gdzie jest 30 krajów i przeszło 550 milionów ludzi, w większości muzułmanów, którzy w USA widzą coraz częściej głównego przeciwnika. Nie jesteśmy tam w stanie wyeliminować wojskowo wszystkich wrogów - chyba że zrezygnujemy z naszych założeń etycznych i wymordujemy prawie wszystkich Afgańczyków i Pakistańczyków, czyli 200 milionów ludzi. Oni, nawet jeśli z nami nie walczą, to odnoszą się do naszej tam obecności wrogo. Ale tego na szczęście nie zrobimy.

A co możemy zrobić?

- Musimy starać się o rozwiązania polityczne, uwzględniając specyfikę Afganistanu oraz różnice między tym, czym są Talibowie, a czym jest al Kaida.

Pan uważa, że Bush celowo wyolbrzymiał zagrożenie terroryzmem islamskim. Ale przecież mieliśmy 11 września, zamachy w Madrycie i Londynie. Co USA i Zachód powinny robić, by się nie powtórzyły?

- Zamachy mogą się powtórzyć, ale to nie uzasadnia twierdzenia, że terroryzm jest czymś specyficznie islamskim. Większość krajów islamskich zwalcza terroryzm ekstremistów muzułmańskich. Poza tym chcę podkreślić, że nie można ignorować tego, jak konsekwencje zbyt długo tolerowanego konfliktu izraelsko-arabskiego wpływają na nastroje na Bliskim Wschodzie.

Mam wrażenie, że w naszej rozmowie, podobnie jak w pana książkach, bardzo często padają słowa "gra mocarstw", "sojusze", "strefy wpływów". Ale pana wspomnienia z Białego Domu są zatytułowane "Power and Principles" ("Siła i zasady" ). Czy w stosunkach międzynarodowych w XXI wieku jest jeszcze miejsce na zasady?

- Oczywiście, ale nie w formie jednostronnych dogmatów, narzucanych przez Zachód. W obecnym wieku współpraca w skali światowej wymaga konsensusu opartego na podstawowych zasadach: integralności terytorialnej państw, suwerenności, prawa do niezawisłości, szacunku dla odmiennych kultur.

Dla wielu krajów Azji i Afryki Chiny promujące głównie stabilność są bardziej atrakcyjne niż promująca demokrację Ameryka.

- Pierwsze może prowadzić do drugiego.

Czy więc Amerykanie powinni porzucić głęboko zakorzeniony w swej tradycji koncept "Świecącego Miasta na wzgórzu", Ameryki niosącej innym wolność, prawa człowieka, demokrację?

- Bynajmniej. Ale ten koncept wymaga całkowicie innego postępowania niż za Busha - wstrzemięźliwości, ostrożności. Zarówno w rzucaniu sloganów, jak i w bezpośrednim zaangażowaniu - zwłaszcza wojskowym. Jak mówiłem, my wszystkich nie pokonamy militarnie, a kontrolować ich też nie jesteśmy w stanie. Od większości ludzi na świecie jesteśmy po prostu kulturowo, religijnie, cywilizacyjnie odmienni.

Pozostaje kwestia tych społeczeństw, które cierpią pod różnymi dyktaturami. Darfur, Kuba albo Birma, gdzie brutalny reżim trzyma się dzięki pomocy chwalonych przez pana Chin. W takich miejscach społeczeństwa często nie widzą w Zachodzie czy Ameryce kolonizatorów tylko odwrotnie - jedyną nadzieję na zmiany.

- Pytanie: czy tak myślą społeczeństwa, czy elity opozycyjne, ludzie, którzy mentalnie i intelektualnie są już częścią zglobalizowanego świata? Co Ameryka, Zachód mają w takich miejscach robić? Moja odpowiedź brzmi: być ostrożnymi.

Birmą rządzi naprawdę straszny reżim, wcale tego nie neguję. I pewnie jest tam wielu ludzi, którzy tęsknią za wolnością i demokracją. Ale czy nawet oni przyjmą z radością np. interwencję zbrojną Ameryki? Mam mnóstwo wątpliwości. A czasem bez interwencji zbrojnej stanu rzeczy po prostu zmienić nie można. W sprawie Birmy na pewno nie pójdziemy na konflikt z Chinami, bo mamy - niestety - zbyt wiele wspólnych z nimi spraw.

Jak to się ma do pana deklaracji o przebudzonej politycznie ludzkości? Birmańczycy nie mogą być przebudzeni?

- Przede wszystkim, przebudzenie polityczne nie oznacza jednomyślności w poglądach. Jak mówiłem - świat jest skomplikowany, wielopłaszczyznowy. Ta nowa płaszczyzna świata politycznie pobudzonego musi również koegzystować z płaszczyzną bardziej tradycyjną - gdzie są interesy państw, mocarstw, ich siła, gdzie liczy się stabilność i równowaga.

Jakie na globalnej szachownicy jest miejsce małych i średnich? Jakie dla Polski?

- Polska ma wyjątkową szansę. Poprzez współudział w budowie wielonarodowej Europy, a jednocześnie powiązania polityczne z Ameryką, Polska wyzwala się z historycznie tragicznej pozycji geopolitycznej, w której tkwiła od wieków.

W Polsce, po ujawnieniu listu Baracka Obamy do Dmitrija Miedwiediewa w sprawie tarczy antyrakietowej, znów słychać głosy: wielcy, jak zwykle, dogadują się ponad naszymi głowami. Niektórzy dodają nawet: naszym kosztem.

- To nie do końca poważne. Nie można wykluczyć, że w wyniku rozmów USA - Rosja i nacisku na Iran powstanie nowa sytuacja, w której konieczność budowy tarczy się zmniejszy albo nawet zniknie. Nikt dziś nie może zagwarantować, że tarcza powstanie. I nie jest to dowód złej woli nowego rządu USA. To dowód, że być może Rosjanie zaczynają rozumieć, iż w ich interesie jest nie grozić rakietami z Kaliningradu, co tylko scementowało dążenia do tarczy, lecz raczej iść z Ameryką ręka w rękę w sprawie Iranu. Czy wtedy Waszyngton powinien to odrzucić? Absurd...

Co do samej tarczy - minister Radek Sikorski powiedział w Waszyngtonie słusznie, że decyzja należy do USA. Przecież tarcza nie jest potrzebna Polsce czy Czechom bardziej niż Ameryce. Polsce zostaną wypożyczone rakiety Patriot, które są dla niej czymś bardziej konkretnym, zwiększającym bezpieczeństwo niż tarcza. Ona oparta jest na systemie nie do końca sprawdzonym i chroni USA oraz Europę Zachodnią przed zagrożeniem z Iranu, które powstanie może za 10 lat. A patrioty dają Polsce obronę przeciwlotniczą, której dziś polskie wojsko nie ma.

Jeśli Polska chce dbać o swe interesy, musi się jak najgłębiej zakorzenić w Europie, wzmacniać sojusz z Ameryką i robić tak wiele, jak może, by Ukraina nie upadła. Dla bezpieczeństwa Polski jest to działalność potencjalnie najbardziej skuteczna.

Panie profesorze, kim pan dziś w Ameryce jest? Analitykiem prestiżowego ośrodka badawczego czy - jak twierdzą niektórzy - jednym z najbardziej wpływowych nieoficjalnych doradców nowego prezydenta?

- Za takiego się nie uważam - nie tylko ze skromności, ale z powodu chłodnej oceny sytuacji. Nie jestem tajnym doradcą prezydenta Obamy. Czy mam wpływ na jego poglądy? Nie wiem, naprawdę. Choć mam nadzieję, że może trochę...

Jak sam definiuję tu moją rolę? Jeśli znaczący ludzie w Ameryce mają skłonność do poważnego traktowania tego, co piszę i mówię - np. gdy będę jutro zeznawał przed komisją spraw zagranicznych Senatu - to mam obowiązek przedstawiać to, w co wierzę. A wierzę, że Ameryka musi w pewnych zasadniczych sprawach zmienić postępowanie, więcej - swój kurs historyczny.

W 1993 roku, tuż po wielkim historycznym zwycięstwie USA nad ZSRR, napisałem książkę "Out of Control". Nie zrobiła wielkiej kariery, może dlatego, że wówczas już pisałem, iż wbrew pozorom i ówczesnym triumfalistycznym nastrojom w Ameryce świat zaczyna się burzyć, tracić kontrolę nad samym sobą. Że Ameryka samodzielnie i środkami militarnymi nie jest w stanie tej kontroli sprawować. Że wchodzimy w erę, którą trudno będzie pojąć, nakreślić w kategoriach ideologicznych, religijnych czy nawet zdrowego rozsądku.

Pisałem wówczas też o wadach Ameryki, które przeszkadzają jej odgrywać rolę przywódcy świata. Ostatnio do tego spisu wad zajrzałem i stwierdziłem, że większość z nich - kłopoty gospodarcze, nadmierny konsumpcjonizm, powolna utrata autorytetu moralnego w świecie - jest dziś jeszcze bardziej aktualna niż 16 lat temu. Jeszcze bardziej komplikują rolę USA w świecie.

Uważam - mam nadzieję, że to nie zabrzmi nieskromnie - że moją rolą jest inspirowanie dyskusji, czym powinna być Ameryka i co powinna w świecie robić. Chcę pomóc Ameryce zrozumieć świat i światu zrozumieć Amerykę i jej pozytywną rolę. Chcę przełamać pewną zaściankowość USA, która - w momencie gdy świat naprawdę potrzebuje Ameryki - bardzo jej przeszkadza tę rolę odegrać. Przeszkadza prowadzić mądrą, realistyczną, moralnie uzasadnioną politykę. Większość Amerykanów wie o świecie bardzo mało, rozumie go jeszcze mniej i dlatego jest skłonna ulegać demagogii. Na przykład takiej, jaką propagował prezydent George W. Bush.

Czy to, co piszę, ma wpływ na prezydenta Obamę? Nie wiem. Ale wiem bezpośrednio, że podobała mu się moja wydana w 2007 roku książka "Druga szansa", z czego wynikły pierwsze nasze kontakty i moje poparcie dla niego w kampanii wyborczej.

Jak to się właściwie stało, że pan, imigrant, który do USA przyjechał na studia, zaszedł w polityce zagranicznej Ameryki tak wysoko?

- Po pierwsze, napływ nieanglojęzycznej inteligencji z Europy w XX wieku sprawił, że takie kariery były możliwe. Zagrożenie, najpierw nazistowskie, potem komunistyczne, sprawiło, że Amerykanie zaczęli doceniać ludzi z europejskimi korzeniami, którzy mogli pomóc USA zmagać się z tymi zagrożeniami.

Po drugie, miałem szczęście, dostałem się na najlepszy uniwersytet w USA i na świecie - Harvard - i jakoś mi się tam udało. Zostałem naukowcem. Dużo pisałem i występowałem w telewizji. Jako jeden z pierwszych oceniałem ZSRR jako imperium złożone z różnych narodów i twierdziłem, że tendencje narodowe mniejszych narodów temu imperium zagrożą.

W latach 60. brałem udział w kampanii wyborczej Johna Kennedy'ego, a potem Lyndona Johnsona. W roku 1968 byłem w wyborach prezydenckich głównym doradcą ds. zagranicznych senatora Huberta Humphreya.

Po najeździe wojsk ZSRR i innych państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku głosiłem, że komunizm jako idea globalna jest martwy, że jedynie rosyjski nacjonalizm jeszcze trzyma imperium w kupie. A jako doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Cartera starałem się robić, co w mojej mocy, by te tendencje odśrodkowe w obozie komunistycznym wzmacniać przez penetrację ideologiczną, pomoc bezpośrednią dla ruchów wolnościowych, rozmiękczanie reżimów komunistycznych przez pozornie normalne stosunki z władzami i przez utrzymanie równowagi zbrojnej w rywalizacji z ZSRR.

Ale jak pan, człowiek, u którego Amerykanie czasem wykrywają ślad obcego akcentu, został szefem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, współtwórcą polityki zagranicznej i strategii supermocarstwa? Zadzwonił Carter: "Zbig, widziałem cię w telewizji, przeczytałem kilka twoich artykułów, chodź do rządu"?

- Już w roku 1974 lub 75 poparłem kandydaturę Cartera i wkrótce stałem się jego doradcą w dziedzinie polityki zagranicznej. Podróżowałem z nim, pomagałem w debatach wyborczych i po prostu jakoś wzajemnie sobie pasowaliśmy.

Nigdy nie był pan tu traktowany jako ktoś "nie do końca amerykański"? Nigdy przeciwnicy polityczni nie atakowali pana argumentem: tu się nie urodził, nie wychował, więc nie ma prawa decydować o naszej polityce?

- Oficjalnie nie. Ale w walkach propagandowych przeciwko mnie - owszem. Wystarczy zobaczyć mnóstwo blogów w internecie. Bardzo często wypomina mi się polskie pochodzenie. Co ciekawe, to nie odnosi się do wielu moich "rywali" na arenie publicznej, którzy też często są pochodzenia zagranicznego, a nawet pochodzą z innej, niechrześcijańskiej religii. Takie ataki wobec nich, wypominanie im pochodzenia, traktowane jest jako coś niestosownego. Ale wobec kogoś z Polski można najwidoczniej takie chwyty stosować.

Czy niechęć, a nawet ataki wielu wpływowych Rosjan na pana nie mają związku z pana polskością? Z tego, że trudno im było, zwłaszcza za czasów komunizmu, zaakceptować, że człowiek, który wpływa na strategię supermocarstwa, jest Amerykanin pochodzenia polskiego?

- Na pewno. Oni patrzą na mnie często z prowincjonalnej perspektywy sąsiedztwa z Polską. A że tego sąsiada traktowali w sposób nie zawsze piękny i w dodatku, w odróżnieniu od Niemców, wciąż się do końca nie potrafią do tego przyznać... Jest w tym jakiś kompleks Rosjan. Uważają, że jeśli w USA ktoś dosyć ważny jest pochodzenia polskiego, to musi być uprzedzony wobec Rosji. Takie rozumowanie w istocie potwierdza ich dylematy - oni podświadomie zdają sobie sprawę, że może są podstawy, by być uprzedzonym wobec nich. Wystarczy użyć słowa "Katyń".

Niektórzy z ważnych Rosjan czasem mówią mi to wprost: - Pan jest do nas nieprzychylnie nastawiony, bo polskiego pochodzenia. Odpowiadam wówczas: - No, być może, moje polskie pochodzenie ma wpływ na mój ogląd Rosji, ale w takim razie jak to jest, że około 80 proc. Amerykanów podziela mój stosunek? Przecież oni nie są pochodzenia polskiego. A też są krytyczni wobec Rosji! Może więc ja też mam je nie dlatego, że jestem pochodzenia polskiego, tylko dlatego, że są uzasadnione przyczyny, by tak na Rosję patrzeć.

Na to Rosjanie nie mają odpowiedzi. W czasach walki USA z komunistycznym ZSRR byli też Amerykanie, którzy używali wobec mnie argumentu: Pan jest zbyt krytyczny wobec Moskwy z powodu swej polskości. Ale większość Amerykanów się ze mną zgadzała!

Nigdy nie miałem obsesji Rosji. Prawdę mówiąc, zacząłem się nią na serio zajmować dopiero podczas studiów doktoranckich na Harvardzie. I tam nauczyłem się naukowego, chłodnego podejścia do Rosji, opartego na historii, ekonomii, socjologii. Choć oczywiście, fakt, że II wojna światowa zakończyła się dla Polski inaczej, niż moi rodzice się spodziewali, na pewno na mnie wpłynął. Ja tego nie neguję, ale się tym nie przejmuję.

Często ludzie na ulicy zaczepiają mnie okrzykami: Miło pana oglądać w telewizji! Jeśli Obama jest naturalnym prezydentem Ameryki, to ja może mam prawo uważać się za nieco wpływowego Amerykanina polskiego pochodzenia, którego nazwisko przestaje tu brzmieć obco...

Pan często, jak w tym wywiadzie, krytykuje Amerykanów. Za poziom edukacji, wiedzy o świecie, za popadanie w zbiorowe histerie, konsumpcjonizm. Ale z drugiej strony ma pan ogromną wiarę w ten kraj. Jak to pogodzić?

- Ameryka nie jest cudowną utopią. Ale jest nadal krajem najbardziej otwartym na innowacje, kreatywność, także na przewartościowania własnych dogmatów.

Ale mimo wszystko ważniejsze jest to, że Henry Kissinger [strateg amerykański pochodzenia żydowskiego, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Richarda Nixona i szef dyplomacji Henry'ego Forda] mógł odgrywać rolę, którą odgrywał. Że ja to też mogłem robić.

Zarówno jako doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, jak i później, po odejściu ze stanowisk, już w mniej oficjalnych rolach ekspertów wpływaliśmy na debatę w tym kraju i jakoś na jego losy. I poważni ludzie w tym kraju traktują to jako coś normalnego. To jeden z powodów, dlaczego Ameryka jest krajem wciąż tak dynamicznym i tak spontanicznie dostosowującym się do coraz to nowych wymogów historii.

Wybór Obamy jest tego dowodem?

- Absolutnie. Coś mnie w nim zaintrygowało od pierwszego spotkania. Jego ojciec nie był amerykańskim Murzynem, tylko afrykańskim Murzynem, matka - typem przebojowej wędrowniczki, która zaprowadziła małego Baracka do Indonezji. To jest facet, który ma inną świadomość, inne polityczne DNA, rozumie świat w innych kategoriach niż wielu polityków amerykańskich. Ja to wyczułem podczas naszej pierwszej rozmowy. Obama jest nowym Amerykaninem. Światowym Amerykaninem. I to w okresie, gdy Ameryka jest właściwie prototypem świata. Albo będzie prototypem udanym, albo nieudanym, dlatego jej losy i rola są tak ważne.


------------------------
Rozmawiał w Waszyngtonie Marcin Bosacki
[wyborcza.pl]

Zbychu ma jeszcze coś do dodania: [www.youtube.com]

03-02-2012 - 14:45:51

Ten film wyjaśnia dlaczego teraz chcą wprowadzić zakaz posiadania broni w USA

26-06-2012 - 22:22:04

Właśnie obejrzałem na YT walkę K1 Japończyka z Koreańczykiem i po zakończeniu zobaczyłem taką oto scenę: zwycięski Japończyk bierze flagę ONZ z napisem "We Are All One" i paraduje z nią po ringu (4' 20'') [www.youtube.com]
Wygląda więc na to, że globaliści sponsorują już sportowców, by urabiali ludzi pod akceptację rządu światowego.




Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 01-07-2012 00:55 przez Dagomeusz.

27-06-2012 - 00:13:37

Ludzie - to, że twoży się powolutku swego rodzaju oligarchia biznesowa widać od lat.
Inaczej nie byłoby takich projektów jak ACTA, TPP, porozumienia TRIPS i inne, jak równierz tego trybu ich uchwalania.
Niemniej jednak ta oligarchia jest tylko nakierowana na zmonopolizowanie rynków - przeciętny człowiek ją obchodzi tylko pod kątem siły roboczej lub potencjalnego złodzieja.

27-06-2012 - 16:39:32

Nawet nie wiesz, w jakim jesteś błędzie. ONI wtrącają się w najbardziej osobiste sfery ludzkiego życia, a ich ostatecznym celem jest kontrola wszystkiego.
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Janusz Korwin-Mikke - Internetowa Strona Autorska / Forum - Statystyki

Globalne
Wątki: 6137, Posty: 45237, Użytkownicy: 14785.
Ostatnio dołączył/a Eksterminator.


Statystyki tego forum
Wątki: 79, Posty: 411.