Pieniądz na wolnym rynku [FAQ]

Wysłane przez MARK13 

21-02-2010 - 14:47:37

NIECH SIĘ STANIE 100% ZŁOTA

pieniądz, banki i rząd

Pieniądz jest tą sferą gospodarki, która została najbardziej pogmatwana i naznaczona przez wielowiekowe ingerencje rządu. Wielu ludzi stojących normalnie po stronie wolnego rynku zatrzymuje się przed problemem pieniądza. Uważają oni, że pieniądz jest czymś szczególnym; za jego podaż musi być odpowiedzialny rząd i rząd musi go poddawać regulacjom. Państwowej kontroli nad pieniądzem nigdy nie traktują jako interwencji na rynku; nie do pomyślenia jest dla nich wolny rynek w sferze pieniądza. Rządy muszą bić monety, emitować banknoty, ustanawiać „prawny środek płatniczy”, powoływać do życia banki centralne, pompować i wypompowywać pieniądze, „stabilizować poziom cen” itd. W konsekwencji doszło do tego, że współczesny system monetarny – właśnie przez to, że o podaży pieniądza decydują nie mechanizmy rynkowe, lecz urzędnicy państwowi – nie tylko sprzyja nadużyciom natury politycznej, ale powoduje również inflację i cykle koniunkturalne. Polityka pieniężna jest – obok wojny – głównym narzędziem służącym do powiększania potęgi państwa: umożliwia rozrost administracji rządowej, zapewnia finansowanie deficytu budżetowego i wspieranie grup specjalnego interesu, a także uzyskanie pożądanego wyniku w wyborach.

Jak powinno się rozumieć słowo „pieniądz”?

Pieniądz to towar. Jednym z najważniejszych zadań, jakie stoją przed światem, jest uświadomienie sobie tego faktu. Bardzo często ludzie mówią o pieniądzu jako o czymś znacznie mniej albo znacznie bardziej ważnym niż towar. Pieniądz nie jest abstrakcyjną jednostką rozliczeniową, którą można oddzielić od konkretnego towaru. Nie jest bezużytecznym żetonem służącym jedynie do wymiany. Nie jest też czymś narzuconym społeczeństwu. Nie stanowi gwarancji stałego poziomu cen. Pieniądz jest po prostu towarem. Różni się od innych towarów tym, że popyt nań wiąże się przede wszystkim z funkcją środka wymiany, jaką pełni. Poza tym jednak jest towarem i – podobnie jak wszystkie inne towary – występuje w określonych ilościach, jest kupowany i przechowywany przez ludzi itd. itp.

Na przestrzeni dziejów jako środków wymiany używano wielu różnych towarów: tytoniu w kolonialnej Wirginii, cukru w Indiach Zachodnich, soli w Abisynii, bydła w starożytnej Grecji, gwoździ w Szkocji, miedzi w starożytnym Egipcie, a także zboża, paciorków, herbaty, muszelek i haczyków wędkarskich. Wyglądało to tak: hodowca drobiu chciał kupić od szewca buty. Szewc nie potrzebował jednak jajek, więc hodowca musiał dowiedzieć się, co chciałby w zamian za buty. I powiedzmy, że tym dobrem był tytoń. Hodowca wymieniał więc jaja na tytoń z osobą trzecią, a następnie szedł do szewca i sprzedawał mu tytoń za buty. Najpierw kupił tytoń, ale nie dlatego, że był mu on potrzebny, tylko dlatego, że umożliwi mu zakup butów. W pierwszej chwili cała ta operacja wydawać się może nieporęczna i okrężna. W rzeczywistości jednak stanowiła cudowny instrument umożliwiający rozwój cywilizacji. W tym konkretnym przykładzie wyższość tytoniu – będąca przyczyną popytu przekraczającego zwykłą konsumpcję tego towaru – polega na tym, że jest on towarem łatwiej zbywalnym. Jeśli jakiś towar jest łatwiej zbywalny niż inny – jeśli wszyscy są przekonani, że będzie go łatwiej sprzedać – to wystąpi zwiększony popyt na ten towar, ponieważ będzie on wykorzystywany jako środek wymiany. Będzie środkiem, dzięki któremu jeden człowiek będzie mógł wymienić swoje towary na produkty należące do innego człowieka.

Ów proces stopniowo postępującej selekcji środków wymiany na wolnym rynku jest jedyną metodą, za pomocą której można ustanowić pieniądz. Pieniądze nie mogą powstać w żaden inny sposób – ani w wyniku czyjejś nagłej decyzji, że pieniądz będzie produkowany z jakiegoś bezużytecznego surowca, ani w wyniku nadania przez rząd miana „pieniądza” kawałkom papieru. Z biegiem wieków dwa towary – złoto i srebro – w wyniku rynkowej konkurencji zostały wyłonione jako pieniądze. Wyparły one inne towary służące jako środek wymiany. Oba te metale są niezwykle łatwo zbywalne, cieszą się dużym popytem ze względu na swoje walory dekoracyjne i są niedoścignione pod względem innych niezbędnych właściwości.

Wszystko to może wyglądać na „odkrywanie Ameryki”, ale świat mógłby uniknąć wielu nieszczęść, gdyby ludzie w pełni zdawali sobie sprawę z tych prostych prawd. Na przykład prawie wszystkim wydaje się, że pieniądze są abstrakcyjnymi jednostkami jakiejś waluty przypisanej do określonego kraju. Podobnie ludzie myśleli nawet wówczas, gdy państwa stosowały „standard złota ”. Amerykańskie pieniądze to były dolary, francuskie – franki, niemieckie – marki itd. Wiedziano wprawdzie, że każda z tych walut była związana ze złotem, ale traktowano je jako samodzielne i niezależne i dlatego poszczególne kraje bez trudu „odeszły od standardu złota”. Tymczasem wszystkie te nazwy były nazwami jednostek wagowych złota lub srebra.

Podsumowując: żeby gospodarka mogła zaakceptować jakieś dobro jako pieniądz, dobro to musi wcześniej funkcjonować w gospodarce jako coś użytecznego ze względu na swoje walory "niepieniężne". Krótko mówiąc, zanim coś stanie się pieniądzem, musi być wcześniej jakimś użytecznym dobrem - w przypadku złota i srebra były to sztuka zdobnicza, jubilerstwo, później medycyna, a jeszcze później - elektronika. Pieniądz musi mieć po prostu wcześniejszą cenę (wartość) na rynku niepieniężnym, zanim będzie mógł być nabyty po tej właśnie cenie i stać się środkiem wymiany.

Skoro pieniądz to towar, to w takim razie jak rozumieć określenia typu „standard złota” i „parytet złota”? Że niby będziemy płacić w sklepie złotymi monetami? Złoto to towar, więc płacimy złotem?

Pieniądz oparty na złocie nie tylko nie musi być złoty, a nawet - nieczęsto bywał.

To raz.

Dwa: złoto występujące w postaci monet nigdy nie było poręcznym i wygodnym środkiem wymiany. W przypadku większych zakupów transport kilkuset funtów złota okazywał się bardziej kosztowny niż sama transakcja, dokonywana za jego pośrednictwem. Dlatego wolny rynek, zawsze gotów do zaspokajania potrzeb konsumentów, i tym razem pośpieszył ludziom z pomocą. Jak wiadomo, złoto musiało być gdzieś magazynowane. Pojawiły się więc firmy oferujące usługę składowania złota – banki. Prawo właściciela do zmagazynowanego towaru poświadczane było kwitem składowym, który to kwit właściciel otrzymywał w zamian za oddanie do banku jakiejś części swojego złota. Kwit upoważniał właściciela do żądania w dowolnym momencie, by wydano mu jego towar. Magazyny złota zarabiały tak jak każdy inny biznes – pobierając opłatę za usługę magazynową.

W ten sposób kwity składowe zaczęły w coraz większym stopniu pełnić rolę substytutów pieniądza. Tak wykształciły się pieniądze, jakie znamy dzisiaj – banknoty. Warto sobie uzmysłowić, że jeżeli ktoś mówi o standardzie złota, to nie chodzi mu o to, że będziemy fizycznie obracać złotem, lecz o pokrycie banknotów w złocie. Taki banknot to nic innego jak ekwiwalent wcześniej wyprodukowanych dóbr, a złoto jest wcześniej „wyprodukowanym” dobrem – trzeba je wydobyć, przetopić, być może wybić z niego monetę, ma również zastosowanie w innych gałęziach przemysłu, słowem, ma realną wartość, podczas gdy banknot sam w sobie jest mniej wart niż zużyty na jego produkcję papier.

Pomału klaruje się nam również, co oznacza „parytet złota” w kontekście bankowości. Każdy bank powinien mieć rezerwę pokrywającą depozyty. Na tym powinna polegać bankowość w ogóle – na dążeniu do najpełniejszej rezerwy. Prosto, jasno i bez wałków.

Jak powinien działać zdrowy system bankowy?

Bank posiadając 100 złotych w skarbcu (rezerwa) wziął na przechowanie od pana A 100 złotych, gwarantując mu wypłatę 105 złotych. W momencie ulokowania 100 złotych przez pana A, bank ma 200 złotych, w tym 100 należących do banku. Ale bank nie dość że 100 złotych musi po pewnym czasie panu A zwrócić, to jeszcze żeby go zmotywować do umieszczenia kasy w tym właśnie banku, a nie w skarpecie, obiecał mu wypłatę nie 100, a 105 złotych. Czyli na chwilę obecną bank straciłby 5 złotych. Aby do tego nie doszło, bank pożycza panu B 100 złotych zainkasowanych od pana A, przy czym B zobowiązuje się oddać 108 złotych (czyli 3 złote zysku dla banku). W momencie pożyczenia 100 złotych panu B bank ma 100 złotych, które miał na początku. No i dochodzimy do sedna sprawy. Gdyby pan A postanowił jednak wypłacić przed czasem swoje 100 złotych (bez odsetek oczywiście - odsetki naliczamy, jak pieniądze trochę przeleżą w skarbcu), bank musiałby wówczas oddać mu swoje 100 złotych rezerwy i do momentu oddania przez pana B 108 złotych siedziałby z zerem dopóty, dopóki nie przyszedłby pan B i nie spłacił swojej pożyczki (108 złotych). Po oddaniu należności przez B bank zarabia 3 złote (procent) i ma teraz w skarbcu 100 złotych rezerwy i 3 złote zarobku (plus ewentualnie 5 złotych, które nie poszły na procent dla pana A).

Jak jest dzisiaj?

Dzisiaj państwowe mennice drukują puste banknoty w dowolnych ilościach w zależności od politycznego zapotrzebowania albo tzw. interesu społecznego, definiowanego przez aktualnie rządzących, z kolei pokumane z rządami banki udzielają kredytów bez pokrycia, tworząc pieniądze z powietrza. Tak powstaje pieniądz dłużny, tj. fiducjarny. Pieniądz dłużny to pieniądz, którego nie ma. "Pokrycie w zaoszczędzonych pieniądzach" istnieje tylko do momentu, aż ktoś nie powie "sprawdzam". Wtedy pozostają tylko te zaoszczędzone pieniądze, a fiducjarne wyparowują wraz z zaufaniem, które stanowiło o całej ich wartości. System działa w taki sposób od lat, by nie powiedzieć – od stuleci, a to w zupełności wystarczy, aby nawet inteligentny człowiek nie zorientował się, w czym tkwi haczyk.

Przypuśćmy, że w banku A Kowalski deponuje 1000 zł – Kowalski ma teraz depozyt 1000 zł. Do banku A przychodzi Nowak i zaciąga kredyt w wysokości 800 zł – de facto pożycza 800 zł od Kowalskiego. Bank A udziela Nowakowi kredytu na 800 zł – kredyt jest wypłacany z pieniędzy Kowalskiego. Po tej operacji bank A ma teraz tylko 200 zł w gotówce oraz 1000 zł depozytu na żądanie (pieniądze wpłacone przez Kowalskiego).

Ktoś powie: to nie są pieniądze – Kowalski i Nowak nie mogą jednocześnie z nich skorzystać.

Właśnie, że mogą. Oto co się może wydarzyć: Nowak za kredyt kupuje żonie kieckę. Kowalski jako posiadacz depozytu na 1000 zł zleca przelew wewnętrzny całej sumy na rzecz Iksińskiego. Jako że jest to przelew wewnętrzny, bank A po postu zmienia właściciela depozytu i po sprawie. Efekt? BANK, MIMO ŻE MIAŁ TYLKO 1000 ZŁ GOTÓWKI, WPROWADZIŁ DO OBIEGU 1800 ZŁ, bo umożliwił swoim klientom dokonanie płatności właśnie na taką kwotę. Bank A wykreował 800 zł z powietrza.



A co jeśli Kowalski zleci przelew zewnętrzny do innego banku - banku C? Bank A nie musi wcale pożyczać kasy od Banku Centralnego, tj. zaciągać u nich kredytu. Gdyby tak postąpił, wówczas Bank Centralny byłby zmuszony dodrukować gotówkę.

W jaki zatem sposób bank A może dokonać przelewu na 1000 zł do banku C, skoro ma tylko 200 zł w gotówce bez zadłużania się w Banku Centralnym? Proste: wystarczy, że zaciągnie kredyt w banku C - do którego przelewa kasę. Po kolei: bank A likwiduje depozyt Kowalskiego i przelewa pieniądze banku C. Bank C tworzy depozyt swojemu nowemu klientowi, który ma otrzymać 1000 zł, jednocześnie zwiększając akcje kredytową o kwotę 1000 zł na rzecz bank A. W końcowym efekcie bank A nie zmienia swojego stanu posiadania, nadal ma depozyty na sumę 1000 zł (podobnie jak przy przelewie wewnętrznym), natomiast bank C poprzez udzielenie kredytu bankowi A, kreuje nowy depozyt 1000 zł na rzecz swojego klienta, który otrzymał przelew od Kowalskiego. Jak widać, bank A umożliwił obydwu klientom obracanie kwotą 1800 zł w tym samym czasie, mimo że miał tylko 1000 zł w gotówce, bez konieczności zadłużania się w Banku Centralnym.



Mamy tu do czynienia ze zwykłymi zapisami księgowymi. Zapisy te spełniają rolę pieniędzy dopóty, dopóki klienci nie zażądają gotówki. Wtedy okaże się, że król jest nagi. W tym przykładzie pomijam obowiązkowe rezerwy (cząstkowe). Chodzi mi o sam mechanizm. Papier jest cierpliwy i różne głupoty zniesie, ale człowiek pod bankomatem nie. Król rzeczywiście jest nagi i to, co media nazywają "kreacją", jest zwykłym i ordynarnym ściemnianiem. Kreacja to z definicji tworzenie czegoś; w przypadku systemu bankowego "kreacja" polega na łataniu dziur i odsuwaniu w czasie nieuchronnego upadku. Na wolnym rynku taki proceder byłby traktowany jako pospolite oszustwo.

No ok, ale kreacja pieniądza dłużnego jest przecież możliwa i na wolnym rynku. Powiedzmy, że Paweł ma 1 kilogram złota. Przychodzi do niego Marcin i prosi o pożyczenie tego kilograma. Paweł zgadza się – pożycza Marcinowi kilogram złota na dowolny okres czasu, niech będzie rok. Po roku Marcin zobowiązany jest oddać Pawłowi 2 kilogramy. Idzie więc do banku i pożycza 2 kg złota, dostając weksel, na którym jest napisane „2 kilogramy złota”. Ten weksel daje Pawłowi w ramach rozliczenia. Za ten papier Paweł kupuje od Jana mieszkanie, a za pożyczony kilogram złota Marcin kupuje dla siebie nowe auto. Dalej Jan idzie z wekslem do banku celem wypłacenia gotówki. Bank musi mu wypłacić sumę, na którą opiewa weksel – czyli 2 kilogramy złota. Tu pojawia się problem: Marcin ciągle „wisi” bankowi 2 kg złota, które pożyczył.

Zgoda, pieniądz dłużny może być kreowany przez rynek – może powstawać na skutek zawierania dobrowolnych transakcji między uczestnikami rynku.

Jest jednak różnica między kreacją pieniądza dłużnego na wolnym rynku a kreacją pieniądza fiducjarnego w warunkach państwowego monopolu, słowem, jest różnica między tym, jak być powinno, a tym, co uskutecznia się dzisiaj. Na wolnym rynku gdy przyjdę do banku po zdeponowane w nim złoto - muszę je dostać. Jeśli nie dostanę, bo bank udzielił zbyt wielu pożyczek bez pokrycia i nie ma teraz moich sztabek w skarbcu – jest przestępstwo. Na wolnym rynku z konstytucyjnie narzuconym zakazem generowania fiducjarnych środków płatniczych bez dokonania szwindla przez bank prywatny nigdy nie dojdzie do wyemitowania pieniądza dłużnego. A jeżeli dojdzie, to poszkodowani będą oczywiście wszyscy, nie tylko ten, co kredyt zaciąga, i ten, co kredytu udziela. Poszkodowani będą wszyscy uczestnicy rynku, którzy nieświadomie albo przez głupotę nabyli pieniądz dłużny na drodze sprzedaży jakiegoś swojego dobra. Tak jest dzisiaj: każdy ruch pieniędzmi, jaki wykonujecie, jest równoznaczny z tym, że jesteście pod znieczuleniem dymani. Zaciągacie kredyt – jesteście dymani, spłacacie kredyt – jesteście dymani, a żeby było śmieszniej – kiedy wy zaciągacie bądź spłacacie kredyt – ja jestem dymany.

Jakoś trudno mi uwierzyć, że na wolnym rynku klient będzie w stanie przewidzieć, czy jego bank aby na pewno nie zaczyna wydawać pokwitowań na nieistniejące depozyty.

Coś mi mówi, że bajeczkę pod tytułem „państwo gwarancją uczciwości” będziemy wałkować jeszcze niejednokrotnie, więc na ten moment krótko: dzisiaj władza „czuwa”, a banki (i rządy) wydają lewe pokwitowania i puste pieniądze w najlepsze, więc argument o potrzebie państwowej kontroli jest jakby trochę nie na miejscu.

Na wolnym rynku właściciel banku jest jasno określony z imienia i nazwiska. Była o tym mowa wyżej: gdy przyjdę po swoje złoto - muszę je dostać, inaczej (jeśli bank udzieli zbyt wielu pożyczek bez pokrycia i nie będzie miał moich sztabek w skarbcu), sprawa trafi do sądu. To samo w sytuacji, gdy bank wyda pokwitowanie na nieistniejący depozyt. Pokwitowanie jest dowodem, że bank posiada moją własność, więc jak mi nie odda złota na żądanie, to sąd zlicytuje dobra właściciela tego banku. Obecnie natomiast mamy sytuację patologiczną: zarówno rządy, jak i banki w porozumieniu z państwowymi planistami robią wałki całkowicie bezkarnie i legalnie.

Czy jest na sali głupiec, który zaufałby rządowi/państwu i powierzył mu „opiekę” nad pieniądzem?

A zatem co – prawno-administracyjny nakaz standaryzacji złota?

Tak.

Ale czy nie ograniczy on rynku?

Oczywiście, że nie. Równie dobrze można powiedzieć, że skodyfikowanie w państwowym prawie zasady „Nie kradnij” jest prawno-administracyjnym ograniczeniem rynku. Państwowy nakaz parytetu złota uznaje „manipulowanie walutą” za przestępstwo, które na wolnym rynku podlegać będzie karze. Złoto ma stałą i nieprzemijającą wartość niezależną od prawnych zapisów. Korzyści płynące z pieniędzy opartych na parytecie złota są ewidentne i właśnie dlatego, że niemal całkowicie wykluczają możliwość manipulowania walutą uznawane są za "nieefektywny anachronizm" – bo nie da się generować inflacji (występuje za to zwykle deflacja), pieniądz złoty niepodatny jest na spekulacje i w dużej mierze na tzw. zawirowania polityczne, no i przede wszystkim - system walut opartych na kruszcach jest systemem samoregulującym się zgodnie z zasadami wolnego rynku i wolnej konkurencji i regulującym przez to również rynki; jakakolwiek rządowa ingerencja (wyłączając łatwe do wykrycia oszustwa) jest niemal niemożliwa. Oparcie systemu pieniężnego w kraju na złocie jest więc tym, co państwo powinno robić – zapewnić stanowionym prawem ochronę ludzi przed oszustwem, głównie oszustwem systemowym.

Poza tym co jest prostsze/tańsze: ustawa o prawnym środku płatniczym, ustawa o NBP, ustawa o zakazie uchwalanie deficytu budżetowego, ustawa zakazująca emitowanie „papierowego śmiecia", ustawa kreująca rozmaite ciała nadzorujące przestrzeganie powyższych ustaw, ustawy cedujące na jakieś "eksperckie" ciała obowiązek określania, jaką ilość pieniędzy należy dodrukować (lub wycofać z obiegu), ustawy wykonawcze do konstytucyjnych zapisów wykluczające gmeranie państwa przy pieniądzach i stanowiące jakieś ciało kontrolujące państwo (co samo w sobie jest absurdem), czy prosty zapis w konstytucji, że waluta Polski oparta jest na parytecie złota i że państwo w żaden sposób nie jest uprawnione do ingerencji w rynek pieniężny?

Upraszczanie przez mnożenie legislacyjnych bytów?

Na straży parytetu musi "stać zakaz" – podobnie jak na przykład musi istnieć zakaz urządzania sobie polowań na ludzi w nudne weekendy i zakaz bombardowania ubogich dzielnic miast w celu poprawienia stosunków demograficznych. Konstytucyjny nakaz parytetu złota jest w istocie konstatacją rzeczywistości tak samo, jak konstytucyjny nakaz oddychanie mieszanką tlenu i azotu w odpowiednich proporcjach.

Kto miałby emitować pieniądze, skoro państwo w żaden sposób nie mogłoby ingerować w rynek pieniężny?

Prywatne mennice. Oznaczałoby to kres państwowego monopolu w zakresie emitowania jedynego legalnego środka płatniczego w kraju i tak – byłby to powód do świętowania. Sytuacja, w której państwo posiada zadekretowany prawnie monopol na emitowanie pieniądza, jest chora, bo oznacza, że dokonując jakiejkolwiek transakcji na terenie kraju nie mam innego wyjścia i MUSZĘ zaakceptować państwową walutę jako środek płatniczy – nawet jeśli wiem, że to jest zwykły papierowy śmieć.

Ale skąd pewność, że symbol nadrukowany na banknocie, względnie wybity na monecie byłby wymienialny na stałą ilość złota? Znamy z historii przypadki fałszowania złotych monet przez ich emitentów. Zaufanie do emitenta miałoby w dalszym ciągu ogromne znaczenie. Niezależnie od tego, czy byliby to prywatni emitenci, czy jeden państwowy - zawsze ktoś musiałby gwarantować, że to, co trzymam, ma pokrycie w kruszcu.

Znowu wracamy do bajeczki pt. „Państwo gwarantem uczciwości”. Ktoś musi gwarantować - jasne, że ktoś musi. Ale czy tym kimś ma być państwo?

Obawy co do fałszowania pieniędzy – choć w pełni zrozumiałe i uzasadnione – brzmią kuriozalnie w ustach kogoś, kto trzyma w portfelu papierowe śmieci drukowane przez rządowe mennice – i jakoś mu to w niczym nie przeszkadza. Podnosisz zarzut, że w przypadku prywatnych mennic rozpowszechniłoby się fałszowanie pieniędzy, a jednocześnie ufasz rządowi jako największemu drukarzowi? Schizofrenia?

Jeśli mamy w ogóle ufać rządowi, to gdyby istniały prywatne mennice, z pewnością moglibyśmy wierzyć, iż rząd będzie zapobiegał fałszerstwu i karał za nie – wszak prawdziwym uzasadnieniem dla istnienia rządu jest zapobieganie fałszerstwu, złodziejstwu i innym przestępstwom. Jeśli jednak nadal twierdzisz, że rząd nie będzie potrafił pojmać przestępcy w systemie prywatnym, to jakim cudem oczekujesz, że produkcja monet znajdzie się w dobrych rękach, gdy uczciwość uczestników prywatnego rynku ustąpi miejsca państwowemu monopolowi bicia monet? Jeśli nie możesz pokładać zaufania w zdolności rządu do wytropienia pojedynczych złoczyńców operujących w warunkach wolnego rynku produkcji monet, to dlaczego miałbyś wierzyć rządowi, gdy będzie miał całkowitą kontrolę nad pieniądzem i będzie mógł bić monety marnej jakości, fałszować je i dopuszczać się innych nadużyć, dysponując prawnie usankcjonowaną wyłącznością do pełnienia roli złoczyńcy na rynku? Szaleństwem jest twierdzić, że w celu zapobieżenia kradzieży mienia rząd musi upaństwowić wszelką własność. Tymczasem argumenty przeciwko prywatnym mennicom są tej samej natury.

Co stałoby na przeszkodzie, żeby prywatni mincerze stemplowali monetę, dając gwarancję, że ma ona odpowiednią wagę i czystość? Prywatni mincerze mogą to robić co najmniej tak dobrze jak mennica państwowa, ba, mogą to robić nawet lepiej – choćby z tej prostej przyczyny, że państwowy urzędnik nie ma absolutnie żadnego interesu w tym, aby wydany przez niego certyfikat był wiarygodny – w odróżnieniu od jednostki prywatnej. Nieoznakowane kawałki kruszcu nie byłyby przyjmowane jako monety. Ludzie używaliby monet wytwarzanych przez mincerzy, którzy cieszyłyby się najlepszą opinią z racji jakości swoich produktów.

Inna jeszcze sprawa to test służący do określenia zawartości „złota w złocie" – jest on śmiesznie tani. A w porównaniu z pewnością, że oto mamy w ręku coś, coś ma ściśle określoną wartość, jest wręcz błahostką. Biorąc zaś pod uwagę pewność, że za sto lat nie tylko spora część tej wartości nie zostanie zagrabiona przez kolejnych panów premierów, ale też wartość kruszcu ponad wszelką wątpliwość wzrośnie - to mniejszy koszt niż doglądanie wzrostu plonów.

Nietrudno sobie wyobrazić związek branżowy emitentów otrzymujący od państwa przywilej drukowania symboli w ilościach większych niż posiadają oni złota.

Hola, hola, jakie znowu państwo? Czy mi się wydaje, czy też może gawędzimy o tym, jak rzeczywistość wyglądać powinna, a nie o "związkach" i prawach, jakie tym związkom nadaje państwo, które - że przypomnę - NIC do gospodarki, a zatem i pieniądza mieć nie powinno?

Modelowy system opierający się na standardzie wymiany jest nieosiągalny, co pokazuje historia. W Stanach Zjednoczonych od roku 1879, kiedy po doświadczeniach wojny secesyjnej zdecydowano się powrócić do płatności w złocie, do roku 1913 obowiązującym systemem był system waluty złotej. Był on bliższy postaci modelowej niż którykolwiek z systemów wprowadzanych po pierwszej wojnie światowej, a mimo to do modelu idealnego brakowało mu sporo. Złota (w formie przechowywanego przez państwo lub banki kruszcu oraz znajdujących się w posiadaniu ludzi złotych monet) wystarczało na pokrycie góra 20% pieniądza będącego wówczas w obrocie.

Kwestia czysto techniczna - owszem, wówczas trudna do przeskoczenia, teraz jednak ze względu na postęp technologiczny wydobycie złota nie stanowi żadnej przeszkody. No i kto zadecydował o odejściu od standardu złota na czas wojny secesyjnej? Rynek czy państwo? Historia pokazuje, że państwo ZAWSZE mieszało się i zmuszało ludzi do odchodzenia od tego modelu.

Państwo powinno regulować podaż pieniądza. Ilość pieniądza powinna zmieniać się odpowiednio do liczby ludności, do „wolumenu handlu”, do „ilości dóbr wy¬tworzonych” itd. – a tego rynek nie wyreguluje – tutaj potrzeba interwencji państwa.

Po co, u licha, ilość pieniądza miałaby się zmieniać odpowiednio do „wolumeny handlu”, cokolwiek to znaczy? To jakaś kolejna mądra formułka, usprawiedliwiająca dziejową konieczność manipulacji walutą?

Nie ma czegoś takiego jak „właściwa” albo „odpowiednia” ilość pieniądza, a już na pewno nie da się tego zadekretować. Całkowite zasoby albo podaż pieniądza w społeczeństwie w określonym momencie odpowiadają całkowitemu ciężarowi występującej w danym czasie substancji używanej jako pieniądz. Przyjmijmy, że tą substancją jest złoto (choć równie dobrze mogłoby to być srebro albo nawet żelazo; o tym, który towar przyjąć za pieniądz, decyduje rynek, a nie my). Jeśli pieniądzem jest złoto, to całkowita podaż pieniądza równa jest całkowitemu ciężarowi złota, które znajduje się w posiadaniu ludzi. Zmiany całkowitej ilości złota będą wywoływane przez te same czynniki, które są odpowiedzialne za zmiany podaży innych towarów. Pieniądz różni się jednak od innych towarów zasadniczym czynnikiem. Uchwycenie tej różnicy jest kluczem do zrozumienia spraw związanych z pieniądzem i pozwala uniknąć głupiego gadania o konieczności „regulowania” jego podaży.

Otóż gdy wzrasta podaż jakiegokolwiek produktu innego niż pieniądz, to ów wzrost przynosi społeczeństwu korzyści; jest to powód do ogólnej radości. Większa ilość dóbr konsumpcyjnych oznacza wyższy poziom życia dla wszystkich; większa ilość dóbr kapitałowych oznacza utrzymanie i podwyższenie stopy życiowej w przyszłości. Odkrycie nowej, żyznej krainy albo złóż surowców naturalnych również zwiastuje poprawę warunków życia, zarówno obecnie, jak i w przyszłości.

A co się dzieje w przypadku zwiększenia ilości pieniądza? Czy wzrost podaży pieniądza jest równie korzystny dla ogółu społeczeństwa?

Dobra konsumpcyjne zużywane są przez konsumentów; dobra kapitałowe i surowce naturalne zużywane są w procesie produkcji dóbr konsumpcyjnych. Tymczasem pieniędzy się nie zużywa. Jak wykazaliśmy na samym początku, rola pieniądza polega na pośredniczeniu w wymianach – na zapewnianiu łatwiejszego przechodzenia towarów i usług z rąk do rąk. Wszystkie te wymiany dokonywane są w oparciu o ceny pieniężne. Jeśli telewizor można wymienić na trzy uncje złota , to mówimy, że „cena” telewizora wynosi trzy uncje. A jak będzie z samym pieniądzem? Czy pieniądz ma swoją „cenę”?

Przypuśćmy, że telewizor kosztuje trzy uncje złota , samochód – sześćdziesiąt, bochenek chleba – 1/100 uncji, a godzina porady prawnej u Jonesa – jedną uncję. „Cenę pieniądza” będą więc stanowiły różne poszczególne stosunki wymiany. Jedna uncja złota będzie „warta” albo 1/3 telewizora, albo 1/60 samochodu, albo 100 bochenków chleba, albo 1 godzinę pracy Jonesa. I tak dalej ze wszystkimi dobrami. Ceną pieniądza jest więc „siła nabywcza” jednostki pieniężnej – w tym wypadku jednej uncji złota. Mówi nam ona, co można otrzymać w zamian za tę uncję, podobnie jak cena pieniężna telewizora mówi o tym, ile pieniędzy można uzyskać w zamian za telewizor.

Co determinuje cenę pieniądza? Te same siły, które decydują o wszystkich cenach na rynku – prastare, ale zawsze sprawdzające się prawo popytu i podaży. Wszyscy dobrze wiemy, że gdy wzrośnie podaż jaj, to ich cena będzie spadać; jeśli zgłaszany przez kupujących popyt na jaja wzrośnie, to cena będzie rosła. Tak samo dzieje się w przypadku pieniądza. Wzrost podaży pieniądza spowoduje spadek jego „ceny”; wzrost popytu na pieniądz spowoduje wzrost tej ceny. Ale jaki jest popyt na pieniądz? Wiemy, co oznacza „popyt” w przypadku jaj; jest to ilość pieniędzy, którą konsumenci są gotowi wydać na jaja wraz z jajami, które pozostaną i nie znajdą nabywców. Również w przypadku pieniądza „popyt” oznacza różne dobra oferowane w zamian za pieniądze wraz z pieniędzmi, które zostaną zatrzymane w gotówce i przez pewien czas nie będą wydawane. W obydwu przypadkach „podaż” można odnieść do łącznych zasobów danego dobra obecnych na rynku.

Co się zatem dzieje, gdy przy niezmienionym popycie na pieniądz podaż złota wzrasta? „Cena pieniądza” spada, tzn. siła nabywcza każdej jednostki pieniężnej maleje. Uncja złota będzie teraz warta mniej niż 100 bochenków chleba, 1/3 telewizora itd. I odwrotnie: gdy podaż złota maleje, siła nabywcza uncji złota wzrasta.

Jaki jest skutek zmiany podaży pieniądza? Posługując się przykładem jednego z pierwszych ekonomistów, Davida Hume’a, możemy postawić sobie pytanie, co by się stało, gdyby pewnej nocy jakaś dobra wróżka wśliznęła się do naszych kieszeni, portfeli, sejfów bankowych i podwoiła ilość naszych pieniędzy. Czy stalibyśmy się od tego dwukrotnie bogatsi? Oczywiście nie. Bogaci stajemy się dzięki obfitości dóbr, a ograniczeniem tej obfitości jest rzadkość zasobów: ziemi, pracy i kapitału. Zwiększenie ilości bilonu nie spowoduje zaistnienia tych zasobów. Przez moment możemy poczuć się dwa razy bogatsi, ale oczywiście w istocie mamy tylko do czynienia z rozcieńczeniem podaży pieniądza. Gdy tylko ludzie ruszą na zakupy z nowo otrzymanymi pieniędzmi w garści, ceny – z dużym przybliżeniem – wzrosną dwukrotnie, a w każdym razie do takiego poziomu, przy którym popyt zostanie zaspokojony, a pieniądz nie będzie podbijał cen na istniejące dobra.

Widzimy zatem, że wzrost podaży pieniądza, podobnie jak wzrost podaży każdego dobra, powoduje wprawdzie spadek jego ceny, ale – w przeciwieństwie do innych dóbr – nie przynosi społeczeństwu korzyści. Ludzie nie stają się bogatsi. Nowe dobra konsumpcyjne i kapitałowe wpływają na podwyższenie poziomu życia, natomiast nowe pieniądze wywołują tylko wzrost cen, tj. rozcieńczają własną siłę nabywczą. Dzieje się tak dlatego, że pieniądz jest użyteczny wyłącznie ze względu na swoją wartość jako środek wymiany. Inne dobra mają różne zastosowania „praktyczne” i z tego względu wzrost ich podaży służy zaspokojeniu kolejnej części popytu zgłaszanego przez konsumentów. Użyteczność pieniądza związana jest wyłącznie z potencjalną wymianą; wynika z jego wartości wymiennej albo „siły nabywczej”. Nasze prawo – mówiące o tym, że wzrost ilości pieniądza nie przynosi społeczeństwu korzyści – jest konsekwencją unikalnego zastosowania pieniądza jako środka wymiany.

Zwiększenie podaży pieniądza rozcieńcza tylko wydajność każdej uncji złota, z drugiej zaś strony zmniejszenie podaży pieniądza zwiększa siłę, z jaką każda uncja wykonuje swoją pracę. Dochodzimy więc do zadziwiającego wniosku, że wielkość podaży pieniądza jest bez znaczenia. Każda podaż tak samo dobrze spełni swoje zadanie. Wolny rynek dostosuje się poprzez zmianę siły nabywczej albo wydajności jednostki złota. Nie ma powodu, by wpływać na rynek w celu zmiany podaży pieniądza, jaką sam determinuje, słowem, państwo jako regulator podaży jest niepotrzebne, ba, jest wręcz szkodliwe.

Państwo powinno stabilizować poziom cen. Na wol¬nym rynku cena pieniądza podlegałaby wahaniom, więc należy ją okiełznać państwowym zarządem, który zapewni stabilność. Stabilność zaowocuje sprawiedliwością. Na przykład dłużnicy i wierzyciele będą mieli gwarancję, że zwracane dolary albo uncje złota będą miały tę samą siłę nabywczą, którą miały w momencie, gdy zostały pożyczone.

To żaden argument, a już na pewno nie argument za interwencjonizmem państwa. Jeśli pożyczkodawcy i dłużnicy chcą zabezpieczyć się przed przyszłymi zmianami siły nabywczej, to mogą bez trudu osiągnąć ten cel na wolnym rynku. Gdy zawierają umowę, mogą uzgodnić, że zwrot pożyczki będzie stanowiła suma pieniędzy skorygowana o pewien ustalony wskaźnik zależny od zmian wartości pieniądza. Po to Bozia dała ludziom rozum, by takie rzeczy uwzględniali – we własnym interesie. No i przypominam, że po pierwsze, w przypadku standardu złota wahania cen kruszcu nie będą duże, inflacja będzie minimalna, ludzie zyskają tym samym pewność, że zwracane uncje złota będą miały tę samą siłę nabywczą, którą miały w momencie, gdy zostały pożyczone, a po drugie, pieniądz nie jest „ustaloną miarą”. Jest towarem służącym jako środek wymiany. Elastyczność jego wartości względem popytu konsumentów jest tak samo istotna i tak samo korzystna jak w przypadku innych wolnych cen rynkowych.

Zły pieniądz wypiera z obiegu dobry pieniądz, dlatego nie można ufać, że rynek zapewni lu¬dziom podaż dobrego pieniądza. Potrzebny jest państwowy regulator.

Błędnie interpretujesz prawo Greshama. W rzeczywistości prawo to mówi, że „pieniądz, któremu rząd nada sztucznie zawyżoną wartość, będzie wypierał z obiegu pieniądz, którego wartość zostanie sztucznie zaniżona”. Przypuśćmy na przykład, że w obiegu znajdują się jednouncjowe złote monety. Po iluś latach w wyniku zużycia niektóre z tych monet będą ważyć już tylko – powiedzmy – 0,9 uncji. Oczywiście na wolnym rynku zużyte monety będą miały tylko 90% wartości monet pełnowartościowych i trzeba będzie zmienić ich wartość nominalną. To właśnie „złe” monety zostaną wyparte z rynku. Przypuśćmy jednak, że rząd wydaje ustawę, która stanowi, iż wszyscy muszą traktować zużyte monety tak samo jak nowe, pełnowartościowe i muszą je przyjmować jako zapłatę wierzytelności na równi z nowymi. Co w rzeczywistości zrobił rząd? Narzucił kontrolę cen wynikającą z przymusu stosowania określonego „kursu wymiany” jednych monet na drugie. Zmuszając do stosowania kursu 1:1, mimo że zużyte monety powinny być wymieniane z dziesięcioprocentowym dyskontem, rząd sztucznie zawyża wartość starych monet i zaniża wartość nowych. W rezultacie każdy będzie się posługiwał zużytymi monetami, a nowe będzie gromadził lub je wyeksportuje. Jak więc widzimy, „zły pieniądz wypiera z obiegu dobry pieniądz”, ale nie na wolnym rynku, lecz w wyniku interwencji rządu na rynku.

A co jeśli ludzie zaczną się zachowywać jak przysłowiowy samolubny stary skąpiec, tj. bądź to z pobudek irracjonalnych bądź w jakichś niecnych celach zaczną gromadzić złoto w piwnicy albo w skarbcu? Nie przyczynią się w ten sposób do zatrzymania obiegu pieniądza w handlu i do pojawienia się depresji oraz innych problemów? Czy tezauryzacja stanowi rzeczywiście zagrożenie, wymagające interwencji państwa?

Nie, nie stanowi zagrożenia, ergo: nie jest pretekstem dla urzędników państwowych do zapewnienia „bezpieczeństwa obrotu kapitałem”.

Przede wszystkim należy zauważyć, że w przypadku gdy na wolnym rynku pojawi się samolubny dziadek zakopujący złoto w ogródku, to będziemy mieli po prostu do czynienia ze zwiększonym popytem na pieniądz ze strony owego skąpca. W rezultacie ceny dóbr spadną, a siła nabywcza uncji złota wzrośnie. Nie przynosi to strat społeczeństwu, które zadowoli się niższą efektywną podażą wydajniejszych uncji złota. A zatem nawet w najgorszym wariancie sytuacja ta nie prowadzi do żadnych fatalnych skutków i wolność pieniądza nie wywołuje trudności. Na tym jednak problem się nie kończy, gdyż dążenie ludzi do gromadzenia większej lub mniejszej ilości pieniądza w gotówce nie jest niczym irracjonalnym.

Dlaczego ludzie w ogóle trzymają gotówkę? Bo nie są w stanie dokładnie przewidzieć, co im się przytrafi, ani jakie będą ich przyszłe dochody i wydatki. Im większa panuje wśród ludzi niepewność i strach, tym więcej gotówki będą chcieli mieć pod ręką; im większe ludzie mają po¬czucie bezpieczeństwa, tym mniejszą będą mieli skłonność do przetrzymywania gotówki. Inna przyczyna trzymania gotówki wiąże się również z niepewnością realnego świata. Jeśli ludzie spodziewają się, że w niedalekiej przyszłości cena pieniądza spadnie, to wydają pieniądze teraz, póki ich wartość jest większa; następuje wówczas „detezauryzacja” i spada popyt na pieniądz. I odwrotnie, jeśli ludzie przewidują wzrost ceny pieniądza, to odłożą wydatki na później, kiedy jego wartość wzrośnie, a popyt na pieniądz zwiększy się. Zgłaszany przez ludzi popyt na gotówkę rośnie i maleje z istotnych i uzasadnionych przyczyn.

Ci, którzy uważają, że nie jest dobrze, jeśli pieniądze nie pozostają w stałym, czynnym „obiegu”, są zatem w błędzie. Pieniądz jest rzeczywiście użyteczny wyłącznie jako środek wymiany, ale jego użyteczność nie ogranicza się wyłącznie do momentu, w którym dochodzi do wymiany. Często lekceważy się ten fakt. Pieniądz jest tak samo użyteczny, gdy spoczywa „bezczynnie” jako czyjeś zasoby gotówki – nawet w postaci „skarbu” skąpca. Te pieniądze są bowiem przechowywane w oczekiwaniu na możliwą przyszłą wymianę – ich właścicielowi zapewniają w tym momencie korzyść polegającą na umożliwieniu dokonania wymiany w dowolnym czasie – obecnie lub w przyszłości – w którym właściciel zechce jej dokonać.

Należy pamiętać o tym, że całe złoto musi do kogoś należeć i że w związku z tym całe złoto musi być przechowywane przez ludzi w postaci gotówki lub na rachunkach gotówkowych. Jeśli w społeczeństwie jest 3000 ton złota, to całe 3000 ton musi mieć w każdym momencie swoich właścicieli i musi pozostawać w dyspozycji poszczególnych osób. Całkowita suma sald gotówkowych jest zawsze identyczna z całkowitą ilością pieniądza w społeczeństwie. A zatem, jak na ironię, gdyby nie istniejąca w świecie niepewność, niemożliwy byłby w ogóle system monetarny! W świecie całkowitej pewności nikt nie chciałby przechowywać gotówki, więc popyt na pieniądz byłby nieskończenie mały, ceny nieskończenie wysokie i każdy system monetarny prędzej czy później by się załamał. Istnienie zasobów gotówkowych nie jest czynnikiem przysparzającym kłopotów, lecz jest absolutnie niezbędne w każdej gospodarce pieniężnej.

Poza tym mówienie, że pieniądz „krąży” (znajduje się w „obiegu”) prowadzi do nieporozumień. Tak jak wszystkie metafory wzięte z nauk fizycznych, określenie to wskazuje na jakiś rodzaj niezależnego od ludzkiej woli, mechanicznego procesu, który odbywa się z pewną prędkością przepływu albo w pewnym „rytmie”. W rzeczywistości pieniądz nie „krąży”, tylko od czasu do czasu jest przekazywany z jednego salda gotówkowego na inne. Istnienie pieniądza jest zatem wynikiem tego, iż ludzie chcą dysponować zasobami gotówki.

Cykle koniunkturalne i kryzysy ekonomiczne są najlepszym dowodem na to, że ingerencja rządu w gospodarkę jest uprawniona, ba, pożądana!

Jest to absolutnie ulubiony argument zwolenników państwowego interwencjonizmu. Patrzcie, kapitalizm zawiódł. Trzeba interweniować; trzeba stymulować, wyregulować, poprawić, naprawić.

Gdybym chciał operować wyłącznie na pustych hasłach, poprzestałbym na stwierdzeniu, że historia kapitalizmu jednoznacznie pokazuje, iż to rządy wtrącając się w gospodarkę, tj. naruszając wolnorynkową równowagę, wywoływały kryzysy, po czym wykorzystywały zaistniałą sytuację do poszerzenia swojej władzy nad rynkiem – bo kto ma władze nad rynkiem, ten ma władzę nad ludźmi. Koniec końców, zawsze dostawało się kapitalizmowi. Kapitalizm i jego korporacje to taki „chłopiec do bicia” dla socjalistów wszelkiego obrządku. Zwykli oni mawiać do ludzi: Uchronimy was od złych sił kapitalizmu poprzez rząd i przywileje socjalne. Tymczasem jest to ordynarne kłamstwo: kapitalizm nie ponosi odpowiedzialności za żaden ogólnokrajowy ani tym bardziej ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny – winę zawsze ponosi rząd oraz instytucje powołane przez rząd w celu kontrolowania i regulowania rynku (w lewicowej nowomowie: „w celu przestrzegania zasad uczciwej konkurencji”).

Wielka Depresja z lat 1929-1933 uchodzi w masowej wyobraźni za symbol kryzysu gospodarki kapitalistycznej, podczas gdy w rzeczywistości było dokładnie odwrotnie: kryzys nie został wywołany na skutek jakiegoś bliżej niedookreślonego, wewnętrznego błędu kapitalizmu, który czyniłby z niego system nieuleczalnie chory, wymagający ciągłych regulacji. Kryzys został wywołany przez działalność rządu, a dokładniej: rządowej instytucji zwanej Bankiem Rezerw Federalnych (Fed). Przy czym żeby nie było, iż wyżywam się tylko na urzędnikach państwowych, to dopowiem, iż winą za ów mityczny krach finansowy z ubiegłego stulecia należy obciążyć również banki komercyjne. Ale nie dlatego, że były one prywatne, a na wolnym rynku rządzi samowolka, więc bankierzy mogli robić, co im się tylko wymarzyło i kraść na potęgę. Banki mogły czuć się bezkarnie, ponieważ już wtedy nie były instytucjami w pełni rynkowymi – ich struktura zbudowana była na państwowych manipulacjach (hasło kluczowe: „system rezerw cząstkowych” – fractional reserve banking). Historia jest zawsze ta sama: państwo romansuje z finansjerą, gdyż szuka możliwości nieskrępowanego zadłużania się i osiągania dodatkowych przychodów, z kolei finansjera uzyskuje możliwość zwiększania kredytu pod kuratelą państwa. To samo dotyczy monopoli: monopole nigdy nie powstają na wolnym rynku. Pogląd, jakoby wolny rynek był przyczyną zaniku konkurencji, jest fałszywy – nie znajduje oparcia w historii. W historii znajduje natomiast oparcie co innego – że monopolizacja rynku była często rezultatem tajnych porozumień (zmowy), wspieranych przez państwową politykę tzw. prospołeczną.

Ale ok, mam dobry dzień, pójdę socjalistom na rękę. Przypuśćmy, że kapitalizm faktycznie ponosi odpowiedzialność za rozmaite cykle i kryzysy. Przypuścimy, że ten powtarzany niczym zaklęcie slogan jest prawdziwy – kapitalizm ma „genetyczną” wadę, która nie pozwala na pozostawienie mu swobody. Jeżeli tak, to od razu napotykamy problem – ogromną, ziejącą dziurę w rozumowaniu socjalistów. Ludzie posługujący się kapitalizmem jak „chłopcem do bicia” i obwiniający go o rozmaite aberracje z pewnych niezrozumiałych dla mnie przyczyn całkowicie ignorują coś, co się nazywa logiką rynku albo po prostu zwykłą ludzką racjonalnością.

Otóż przekonanie – marginesem, żywcem zaczerpnięte od Marksa – iż kapitalizm jest systemem, który podlega pewnym cyklom koniunkturalnym, wydaje się stać w jawnej sprzeczności z zasadą racjonalności każdej jednostki. Bo spójrzmy: w systemie wolnego rynku naturalnie zdarzają się bankructwa, upadki firm etc. Jednakże są to zdarzenia indywidualne, a nie systematyczne cykle dotykające tak samo wszystkich. Zawsze może pojawić się jakiś kryzys w danej dziedzinie, ale twierdzenie, że rozprzestrzeni się on na całą gospodarkę jest nieporozumieniem. Błędne rozumowanie wygląda następująco: upada przemysł cukrowy, ludzie w nim zatrudnieni tracą pracę, nie kupują dóbr przez co osłabia się cały rynek i tak kryzys rozprzestrzenia się na resztę gospodarki. Jednakże rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. W momencie, gdy pada jedna gałąź, konsumenci wydają zaoszczędzone pieniądze na inne rzeczy, które zwiększają obrót i zatrudnienie - tak funkcjonuje model oczyszczającego się rynku. Gdy jakieś przedsiębiorstwa bankrutują, to nie ma w tym fakcie żadnej cykliczności, gdyż to zwykłe incydentalne zdarzenie (spełniające ważną społecznie pozytywną funkcję).

Jak widać, sprzeczność pomiędzy socjalizmem a logiką można wykazać praktycznie na każdym kroku. Dostrzegli to sami socjaliści i w swych wywodach wydumali pojęcie "dialektyki marksistowskiej". Kryzysy nadprodukcji, powodujący cykle koniunkturalne, to przykład dający znakomity wgląd w działanie owej dialektyki. Dzięki niej marksista zawsze ma w zanadrzu gotową receptę na każdy spór ze zdrowym rozsądkiem. Mało tego, "myślenie dialektyczne" pozwala w powadze togi i katedry uniwersyteckiej wygłosić dowolną bzdurę i pozostać bezkarnym. Oprócz "myślenia dialektycznego", uprawniającego do mówienia kretynizmów, istnieją jeszcze inne zbitki pojęciowe na różne okazje. np. "system rezerw cząstkowych". Z grubsza każda służy do encyklopedycznego określenia jakiegoś rodzaju idiotyzmu lub skurwysyństwa.

Na zakończenie dwa słowa o inflacji, bo od czasu do czasu pojawiają się głosy, jakoby inflacja była czymś dobrym dla rynku i działających na nim konsumentów. Jest to oczywista bzdura.

Inflacja nie jest przecież wcale taka zła. Jest korzystna dla gospodarki przede wszystkim dlatego, bo jest formą kary dla tych, co pieniądze trzymają w skarpetach. Inflacja pobudza ludzi do działania – ludzie szybciej robią zakupy, bo jutro może być drożej.

Po pierwsze, to, że ludzie trzymają pieniądze w skarpetach, nie jest niczym złym na wolnym rynku. Po drugie, co to niby znaczy, że ludzie lecą do sklepów, bo „jutro może być drożej”? Przy średniej rocznej inflacji w granicach 4% średni dzienny wzrost ceny komputera za 3 tys. zł. to jakieś 30 groszy, nowego samochodu osobowego za 50 tys. zł. – 5 złotych, o cenach takich produktów jak chleb nawet nie będę tu wspominał. Ludzie nie szturmują sklepów, bo „jutro może być drożej” o kilka groszy. Nie w tym tkwi nieszczęście inflacji. Cała jej perfidia polega na tym, że jest ona odsuniętą w czasie finansową katastrofą – zarówno dla państwa, jak i dla konsumentów na rynku. Inflacje wywołują z premedytacją rozmaici złodzieje usadowieni w rządach, pozbawiając w ten sposób ludzi zarobionych pieniędzy – po cichu i metodycznie. Proponuję wykonać proste ćwiczenie z matematyki: sprawdź siłę nabywcza dolara, funta brytyjskiego i marki niemieckiej 20 lat temu i porównaj ją z siłą nabywczą, jaką te waluty mają teraz (marka została zamieniona na euro w stosunku 1:1). Wynik stanowić będzie w przybliżeniu skalę grabieży, jakiej dopuściły się państwa na swoich obywatelach.

Że niby inflacja stymuluje gospodarkę? Jeśli przez „gospodarkę” rozumie się „produkcję” – wtedy owszem, stymuluje. Szkopuł w tym, że wyprodukowanie towarów za 100 mld USD i wystrzelenie ich w kosmos istotnie wzmoże produkcję – ale dramatycznie zaszkodzi gospodarce – tej realnej. Bo celem gospodarki jest zaspokajanie potrzeb ludzi, a nie rozwijanie produkcji (a tak robiono za komucha radzieckiego).

autorzy: Leszek, JKM, MARK13 i inni. W tekście wykorzystano również fragmenty książki Murray Rothbarda What Has Government Done to Our Money.



Zmieniany 13 raz(y). Ostatnia zmiana 22-02-2010 10:28 przez MARK13.
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Janusz Korwin-Mikke - Internetowa Strona Autorska / Forum - Statystyki

Globalne
Wątki: 6222, Posty: 45370, Użytkownicy: 14785.
Ostatnio dołączył/a Eksterminator.


Statystyki tego forum
Wątki: 321, Posty: 5202.