Co czeka Irlandię po wyborach lokalnych?

Wysłane przez tcuk 

22-06-2009 - 19:11:39

Zwykło się uważać, że Irlandczycy głosują w wyborach parlamentarnych tak, jakby to były wybory lokalne. Tym razem słychać było komentarze, że zagłosowali w wyborach lokalnych, które odbyły się 5 czerwca wraz z wyborami do europarlamentu, tak, jakby to były wybory parlamentarne.

Rządząca partia Fianna Fail otrzymała w tegorocznych wyborach o 6,4% głosów mniej niż w poprzednich (niektórych czytelników może ucieszyć fakt, że współrządzący Zieloni stracili 15 z 18 miejsc, a w hrabstwie Donegal będącym jednym wielkim rezerwatem przyrody współrządzący uzyskali 1%).

Co proponują rządzące i będące obecnie w opozycji irlandzkie partie w sprawie wyjścia z kryzysu, które w dużej mierze same go spowodowały?

Chciałbym skupić się na analizie obecnej sytuacji w Irlandii i tego, co proponują rządzące i będące obecnie w opozycji irlandzkie partie w sprawie wyjścia z kryzysu, które w dużej mierze same go spowodowały.

Na dzień dzisiejszy pokusiłbym się o stwierdzenie, że żadna z irlandzkich partii nie ma pojęcia o tym, co zrobić, by wyjść z kryzysu. Opozycja - Fine Gael i Partia Pracy wetują każdą propozycję cięć wydatków, podczas gdy rządząca Fianna Fail reklamowała się przed wyborami, że „obcięcie wydatków na służbę zdrowia dotknie starych, chorych i niepełnosprawnych” (w kraju, w którym lekarze pracujący w godzinach innych niż 9-17 między poniedziałkiem i piątkiem są sowicie opłacani za godziny nadliczbowe, a także za przerwy obiadowe, w rezultacie czego średnia płaca w służbie zdrowia to oszałamiające 105 tys. euro rocznie) i obiecywała „generujące wzrost zwiększenie wydatków”.

Jak na razie nic nie zapowiada też tego, by rząd był zainteresowany uzdrowieniem sektora bankowego - zamiast pozwolić upaść lewym interesom typu Anglo-Irish Bank, pompuje się w nie pieniądze podatników (AIB otrzymał na razie 3,5 mld euro, ale już zapowiada, że potrzebuje następnych półtora miliarda euro, jeśli nie uda mu się sprzedać swoich papierów wartościowych; Bank of Ireland także otrzymał 3,5 mld euro i ocenia wartość swoich „złych długów” na 6 mld euro, Anglo-Irish został znacjonalizowany w styczniu tego roku po tym, gdy ogłosił straty w wysokości 4,1 mld euro).

Irlandia jest swego rodzaju mikrokosmosem USA, ale bez US Army i dolara jako waluty rezerwowej świata.

Do czasu kryzysu płynności we wrześniu zeszłego roku, gdy irlandzkie banki potrzebowały pieniędzy, emitowały własne papiery wartościowe i pożyczały za nie gotówkę. Po upadku Lehman Brothers w USA pożyczki banków irlandzkich od Europejskiego Banku Centralnego wzrosły z 30 mld euro do 140 mld euro. Europejski Bank Centralny akceptuje obligacje rządowe pod zastaw tych pożyczek, więc irlandzkie banki kupują te obligacje od irlandzkiego rządu i otrzymują za nie gotówkę od Europejskiego Banku Centralnego. Innymi słowy, irlandzki rząd pożycza w tej chwili pieniądze od reszty Europy, żeby spłacić „złe długi” udzielone przez irlandzkie banki, a także w celu sfinansowania swojego deficytu.

Jak długo to biedzie możliwe, nikt nie wie. Wydaje mi się, że raczej niedługo, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, irlandzkie papiery wartościowe zaczynają być coraz mniej warte, a po drugie, nie wiadomo, jak długo ludzie będą akceptować rząd, który używa podatków biednych i średnio zamożnych ludzi do ratowania – jeśli można tu użyć kolokwializmu – swoich bogatych kolesiów (jako typowe przykłady chciałbym podać byłego prezesa Anglo-Irish Seana FitzPatrika, o którym „Sunday Independent” napisał, że ma długi w tym banku w wysokości 106 mln euro, a zarazem depozyt (którego z jakichś tajemniczych powodów nie można tknąć) w wysokości 26 mln euro, oraz Paddy’ego Kelly, dewelopera bliskiego bankructwa, który pożyczył 25 mln euro na zakup budynku za 27 mln euro przy Pembroke Place w prestiżowej dzielnicy Ballsbridge, wartego teraz 9,5 mln euro (ten przykład dodatkowo przekonuje mnie do tego, że w kapitalizmie by być bogatym, nie trzeba być nawet rozumnym).

Największymi przegranymi całej tej sytuacji są ci, którzy zainwestowali prawie wszystkie swoje pieniądze w irlandzkie nieruchomości i napędzaną przez nie giełdę (która w zeszłym roku zanotowała spadek o 80%). Irlandczyków (a także ich banki) opanował prawdziwy szał kupowania nieruchomości w kraju i za granicą (Irlandczycy byli porównywalną do Niemców grupą osób fizycznych, które kupiły nieruchomości w Polsce – mimo ze Niemców jest 20 razy więcej!), co spowodowało u nich fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
Co gorsza, jeśli do władzy dojdzie trzecia największa siła w irlandzkiej polityce, Partia Pracy (a dojdzie, ponieważ chadecka Fine Gael nie będzie w stanie rządzić samodzielnie), możliwe, że dojdzie do znacjonalizowania reszty irlandzkich banków, które to rozwiązanie nie tylko będzie najgorszym z możliwych, ale także w ogóle nie rozwiąże problemu „złych długów” i kapitalizacji.

Morgan Kelly, profesor ekonomii na uniwersytecie w Dublinie, tak ocenia wartość wszystkich „złych długów” w irlandzkiej gospodarce:
„Jeśli założymy, że większość z 20 mld euro pożyczonych budowlańcom nie wynurzy się do Dnia Sądu Ostatecznego, to razem z 20% 90 mld euro pożyczonymi deweloperom i 10% ze 120 mld w pożyczkach hipotecznych możemy juz mówić o nawet 50 mld euro”. Myślę, że te obliczenia są i tak zbyt optymistyczne, do którego to wniosku skłania mnie następujący fakt:
W 1990 r. Irlandczycy byli zadłużeni na 30 mld euro, w tej chwili na ponad 400 mld. Zredukowanie przez obecny rząd deficytu budżetowego z 14% do 10,75% nie uchroniło Irlandii przez obniżeniem jej wiarygodności kredytowej. W rezultacie tego Irlandia – będąc w tej samej strefie walutowej co Niemcy - musi teraz płacić 4,7% za pożyczenie euro, podczas gdy Niemcy 3,2%). 230 mld z tego długu to chybione inwestycje w rynek nieruchomości. Profesor Kelly mówi tylko o niespłacalnych pożyczkach – co jednak z resztą, która będzie (załóżmy) w stanie spłacić te pożyczki? Otóż prognozuje, że ceny nieruchomości muszą spaść jeszcze o połowę, by doszło do równowagi popytu i podaży - a to z prostego powodu, że wskaźnik przeciętnej ceny domu do przeciętnej rocznej ceny wynajmu wynosi - po tych wszystkich spadkach cen nieruchomości - 29, a nie widzę żadnego powodu, by miał wynosić więcej niż 12-14, czyli tyle, co w USA; tym bardziej, że w okresie boomu budowano w Irlandii 8 razy więcej domów na głowę niż w Wielkiej Brytanii, a w 2006 r. zbudowano tu więcej domów na głowę niż gdziekolwiek na świecie (irlandzka prowincja jest pełna całych osiedli wypełnionych domami, których nikt nie chce kupować - sam mieszkałem 4 lata temu na osiedlu w hrabstwie Carlow, na którym jaśniało przepychem kilkadziesiąt nowych domów, z czego, gdy wprowadziliśmy się do jednego z nich, tylko 3 były zamieszkałe i sytuacja ta nie zmieniła się zbytnio po kilku miesiącach - a było to jeszcze przed recesją!). W tej chwili w Irlandii stoi ponad 230 tys. pustych domów (wg Davy Stockbrokers), czyli 1 na 7, podczas gdy w mającej podobną kulturę Wielkiej Brytanii jest to 1 na 31 domów).

Tak więc całe te inwestycje mogą być za parę lat niewarte funta kłaków, bo prawie cały irlandzki system bankowy to, że tak powiem, zakład postawiony na to, że ceny nieruchomości nie będą spadać.

Jest jeszcze inna ciekawa rzecz – zeszłotygodniowy casus Karoliny McCann, alkoholiczki, która pożyczyła od lokalnej spółdzielni 18 063 euro. Pani Karolina systematycznie paliła listy domagające się spłacania przez nią 82 euro tygodniowo. Kiedy Monaghan Credit Union wytoczyło jej sprawę sądową, dostarczony przez państwo adwokat przekonał Wysoki Sad, że uwięzienie jej byłoby złamaniem jej konstytucyjnych praw (mimo że przewiduje to irlandzkie prawo z 1940 r. i na jego podstawie w zeszłym roku posłano do więzienia za długi 276 osób). Cała ta sprawa kosztowała irlandzkiego podatnika 500 tys. euro (jak do tej pory, bo w wkrótce zostanie orzeczone, czy pani Karolina ma prawo do uzyskania odszkodowania za „traumę emocjonalną”) i w jej rezultacie sędzia Luffoy otworzył swym 90-stronicowym oświadczeniem furtkę do składania pozwów o odszkodowania ze strony wszystkich siedzących w wiezieniu dłużników, których prawnicy mogą teraz argumentować, że ich uwięzienie było nielegalne.

Co stanie się, jeśli przypadkiem pani McCann zainspiruje się następne kilkaset tysięcy osób?

Co będzie, jeśli przyszły rząd Fine Gael, Partii Pracy i być może Sinn Fein (jak na razie Fine Gael zwolniła ze stanowiska swojego dyrektora wyborczego, Franka Flannery’ego, który ośmielił się zasugerować współpracę z Sinn Fein przyszłej koalicji Fine Gael i Partii Pracy, ale po cichu Fine Gael już zawiązała dwie lokalne koalicje z Sinn Fein) zdobędzie się na szalony krok i znacjonalizuje banki?

Nikt już wtedy chyba nie biedzie pożyczał Irlandii żadnych pieniędzy poza Międzynarodowym Funduszem Walutowym, który wtedy będzie chciał mieć wpływ na politykę tego kraju. Ponieważ Irlandczycy są wyjątkowo czuli na punkcie suwerenności swojego kraju, mogą wtedy zdecydować się na szantaż wobec Europejskiego Banku Centralnego, a w razie jego niepowodzenia, na wyjście Irlandii ze strefy euro, ponieważ gdy wzrosną podatki, które zostaną przeznaczone na nacjonalizację banków, będzie to miało taki sam efekt, jak zaproszenie złodziejów do domów w celu poprawy sytuacji rodziny po utracie pracy. Spadną też płace, ponieważ wzrośnie podaż siły roboczej. W tej sytuacji jedynym sposobem na utratę płynności będzie pozwolenie na spadek ceny do poziomu równowagi, a przy obecnej utracie płynności jedynym sposobem na przyspieszenie tego procesu może się okazać dewaluacja (przy jednoczesnym zwiększeniu wstrzemięźliwości w wydatkach publicznych) podobna do tej, jaka miała miejsce w roku 1992, po której nastąpił boom. To oczywiście nie jest możliwe w sytuacji, gdy cześć polityki monetarnej Irlandii jest prowadzona we Frankfurcie.

Grzegorz Kołodziej
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Janusz Korwin-Mikke - Internetowa Strona Autorska / Forum - Statystyki

Globalne
Wątki: 6251, Posty: 45451, Użytkownicy: 14785.
Ostatnio dołączył/a Eksterminator.


Statystyki tego forum
Wątki: 235, Posty: 532.