Kontakt

Aby stale rozwijać portal, potrzebne są środki finansowe, wspomóż nas wpłacając dowolną sumę na konto:
Oficyna Konserwatystów i Liberałów
Ul. 3 Maja 100/1
05-420 Józefów
Numer konta: 58114020040000350235899194
Statystyka
63937 komentujących
27109 czytających
Konkurs

Brak aktywnych konkursów

Newsletter

Darmowy newsletter z aktualnymi wiadomościami z Korwin-Mikke.pl w Twojej skrzynce e-mail.

  • 31-08-2017 14:12:00

    Kwestia smaku - choć nie tylko (Już tekst, nie szkic!)

    Wszyscy, którzy uważają się za Prawicę, a chcą się zapisać (lub, nie daj Boże, zapisali się) do PiSu, powinni przeczytać zakończenie wiersza śp.Zbigniewa Herberta "Potęga smaku":

     

    Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać

    kształt architektury rytm bębnów i piszczałek

    kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

     

    Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu

    książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

    mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi

    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

    Tak smaku

    który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała

    głowa

     

    http://wiersze.kobieta.pl/wiersz/zbigniew-herbert/potega-smaku-236

     

    To, co odrzuca kulturalnych ludzi od PiSu, to nie banialuki, które wygadują o gospodarce; to nawet nie oczywiste łamanie zasady Państwa Prawa (choćby w rzeczywistości było to Państwo Lewa). To jest obrzydzenie.

    Dobrze ujął to był śp.Józef Piłsudski w swoim słynnym przemówieniu 3 maja 1923 w „Bristolu”:

    Był cień, który biegł koło mnie - to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bitew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka - cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba - rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie - ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów - to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafora, ja zacytuję tylko kilka faktów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć, z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyślić.

    Reprezentant narodu, wybrany przez wszystkich, reprezentujący wszystkich - kradnie! Zbiera się komisja sejmowa, aby szukać skradzionych przez tego reprezentanta insygniów królewskich. Komisja sejmowa obradująca pod egidą czy pod kierownictwem marszałka Sejmu szuka, śledzi, bada, poszukuje skradzionych przez tego reprezentanta rzeczy! Czy panowie coś bardziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplutego pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju? Pomyślcie sobie to gdzie indziej, wśród wolnych, swobodnych narodów: nasz reprezentant - złodziej! Nasz reprezentant zdradza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny wódz prowadzący wojnę jest zdrajcą! Gdzież na niego kara?! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności, czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Nie ma! Idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła. Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten sposób postąpić może. Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko"

    http://jpilsudski.org/przemowienia-odezwy-rozkazy/1101-przemowienie-jozefa-pilsudskiego-w-sali-malinowej-hotelu-bristol-3-lipca-1923-r  Radzę przeczytać w całości!

    Problem w tym, że Piłsudski rzeczywiście był niemieckim (a także przedtem japońskim i austriackim) agentem, który swoim ludziom polecał pieniądze „brać, i nie kwitować”. Ponadto Piłsudski dopiero 23-X-1918 zlikwidował Królestwo Polskie – więc d***kracja nie zdążyła się tak rozhuśtać, jak teraz. Dziś poziom upadł strasznie: Bronisława Komorowskiego, jako Prezydenta, pomawiano nie o kradzież insygniów koronnych, lecz o kradzież obrazu „Gęsiarka” za 10.000 złotych! Cóż: d***kracja, trzeba Go było obalić (nikt wtedy nie podejrzewał, że PiS może zdobyc wiekszość absoluitną!). A już słyszałem ohydne rzeczy, mówione na razie półgłosem, o JE Andrzeju Dudzie – gdy odmówił podpisania dwóch ustaw (a powinien był nie podpisać jeszcze dwóch innych!).

    Gdy widzi się, co wygaduje WCzc.prof.Krystyna Pawłowicz – to obrzydzenie wzbiera. Najciekawsze, że Ona w ponad połowie przypadków ma w zasadzie rację – ale podaje ją w taki sposób, że człowiek kulturalny musi stanąć po stronie zaatakowanego. To co, wyczynia PiSowska prasa, nie potrafiąca podać obiektywnie żadnego faktu bez opatrzenia go trzema przymiotnikami oceniającymi ten fakt – tak, że znów człowiek ma odruch odrzucenia tego, co czyta lub słyszy - tego nie było po 1956 roku w PRLu!

    To jest d***kracja. Tu nie ma miejsca na subtelną drwinę jaka podgryzało się (tak, tak: z p.Jerzym Urbanem włącznie!) socjalistyczną PRL. Tu się wali po chamsku, na odlew. Prostak ironii nie zrozumie – trzeba fakt opatrzyć trzema negatywnymi przymiotnikami, by zrozumiał, że to coś bardzo złego. Nie można napisać, że Kowalski nie do końca nadaje się na stanowisko; trzeba napisać, że jest złodziejem, gwałcicielem i agentem.

    „Salon” w 1988 roku podpisał ze śp.gen.Czesławem Kiszczakiem układ – w którym mówiło się dużo o d***kracji – tyle, że miała to być d***kracja w salonie. I to by było bardzo dobre rozwiązanie – gdyby nie to, że (tak jak z PPR): „salon" ten nie powstał jak Wenus z piany morskiej, tylko z szumowin. Z agentów bezpieki – o skrzywionym od razu kręgosłupie – którzy się natychmiast zdemoralizowali. Z przydupasów władzy komunistycznej, którzy teraz przypodobywali się każdej władzy (tak, również obecnej!).

    Wtedy agentem był Piłsudski, a część ludzi z jego otoczenia należała do – pro-niemieckiej wtedy – masonerii. Reszta elit była moralnie zdrowa. Oczywiście: zawsze ktoś się skorumpował, w socjalizmie to nieuniknione – ale dziś skorumpowany jest cały kraj. 

    W 1926, jak to ujął był śp.Leopold StaffKupa bandytów napadła na szpital wariatów”. W 2015 kupa chamów z kijami napadła na burdel.

    Głosu rozsądku słucha parę procent ludzi. Mamy do czynienia z wojną skorumpowanego "salonu", potrafiącego pięknie mówić – a propagować zboczenia i kraść, kraść, kraść – oraz z bandą przewodząca tłumowi prostaków. Jak żyć?

    Opat Sieyès, pytany jak przetrwał (rozpętaną przez siebie...) rewolucję anty-francuską, odparł: „Żyłem”. Wiec ja żyję. Tylko żyję w oparach smrodu.

    Być może nie ma innego sposobu, by pozbyć się tej skorumpowanej, zdegenerowanej salonowej „elyty”.

    Liczyłem na Zorro. Ale Zorro się nie znalazł. Ciężko się z tym pogodzić.

    Ale jeszcze walczę o rozsądek.

    PS. Jakim cudem fragment tego tekstu pojawił się w Sieci dwa dni temu jeśli był zaplanowany - jak było widać - na 31-VIII ?

  • 30-08-2017 01:55:00

    Aj-waj – biedny kraj!

    Mowa, oczywiście, o tekście o Wielkiej Brytanii napisanym, oczywiście, w „Gazecie Wyborczej”. „GW” jest nieodmiennie pro-unijna – więc przedstawia Brexit, jako niemal katastrofę. Wprawdzie mniejszą, niż zapowiadała przed referendum – ale jednak!

    A ja chcę zastanowić się nad tym obiektywnie.

    Najpierw zróbmy pewien eksperyment myślowy. Powiedzmy, że było dokładnie odwrotnie. Zjednoczone Królestwo było pro-unijne – a pozostałe kraje UE: nie. I pół roku temu 27 krajów utworzyło Federację Anty-Unijną i z UE wystąpiły – a zrozpaczone władze Unii przeniosły się do Londynu i twierdzą, że Unia nadal trwa. Był taki precedens: gdy Irak i Syria wystąpiły ze Zjednoczonej Republiki Arabskiej – Egipt nadal nazywał się ZRA i śp.Gamal Abd el-Nasser twierdził, że ZRA istnieje, a On jest jej prezydentem.

    I teraz patrzę, co by o tym napisała „GW”: katastrofalna sytuacja 27 krajów po wystąpieniu z UE?

    Oczywiście jest wszystko jedno, kto z czego wystąpi; ważne: nastąpiła separacja – i obydwie strony na tym stracą, jeśli...

    ...jeśli oddzielą od siebie rynki.

    Tymczasem nie ma żadnego powodu, by rynki od siebie oddzielać! W latach 1863-1885 nie było żadnej Unii Europejskiej – a cała Europa była jednym rynkiem, bez żadnych granic celnych. Dziś swobodny ruch towarów gwarantuje Europejski Obszar Gospodarczy i nie trzeba być w UE, by do niego należeć (np. Norwegia jest w EOG, a nie jest w UE). Fakt, że swobodny ruch osób zależy od układu z Schengen – tyle, że Zjednoczone Królestwo nigdy do „Schengen” nie należało, więc nic się tu nie zmieni!!

    „GW” zauważa – i to jest jedyna trafna obserwacja: „Ekonomiści przyznają, że gospodarką na Wyspach zaczynają rządzić emocje i lęk przed skutkami Brexitu”. To fakt: obiektywnie Brytyjczycy wyswobadzają się spod okupacji potwornej biurokracji unijnej – i jeśli nie stworzą własnej (co też jest możliwe!!) to będą rozwijać się znacznie szybciej niż Unia. Co nie jest trudne: „GW” podaje, że UK rozwija się dwa razy wolniej niż strefa €uro: 0,3% do 0,6%. To są liczby po prostu śmieszne. Białoruś rozwija się znacznie szybciej!

    A teraz popatrzmy na realną sytuację, opisywaną przez „GW”.

    Funt spada. Istotnie. Przypominam jednak, że polscy przemysłowcy domagają się obniżki kursu złotego – twierdząc, że byłoby to niesłychanie korzystne. Skutek jest taki, że export brytyjski rośnie, a np. w kwietniu z USA przyjechało o 20% więcej turystów niż przed rokiem.

    Inna „tragedia”: „Brytyjczycy zaciskają pasa”. To znakomicie! Podstawowym nieszczęściem dzisiejszej gospodarki jest to, że ludzie nie oszczędzają, tylko wydają, wydają, wydają... Jak zaczną wydawać rozsądniej, licząc się z każdym pensem – to gospodarka bardzo się uzdrowi.

    Weźmy przykład: „Spada sprzedaż nowych samochodów – o 2,2% od stycznia do lipca. Brytyjskie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego obwinia o to Brexit. "Ludzie nie chcą wydawać pieniędzy. Rząd musi podjąć szybkie kroki wobec efektów Brexitu”. Otóż: nie musi – i mam nadzieję, że nie podejmie. Ludzie zbyt często odstawiali na złom (lub odsprzedawali do Polski...) całkiem dobre samochody – by szpanować nowym modelem. Dla gospodarki jest bardzo korzystne, gdy p.Jan Smith zamiast kupić nowy samochód i posłać syna na jakiś absurdalny uniwersytecki kurs socjologiczny powie: „Synku, nie mamy pieniędzy – masz tu ₤10.000, załóż za to firmę i zacznij sam zarabiać!”.

    Chcę tu przypomnieć sytuację sprzed ponad pół wieku, zanim śp.lady Thatcherowa uratowała Brytanię. Rządzili wtedy Czerwoni, którzy nakładali podatki i „popierali inwestycje”. Efekt: kryzys był potworny – ale po ulicach jeździła masa „Rolls Royc'ów” i „Jaguarów” – bo ludzie zamiast płacić podatki woleli zainwestować w „Jaguara”. Przemysł motoryzacyjny, istotnie, kwitł...

    Powtarzam po raz setny: Nie jest prawdą, że co jest dobre dla „General Motors” jest dobre dla Stanów Zjednoczonych! Co więcej: wszyscy widzieli wtedy, że Wielka Brytania rozwija się i kwitnie – a „wskaźniki gospodarcze” leciały w dół na zbitą mordę.

    Bo te „wskaźniki” mierzą zupełnie co innego, niż myślą naiwni dziennikarze. Ale o tym już pisałem wiele razy...

  • 27-08-2017 02:45:00

    Co my mierzymy? (Politrolle won – tu nic o PO ani o PiSie!)

    Wstęp. Ile mam wzrostu?

     

    Mierzenie wzrostu jest proste. Człowiek staje przy ścianie, z piętami na podłodze, wyciąga się jak może – a płaska deska prostopadła do ściany pozwala zmierzyć wzrost z ogromną dokładnością. Ale...

    Właśnie: jest pewne „ale”. Wieczorem człowiek jest o jakieś 2 cm niższy niż rano – a niektórzy maratończycy po biegu mają o 12 cm mniej!! I to nawet widać na mecie – wielu robi wrażenie pokurczów.

    Wiec: ile mam wzrostu: tyle, co rano – czy tyle, co wieczorem?

    Podobnie z wagą. Jeśli zjem śniadanie nie odwiedziwszy rano toalety – to mogę ważyć i 2 kilogramy więcej. Wiedzą o tym doskonale bokserzy, wykłócający się, czy waga ma być tuż przed walką – czy np. poprzedniego dnia?

    Pole powierzchni mogę zmierzyć z dowolną dokładnością. Zapełniając ją malejącymi np. kwadracikami. Podobnie z objętością. Czasem nawet prościej: można do czegoś nalać wodę – a potem wlać ją do menzurki...

    Gorzej z długością. Otóż obiektywna długość w świecie rzeczywistym... nie istnieje!

    W szkole uczono mnie, że długość polskiego wybrzeża to 550 km. Dziś czytam, że 770 – a czasem, że 440. To jak to jest?

    Otóż, przede wszystkim, linia ta jest zmienna: a to morze zaleje kawałek – a to się cofnie... Ale – pomińmy ten problem. Zamrażamy Bałtyk – albo robimy Bardzo Dokładne Zdjęcie Satelitarne – i pytamy: jak była długość linii brzegowej w tym momencie?

    Jeśli zaczniemy tę długość liczyć miarką o długości 100 km, to wyjdzie nam jakieś 400 km z małym hakiem.

    W miarę skracania długości pręta pomiarowego długość ta będzie rosła. Gdy pręt stanie się krótszy od szerokości Półwyspu Helskiego – długość gwałtownie wzrośnie o długość jego brzegów.

    A co dopiero mają powiedzieć Norwedzy?

    Ale na tym nie koniec. Jeśli jakiś minister Obrony Narodowej zechce przekonywać Amerykanów, by przysłali nam dużo piechoty morskiej, bo mamy strasznie długie wybrzeże, to pośle harcerzy i harcerki z linijkami długości 1 cm, a ci odmierzając każdą zatoczkę udowodnią, że mamy 100.000 km wybrzeża. Przy zmniejszaniu pręta długość wybrzeża rośnie praktycznie do nieskończoności.

    Warto spytać geodetów, jakiej długości prętem wymierzyli te 550 km? I dlaczego akurat takim - a nie krótszym lub dłuższym?

    Przy czym, co zauważył słynny polski matematyk, śp.Hugo Steinhaus, nie można obliczyć długości rzeki – ale stosunek długości jej brzegów można wyliczyć z dowolną dokładnością!

    Mierzenie mojego wzrostu jest o wiele prostsze!

     

    Himalaje

     

    Przypominam o tym problemie po raz kolejny – bo przypadkiem, zastanawiając się nad śmiałym projektem poprowadzeniem kolejki linowej na Mt.Everest (porozważać sobie nie można?) popatrzyłem na tę górę: http://www.everest3d.de/ i wyczytałem, że mierzy sobie ona 8848 metrów.

    Dokładnie tak.

    Hmmm... Gdy ja chodziłem do szkoły, to mierzyła 8894 metry nad poziom morza. Góra się skurczyła? Wtedy mierzono latem, a teraz zimą? Poziom morza wzrósł?

    I wtedy zadałem sobie pytanie:

    A jaki jest właściwie ten poziom morza? Co to jest? Npm oznacza "nad poziom morza" - czyli nad co

     

    Morza i oceany

     

    Morza mają różne poziomy wód – o czym doskonale wiedzą budowniczy śluz w kanale Panamskim czy Sueskim. To który poziom jest „poziomem morza?

    Zaraz!! Przecież – a może nawet przede wszystkim – Ziemia nie jest kulą, tylko „geoidą”, w przekroju mniej-więcej elipsą. Jeśli by więc mierzyć ten poziom jako odległość od środka Ziemi – to na Równiku będzie o kilka kilometrów więcej, niż na Biegunie Północnym!

    Zaintrygowany zajrzałem na portale geodezyjne – i tam dowiedziałem się, że poziom morza to średnia poziomów wszystkich mórz i oceanów! Ale jaka „średnia”? Z ilu punktów? Mamy dokładne mapy powierzchni morza i całkujemy to – czy jak?

    Ale przecież istnieją jeszcze przypływy i odpływy! Nie wspominając już o falach, które też potrafią powodować niezłe spiętrzenia.

    Dalsza lektura przyniosła informację, że Rosjanie mają swój poziom morza - mierzony bodaj w Petersburgu – Brytyjczycy własny, a inne narody też pewno własny. Więc od jakiego poziomu morza jest ten Everest wyższy o 8848 metrów??!?

    I co to właściwie znaczy? Jak to porównywać? Nawet gdyby umieścić jakieś stałe kołki wbite w skały nadmorskie – to jak sprawdzić, że ten kołek w Gibraltarze jest na tej samej wysokości, co kołek w Cape Town, skoro wysokość mierzy się od... poziomu morza, który właśnie mamy mierzyć??

    No dobrze: poziomu morza nie da się ustalić – i pal to sześć. Ale może da się ustalić, czy poziom wzrasta lub maleje? Poprowadzić jakąś rurę na tyle długą, by tłumiła ruchy fal – i w kilkudziesięciu miejscach na Ziemi co roku tego samego dnia o tej samej godzinie mierzyć: przyrosło, czy spadło?

    I w tym momencie, czytając kolejne wywody amerykańskich geodetów i oceanografów:

    http://web.archive.org/web/20080612132654/http://www.agu.org:80/revgeophys/dougla01/node6.html#SECTION00060000000000000000

    uświadomiłem sobie, że to też jest niemożliwe – z zupełnie innego powodu:

    stało się to zagadnieniem politycznym!

     

    Podnosi się – czy opada?

     

    Według obecnego mainstreamu poziom wód musi rosnąć - a to z powodu „Globalnego Ocieplenia”. Gdyby nie rósł, to całą teorię wzięliby diabli, „uczeni” zostaliby ośmieszeni, a żerujący na tym politycy i biurokraci mogliby wylądować w więzieniach.

    Szkopuł w tym, że ten poziom (w/g w/w danych) rzeczywiście rośnie. O 2 mm rocznie.

    Jak oni to mierzą – z taką dokładnością?

    Tyle, że rośnie w tym samym tempie od 150 lat – gdy wpływ działalności człowieka był jeszcze bardziej znikomy, niż teraz.

    Autorzy tego opracowania napisali całkiem słusznie: „Jeśli ktoś bierze się za przewidywanie zdarzeń w przyszłości powinien najpierw umieć wyjaśnić zdarzenia z przeszłości”.

    A ja tu dodaję przekornie: „Może najpierw zrozumieć teraźniejszość? Np. wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym poziomem morza?

    I wtedy zrozumiałem, że podchodzimy do tego z niewłaściwego końca.

     

    Jak mierzyć wysokość Mt.Everestu?

     

    Właściwa odpowiedź brzmi: w ogóle nie mierzyć!

    Trudność z obliczeniem wysokości góry npm bierze się stąd, że ten poziom jest trudny do ustalenia. Ba! Wręcz niemożliwy.

    Propozycje idą w kierunku ustalenia jakiegoś wzorca – np. kołka wbitego w klif Dover.

    Ale po co wbijać kołki? Kołki się przesuwają, obluzowują. A przecież miernik już jest.

    Jest nim Mt.Everest.

    Góra ta robi wrażenie dość solidnej. Zamiast mierzyć od poziomu morza, mierzmy więc od poziomu Mt.Everestu.

    Przyjmijmy za zerowy poziom o 8848 m. poniżej szczytu Mt.Everestu – i nazwijmy go mt. Wtedy Mt.Everest będzie miała dokładnie 8848 metrów nmt – bez pomiarów, z definicji!

    Tym samym nie będzie można w ogóle zmierzyć jego wysokości – tak jak nie można było zmierzyć długości leżącego w Sèvres pod Paryżem wzorcowego pręta o długości jeden metr* - ale nie ma to praktycznego znaczenia.

    Natomiast znika problem z mierzeniem poziomu morza. Taki miernik przestaje istnieć. Każde morze będzie miało własny poziom. Będzie się mówiło, że Morze Czerwone jest o 6 m nmt. Bo dziś powiedzieć, że powierzchnia Morza Czerwonego jest 6 metrów npm – to jakoś dziwacznie. I nawet bezsensownie – skoro tego „średniego poziomu” nie ma właściwie jak wyznaczyć.

    Geodeci będą teraz mieli wspaniałe zajęcie: ujednolicić wszystkie wysokości w odniesieniu do mt, a nie do pm.

    Dadzą sobie radę!

    * Obecnie teoretycznie można już zmierzyć długość tego wzorcowego metra, sprawdzać, czy się skurczył czy wydłużył – ponieważ, cytuję: „Metr – jednostka podstawowa długości w układach: SI, MKS, MKSA, MTS” to dziś jest: „W myśl definicji zatwierdzonej przez XVII Generalną Konferencję Miar w 1983, odległość, jaką pokonuje światło w próżni w czasie 1/299 792 458 s”.

    Szanowna Konferencja w szale obiektywizacji jakoś zapomniała, jak się zdaje, że uniezależniła się od tego sztucznego wzorca, ale za to straciła możność mierzenia szybkości światła. Od 1983 roku nie można już zmierzyć, czy przypadkiem prędkość światła nie zmienia się z czasem: zawsze jest i będzie ona stała, równa 299 792 458 m/sek!!!

    Na szczęście szaleństwa metrologów nie mają żadnego praktycznego znaczenia, gdyż nikt nie mierzy metra patrząc ile w sekundzie przebiegł promień światła i dzieląc to przez 299 792 458.

     

     

     

  • 24-08-2017 00:03:00

    Proletariat zastępczy

    Właśnie odkryłem, że "Rzeczpospolita" zamieściła w maju mój tekst o kobietach p/t:

    Proletariat zastępczy

    Kobieta narzędziem Szatana" – taką opinię głosili niektórzy teolodzy. Dziś jest znacznie gorzej: kobiety są nieświadomym narzędziem czegoś znacznie od satanizmu niebezpieczniejszego – komunizmu.

    Niedawno ujawniłem w Parlamencie Europejskim fakt figurujący w każdym podręczniku psychologii, że kobiety są średnio niższe, słabsze i mniej inteligentne od mężczyzn. W tym przypadku przewodniczący PE p. Antoni Tajani uczynił wyjątek od zasady wolności słowa i ukarał mnie (najwyższą możliwą) grzywną – 9 tys. euro – w uzasadnieniu pisząc, że „naruszyłem fundament Unii Europejskiej".

    Cóż: po to tam jestem... Natomiast p. Tajani napisał prawdę – czy, jak kto chce: uchylił rąbka prawdy. By obnażyć ją do końca, wyjaśnię, jak z EWG i Wspólnoty Europejskiej powstała Unia.

    Długi marsz przez instytucje 

    40 lat temu Europą wstrząsał terroryzm dziesięć razy silniejszy od obecnego. Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse, Czarny Wrzesień (uzbrajane, jak się okazało, przez Sowiety) i inne organizacje siały grozę. Ponieważ nie istniała Unia Europejska, Europie (choć ogromnym wysiłkiem) udało się zlikwidować problem. Wtedy guru eurolewicy śp. Rudi Dutschke ogłosił plan „Długiego marszu" (przez instytucje): „Koniec z tą dziecinadą. Nie walczymy z opresyjnym państwem – zapisujemy się na urzędników państwowych. Nie walczymy z kapitalistyczną EWG – zapisujemy się na działaczy EWG. I przerabiamy to na swoje kopyto".

    Po ponad 30 latach ta strategia przyniosła prawie pełny sukces. Lewica opanowała przede wszystkim media, natomiast grupka spiskowców przerobiła EWG na federację państw zwaną Wspólnotą Europejską, następnie na państwo federacyjne zwane Unią Europejską, a obecnie chcą przerobić Unię na jednolite państwo socjalistyczne budujące komunizm; taki ZSRE.

    Otóż komuniści i socjaliści doszli w XX w. do władzy na karkach „klasy robotniczej". Jakimś cudem udało im się wmówić ciemnym, niepiśmiennym robolom, że „łączy ich interes klasowy" sprzeczny z „interesem klasy właścicieli fabryk". Jest, oczywiście, zupełnie inaczej: jeden fabrykant jest dla drugiego konkurentem, a jego robotnik jest jego sojusznikiem w walce o pieniądze. Przedsiębiorca i jego pracownicy stanowią jedną drużynę walczącą z konkurencją. Potem, oczywiście, mogą się kłócić o podział łupów, ale to sprawa drugorzędna. Herszt szajki też często kłóci się ze swoimi zbójami...

    Klasa i interesy

    Według komunistów „klasa robotnicza" pod światłym przywództwem „działaczy związkowych" (z komunistami na szczycie) miała walczyć o swoje prawa. Dziś robotnicy są oświeceni, zmądrzeli i nie dają się nabierać na te komunistyczne bajki. Szukają dobrego pracodawcy – i tyle. Lewicowcy zaczęli więc na gwałt szukać „proletariatu zastępczego". I na taki ersatz-proletariat upatrzyli sobie kobiety. Przede wszystkim wyrywają je z domów, wmawiając im, że praca w domu jest nieledwie hańbą. Następnie tłumaczą, że przyjacielem kobiety nie jest jej ojciec ani mąż; nie: kobiety mają walczyć z ich dominacją pod światłym przywództwem „działaczek feministycznych" (z partyjnymi bossami na szczycie). „Klasa kobiet" ma sprzeczne interesy z „klasą mężczyzn".

    Jest to oczywista bzdura. Dla kobiety najlepszym sojusznikiem jest ojciec albo mąż (tego drugiego sama sobie przecież wybrała) – a inne kobiety są rywalkami. Kobiety to czują, więc neomarksistowska propaganda wyłazi ze skóry, by przekonywać kobiety, że są przez mężczyzn krzywdzone. Nieustannie trąbią o „walce z przemocą domową". A koronnym argumentem jest to, że „kobiety za taką samą pracę zarabiają mniej niż mężczyźni". I ja swoim stwierdzeniem, że kobiety zarabiają średnio mniej od mężczyzn nie dlatego, że są kobietami, lecz dlatego, że są niższe, słabsze i mniej inteligentne – podważyłem fundament tej ideologii. To tak, jakbym w 1952 r. powiedział, że robotnicy zarabiają mniej, bo są średnio głupsi od techników i inżynierów, a cała gadanina o „wyzysku klasy robotniczej" to bzdura.

    Kosztowałoby mnie to wtedy znacznie więcej niż 9 tys. euro!

    Geniuszami są mężczyźni

    Tyle polityki. A jak to jest naprawdę z tą inteligencją kobiet? Podręczniki mówią, że średnio są mniej inteligentne – ale różnica jest niewielka: w różnych narodach od 3 do 6 pkt IQ. Jeśli w prawie każdym stadle mężczyzna jest bardziej inteligentny od kobiety, to nie dlatego, że każdy mężczyzna góruje nad każdą kobietą, tylko dlatego, że kobiety rozpaczliwie szukają mężczyzn, którzy są od nich wyżsi, silniejsi i inteligentniejsi!

    Świadczy to o mądrości kobiet. Inteligencja bowiem to nie mądrość, lecz umiejętność rozwiązywania testów na inteligencję. Mocno skorelowana z wynalazczością, grą w szachy (w tej chwili w pierwszej setce szachistów nie ma ani jednej kobiety), zdolnościami matematycznymi (w tej dziedzinie średnia przewaga mężczyzn jest większa – 5–7 pkt – jak podają coroczne testy SAT prowadzone w USA na 100 tys. uczniów) itp. Mądrość jest czymś innym. Geniusze Mensy, osiągający IQ 200, często nie radzą sobie w życiu. 15-letni chłopiec jest zazwyczaj inteligentniejszy od swojej matki, ale ona jest od niego mądrzejsza!

    Czyli: to tylko taka mała różnica w inteligencji – po co o tym mówić?

    Nie!

    W rzeczywistości te średnie ukrywają znacznie ważniejszy stan rzeczy: kobiety są średnie. Płeć męska jest zdefektowana i ma duży rozrzut. Wśród mężczyzn jest więcej geniuszów i więcej idiotów; więcej morderców i więcej świętych. Kobiety są masochistkami? Tak, ale szczyty masochizmu to też mężczyźni. Kobiety mają średnio znacznie lepszą pamięć, ale geniusze mnemoniki to mężczyźni. Kobiety lepiej szyją i gotują, ale najlepszymi krawcami i kucharzami są mężczyźni. Gdyby to kobiety były średnio o te 3–6 pkt IQ inteligentniejsze od mężczyzn, to i tak najlepszymi szachistami byliby mężczyźni. W pierwszej setce byłoby wtedy, powiedzmy, sześć kobiet – i tyle. 
     

    Kobiety nie głosują na kobiety

    Średnią inteligencję mężczyzn ciągnie w dół masa idiotów. Jeśli jednak odrzucimy dolną połowę ludzkości (bo kogo interesuje, czy facet ma inteligencję 90 czy 70?) – to w górnej połowie przewaga mężczyzn jest ogromna, a w górnej ćwiartce przytłaczająca.

    Rządzić powinni ci z górnej ćwiartki! W polityce kobieta mogąca konkurować z mężczyznami trafia się równie często, jak w szachach. Czasem się trafi śp. Małgorzata Thatcherowa, śp. Zyta Gilowska – tak jak w szachach p. Nona Gaprindashvili czy p. Judyta Polgar. Reszta jest ciągnięta na siłę: „Mamy w prezydium sześciu facetów – może jakąś kobietę?". Często oficjalnie: zapewnienie połowy miejsc na listach dla kobiet. Przed wyborami partie muszą więc urządzać istne polowania na kobiety, by obsadzić nimi połowę list.

    Dlaczego lewica to robi? Też z ważnej przyczyny. Kobiety nawykły, że ktoś się nimi opiekuje – i odruchowo opowiadają się za socjalizmem, za „państwem opiekuńczym"; mężczyźni częściej wolą dziki, drapieżny kapitalizm. I to właściwie z grubsza wyjaśnia wszystko. Tkwimy w zastoju, nie robimy odważnych reform – bo kobiety (znów: średnio!) nie lubią ryzyka.

    A teraz spójrzmy na sprawę z punktu widzenia kobiet. Na polityczki trzeba urządzać polowania, bo kobiety (poza feministkami; np. p. Hilaria Clintonowa to nie kobieta, tylko feministka!) nie chcą rządzić – i nie chcą być rządzone przez kobiety. Najlepszy dowód: tam, gdzie sukces jest konkretny i widoczny od razu, czyli w sporcie, we wszystkich drużynach koszykarek, siatkarek, futbolistek, szczypiornistek, szachistek, brydżystek – trenerami, kierownikami, kapitanami są mężczyźni. Te zawodniczki są mądre – na szefów wybierają mężczyzn, bo chcą wygrywać!

    Kobiety nie głosują też na kobiety. Lady Thatcherowa powiedziała mi kiedyś, że jest przeciwniczką czynnego prawa głosowania dla kobiet: „Gdyby w kierownictwie torysów połowę stanowiły kobiety, nigdy nie zostałabym premierką; zostałam wybrana, bo w tym gronie była tylko jedna (poza mną) kobieta". Miała rację: w ostatnich wyborach we Francji zdecydowana większość mężczyzn głosowała na pannę Le Penównę – większość kobiet na p. Macrona!

     

    I właśnie dlatego, że kobiety tego chcą – rządzą mężczyźni. Czasem, z rozmaitych powodów, wstawiając na stanowiska a to p. Merkel, a to p. Szydło...

    ...ale tu już odchodzimy od teorii w inne rejony.

  • 23-08-2017 22:04:00

    Dużo o kopalniach

    Na swoim FaceBooku napisałem dziś: 

    10,42 mld zł na lata 2016–2020 dla sektora węgla kamiennego to niejedyna pomoc dla branży. 3 mld zł w rok dostała Polska Grupa Górnicza.

    Mój śp.Ojciec zawsze mawiał, że w Polsce nie ma kopalń złota - tylko dlatego, że państwa nie stać na dopłacanie do każdego wydobytego kilograma.

    Od dziesięcioleci wmawia się Polakom, że kopalnie MUSZĄ być państwowe. A to niezmiennie = nierentowne. Czyli wymagające dotowania z kieszeni podatników, tzn. NASZYCH kieszeni. Czy prywatnym kopalniom ktoś dopłaca? Nie! Są lepiej, oszczędniej zarządzane, nie ma tam miejsca na przerośniętą administrację, ani na korupcję. Ale też nie ma jak wcisnąć tam swoich ludzi z układu politycznego i dlatego władzy tak bardzo zależy, żeby utrzymywać nas w przeświadczeniu, że kopalnie (i wiele innych państwowych zakładów), MUSZĄ być do końca świata państwowe.

    Dlaczego prywatyzacja jest lepsza? 
    - Oto przykład na podstawie polskich kopalń. Sytuacja, w której państwo rządzi całą gospodarką i jednocześnie jest właścicielem przedsiębiorstw to niedopuszczalny konflikt interesów. Rząd jest złym właścicielem. Rząd ukoronował lata złego władania kopalniami zamykając je, jednocześnie obarczając Polaków wielomiliardowymi kosztami.

    Co należy więc zrobić?
    - Kopalń nie należy zamykać. Należy je sprzedać z licytacji. Jedne się utrzymają inne nie. Prywatne kopalnie na ogół dają sobie radę. Nie ma więc powodu, by zwalnianym górnikom płacić więcej niż zwalnianym np. tokarzom. Prywatnemu właścicielowi będzie zależało na zysku, ponieważ zainwestował swoje własne pieniądze i czas w ten biznes
    .

    Najpopularniejsze komentarze brzmiały tak: 

    Jacek Lubomirski Pańska demagogia się nie sprawdza w praktyce. Polska praktyka pokazuje, że firmy niemieckie skupują prywatyzowane przedsiębiorstwa i doprowadzają je do upadku, żeby nie robiły konkurencji swoim. Wygłaszając takie brednie staje się pan wrogiem polskiej racji stanu. Żeby Pańskie idee działały na korzyść Polski, musiałby pan stać się dyktatorem całego świata i zakazać wszystkim kierowania się interesem narodowym, bo inni to robią niezależnie od Pańskich opinii.

    Dariusz Pasiński Po pierwsze... To nie do końca tak jest, Państwo daje kopalniom 10 mln, kopalnie oddają w postaci podatków 4-5 krotnie tyle, prosty rachunek, Po drugie.... Węgiel to nasz strategiczny surowiec energetyczny, mający ogromny wpływ na naszą suwerenność i niezależność, można by sprywatyzować,ale na pewno nie tak jak np. polskie cukrownie, które zostały zlikwidowane przez kapitał niemiecki.

    Na tę czystą demagogię odpowiedziałem:

    Wpisy pp.Jacka Lubomirskiego i Dariusza Pasińskiego łatwo skwitować: PiS uruchomiło swoich trollów. Obawiam się jednak, że w rzeczywistości jest znacznie gorzej: ci Panowie wierzą w to, co piszą - i wiarę tę podziela znaczna większość "obywateli" III RP.

    Można to skwitować krótko: "Jeśli państwo kopalnię po prostu zamknie, płacąc przy tym ogromne pieniądze - to jest dobrze; a jeśli państwo sprzeda (za pieniądze) kopalnię prywaciarzowi, a potem kupi ją od niego (za pieniądze) Niemiec - zamknie, by nie robić konkurencji swojej kopalni - to jest źle" Tak?
    W rzeczywistości jest tak:
     
    I teraz przechodzimy do rzeczywistości:

    1. Reżym dopłaca do kopalń nie 10 mln lecz 10 mld - tysiąc razy więcej.

    2. Główne podatki są w Polsce pobierane od zysku. Kopalnie nie mają zysków, więc płacą bardzo mało.

    3. Natomiast, i owszem, bogaci się na nich kadra, politycy - oraz trochę i górnicy (a zwłaszcza działacze związków zawodowych). "Spontaniczne protesty górników" są organizowane i opłacane przez dyrekcje kopalń. Górnikom płaci się za te protesty dniówki!

    4. Jeśli państwo sprzeda kopalnię prywaciarzowi, niezależnie od narodowości, i zainkasuje za to pieniądze - to bardzo dobrze. Kopalnia będzie pracować, właściciel płacić podatki (UWAGA: my nie chcemy od nikogo podatków dochodowych - ale kopalnia powinna płacić za węgiel, będący w Polsce własnością państwa; dokładnie tak samo, jak płaci mi ktoś kto weźmie tonę węgla z mojej piwnicy, a potem sprzeda na targu. Oczywiście z zyskiem - w końcu trud wyniesienia z piwnicy jest coś wart...).

    5. Argument (absurdalny - ale socjalistów przekonuje): dzięki prywatyzacji utrzymano miejsca pracy.

    6. Zdarza się (i 20 lat temu było to powszechne), że państwo sprzedawało zakłady pracy tak tanio, że opłacało się je kupić i zamknąć. Prywaciarz, oczywiście tego nie zrobi: sprzeda za tyle, ile jest to warte. Co oznacza, że po takiej operacji mógłby za te pieniądze zbudować takuteńki zakład pracy - i konkurować z nabywcą. Zresztą argument najprostszy: dlaczego Rockefeller nie wykupuje i nie zamyka przedsiębiorstw Thyssena? To pokazuje, że takie operacje robi się tylko z firmami właśnie państwowymi, których "dzierżawcom" (politykom i urzędnikom) daje się łapówki, by sprzedali za bezcen.

    7. Kopalnie polskie (i niemieckie!!) każe zamykać UE (polskie cukrownie też!) - a nie mityczni "Niemcy". Niemcy to wróg, oczywiście – ale nie są aż tacy głupi: zamiast kupować deficytowe kopalnie polskie kupują rakiety... PS. Proszę o przykład firmy kupionej i zamkniętej przez Niemca w w/w celu? 

    8. Utrzymywanie deficytowych firm to idiotyzm - chyba, że chodzi o strategiczne względy wojskowe. Dlatego można dopuścić, że zamkniętą kopalnię państwo odwadnia i utrzymuje w stanie gotowości do podjęcia wydobycia w ciągu dwóch tygodni; z budżetu wojskowego, oczywiście.

    9. Po prywatyzacji wszystkiego zwolniłoby się 550 tysięcy urzędników. Nic dziwnego, że biurokracja popiera utrzymywanie firm państwowych, nawet deficytowych. Zawsze można w nich zatrudnić jakiegoś Misiewicza.

  • 13-08-2017 10:40:00

    Biegłość

     
    Jedną z plag gnębiących sądownictwo jest korzystanie z biegłych.
    Oczywiście: istneją przypadki, gdy normalny sedzia chce lub musi skorzystać z opinii biegłego w
    jakiejs dziedzinie. Tym niemniej twiersdzę, że biegli pojawiaja się w sądach w 95% przypadkow –
    niepotrzebnie.
    Róznie można tłumaczyc to zjawisko. Jednym z wyjasnien jest nieuctwo sędziow - drugim: ich
    brak wiary w swój zdrowy rozsadek. Trzecim, ważniejszym: troska o „czlowieka pracy” - by i
    biegły sobie zarobił (a i tak płaci za to przegrywający proces – i dobrze mu tak!). Czwartym, chyba
    najważniejszym: chęć ucieczki od odpowiedzialnosci: „Zawyrokowalem w oparciu o opinie
    biegłego”.
    W rzeczywistości płacimy sędziom niemale pensje po to, by rozstrzygali sprawy w oparciu o
    wlasny zdrowy rozsadek – i nie spychali odpowiedzialnosci na innych.
    Są dziedziny – np. sprawy o wypadki drogowe – w których wszystko zalezy od opinii biegłych. W
    takim zaś razie to biegli powinni po prostu być sędziami. By rozstrzygnąć, kto zawinił w wypadku,
    potrzebna jest znajpmośc ruchu drogowego – natomiast znajomośc prawa rzymskiego i cala reszta,
    która zajmuja się studenci prawa, jest całkowicie zbędna. Te sprawy powinny być wyłączone z
    normalnego sądownictwa. Jest bowiem absurdem, by wyrok zależał od opinii biegłego – a wydawal
    go formalnie ktoś, kto być może w ogóle nie wie, o co poszło! Tak samo, jak absurdem jest by np.
    tytuły profesorskie nadawał Prezydent...
    Natomiast w pozostałych przypadkach to sedziowie powinni wydawać orzeczenia w oparciu o
    własną wiedzę. By sędziów zmusic do nie chodzenia na łatwizne należy wprowadzić zasade, że od
    zarobków sedziego odejmuje się jakąś sumę – jeśli korzystał z opinii biegłych. Sume nie taka dużą,
    by sędzia zaoszczedzil w sprawie, w której biegły jest bardzo potrzebny – ale jednak taką, by
    sedzia, który notorycznie wzywa na pomoc bieglych, jednak to odczuwał.
    Po prostu: sędzia, który jest niżej kwalifikowany i musi korzystać z pomocy biegłych powinien
    zarabiać mniej. Natomiast ten, który wie więcej (lub też przed rozprawa zada sobie trud, dy
    dogłębnie zbadac kwesti,e procesową) powinien zarabiac wi,ęcej.
    W szczególności dotyczy to spraw rodzinnych – zwlasza sporow o dzieci. Nie wiem jak jest dzisiaj
    – ale ćwierć wieku temu w Stanach Zjednoczonych sedzia rodzinny zapraszal dziecko do swojego
    domu i w swoim ogródku rozmawiał z dzieckiem sam na sam – a potem z rodzicami. Dzies sedzie
    w zasadzie w ogole nie musi widzieć dziecka – opiera się natomiast na opiniach biegłych, którzy
    często są po prostu dewiantami (bo mało ludzi normalnych lubi zajmowac się zboczeniami lub
    problemami trudnych dzieci). Bardzo często są to kobiety wybierajace ten zawód, by zemścic się na
    rodzie męśkim za swoje prawdziwe lub urojone krzywdy. Efektem są wręcz porażajace wyroki – a
    odpowiedzialnośc sedziowie zrzucaja na biegłych. Nawet chcieliby orzec inaczej – ale orzekajac
    wbrew opinii biegłych narażaja się na nieprzyjemne konsekwencje.
    Potrzebujemy sedziów mających wiedzę, autorytet – i odwagę, by korzysta ć ze swojej wiedzy.
  • 02-08-2017 19:50:00

    Poddaję się!

    Poddaję się – bo nie mam już czasu i siły na przekopywanie sterty bzdur, które większość ludzi ma w głowach. Konkretnie: n/t okupacji hitlerowskiej. Nawet z prostowaniem bzdur n/t okupacji Polski przez PRL idzie mi ciężko – więc na tym poprzestanę.

    Poddałem się – gdy mój zacny i uczciwy współpracownik zarzucił mi niezgodność z faktami – a okazało się, że nie wiedział, co to były „łapanki” (kto wie, że łapano ludzi nie mających stałego zatrudnienia – i wysyłano do obozów pracy lub na roboty do Niemiec?) i napisał o mordowaniu mieszkańców Zamojszczyzny podsyłając mi plik, z którego wynikało, że nie chodziło o mordowanie, tylko o wysiedlenia; jednak mała różnica...

    Na pożegnanie z tematem okupacja – kilka uwag metodycznych.

    1) Dane, jakie zaśmiecają Wasze głowy, pochodzą od dziennikarzy, szukających sensacji – lub „naukowców”, opłacanych za udowadnianie założonych tez. Przykład:

    Za dowód polityki III Rzeszy cytuje się np:

    http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/04/28/l4-z-obozu-smierci-wyjasniamy-dlaczego-wladyslaw-bartoszewski-wyszedl-z-auschwitz/3/

    że jakiś zastępca komendanta obozu „Auschwitz-Birkenau” mawiał do nowo-przybyłych: „Popatrzcie tam, na komin. Popatrzcie, to jest krematorium. Wszyscy pójdziecie do krematorium. Trzy tysiące stopni ciepła. Komin to jedyna droga na wolność”.

    Jest to oczywista bzdura. Niemcom zależało, by więźniowie wydajnie pracowali – a takie dictum by ich do tego absolutnie zniechęcało. Prawdziwa propaganda była dokładnie odwrotna:

     

     

    Na pytanie: „Ilu ludzi wyszło z obozu „Auschwitz-Birkenau” odpowiedź brzmi: „Tysiące”. Codziennie. Praktycznie wszyscy zdrowi więźniowie wychodzili z obozu codziennie – do pracy! Przecież Niemcy nie trzymali tysięcy ludzi bez sensu! Na terenie obozu „Auschwitz-Birkenau” nie było jednak fabryk – więc codziennie komanda z (niezbyt silną...) eskortą SS-manów wychodziły do pracy w zakładach IG Farben Industrie i innych. Gdyby byli pewni, że czeka ich śmierć, to by przecież masowo rzucali się do ucieczki...

    2) Ludzie uwielbiają koloryzować. Również n/t własnego zagrożenia i własnego udziału w zdarzeniach. Uwaga: koloryzują tak, by przypodobać się słuchaczom. Po 1926 roku nagle „wszyscy” byli w Legionach (z czego wyśmiewał się śp.brygadier Józef Piłsudski), po 1939 odkrywali w sobie niemieckie korzenie, po 1945:

    „Kiedy jesienią

    Rządy się zmienią,

    Komuna weźmie władzy ster -

    To wtedy tata

    i cała rebiata

    Zapiszą się do PPR

     

    A kiedy wiosna

    Trawy podrosną

    I Mikołajczyk weźmie ster

    To wtedy tata

    i cała rebiata

    Zapiszą się do PSL”

    - ale o wiele prościej „zapisać się” do jakiejś organizacji, która już nie istnieje. Bardzo dobry jest np. „Związek Jaszczurczy” (rozwiązany w 1942).

    Dziś praktycznie każda rodzina za okupacji ukrywała Żydów i organizowała konspiracyjne spotkania. Nieco mniej (jakieś 75%) sympatyzowało z „Solidarnością” i kolportowało nielegalną literaturę. I, oczywiście, wszyscy byli za to prześladowani. Dlaczego mniej? Bo żyją jeszcze świadkowie...

    3) Tendencja ta nasila się z wiekiem. Mój śp.Teść osobiście pokonał dwie dywizje niemieckie i kilka sowieckich (pokonałby więcej, ale na Jego widok uciekały...). Świadectwa osobiste są więc dziś absolutnie niewiarygodne (a jeśli komu wierzyć, to raczej kobietom: mniej są upolitycznione, a mają lepszą pamięć!)

     

    Natomiast WIEM, że to wszystko są łgarstwa. Ja rozmawiałem z ludźmi kilka lat po okupacji. Z ludźmi, którzy za okupacji prowadzili normalne życie; chodzili do kin (kina były pełne - akcja AK "Tylko świnie siedzą w kinie" poniosła sromotną klęskę); chodzili do teatrów; nie wdawali się w konspirację, więc czuli się bezpieczni; robili (na ogół nielegalne – bo w socjaliźmie legalnie się nie daje...) interesy; chodzili do (nielegalnych) liceów; byli na robotach w Niemczech (i bardzo to sobie chwalili, bo bauer parobka nie głodził –  a i Rassenschande czasem udawało się popełnić - podczas gdy ich rodziny w Polsce biedowały).

    I, oczywiście, warszawiacy z nienawiścią mówili o „Borze”, przez którego potracili mieszkania i dorobek całego życia.

    Potem im przeszło. Jakoś to przeżyli – ale byli gnębieni przez Sowietów; a skoro Sowieci potępiali „Bora”-Komorowskiego – to Polacy zaczęli Go lubić!

    A dziś to już wszyscy byli w AK. Lub w Związku Jaszczurczym, oczywiście. Mogą być NSZ. AL jest niemodna. Bataliony Chłopskie zdecydowanie nie – bo chłopi mają dobrą pamięć do nazwisk, i wiedza, kto był gdzie.

    Reasumując: czytając opracowania z tamtych czasów włączcie te trzy filtry, które wymieniły powyżej. Ja będę zajęty prostowaniem kłamstw, bzdur i nonsensów o PRL, o UE, o rządach SLD, PO, PiSu...

    Ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki, oczywiście.

  • 01-08-2017 03:40:00

    Pax Vobiscum! - czyli: o "sędziach pokoju"

    Spory o kształt sądownictwa trwają. Niektórzy ludzie, zrozpaczeni polityzacją sądownictwa, proponują wybieralność sędziów – włącznie z sędziami Sądu Najwyższego. Ja, owszem, bronię zasady wybieralności sędziów – ale dotyczy to sędziów najniższego szczebla. Jest to uzasadnione tym, że Centrala (jaka by nie była) zapewne gorzej prześwietli kandydata na sędziego w gminie – niż uczynią to mieszkańcy gminy. Jednak już sędzia rejonowy (dziś rejon to kilka powiatów) nie jest znany mieszkańcom - więc trudno, by mogli go kompetentnie wybierać.

    Już sama zasada wyboru sędziów budzi sprzeciwy. Np. p.Adam K., radca prawny, pisze:

    We wczorajszej relacji na żywo sam Pan podkreślił, że ludzie nie powinni wybierać sędziów najwyższych szczebli, bo ponad 90% nie potrafiłaby ocenić ich kompetencji. Skąd zatem pomysł, że w rejonach ludzie potrafiliby ocenić kompetencje sędziów sądów rejonowych (czy też prezesów tych sądów)? Przecież to zbliżona wiedza jest potrzebna do tej oceny. (...)

    Mieszkam w Żorach na Górnym Śląsku (niedaleko Rybnika) i nie wyobrażam sobie tych wyborów w 60-tysięcznym mieście. 10 lat spędziłem w Krakowie – trudno mi sobie wyobrazić te wybory w 800-tysięcznym mieście.

    Sędzia sądu rejonowego w Krakowie wyda zdecydowanie więcej na kampanię niż sędzia sądu rejonowego w Żorach. Skąd weźmie na to pieniądze zarabiając 5-6 tysięcy miesięcznie?

    Jest to nieporozumienie. Przede wszystkim funkcja takiego sędziego nie jest taka zaszczytna ani dochodowa, by ludzie wydawali na wybory tysiące na szczeblu gminnym (w miastach: osiedlowym)! To nawet nie byłby canvassing, czyli chodzenie po domach by żebrać o głosy – bo to by raczej obniżało autorytet kandydata.

    Po drugie przypominam, że mam na myśli sędziów najniższego szczebla – kiedyś zwanych „sędziami pokoju” (fatalna nazwa!). Ta instytucja istniała i w Polsce do 1938 roku, zanim sanacja zdławiła resztki wolności. Cytuję Wikipedię:

    Na terenach Polski instytucja sędziego pokoju istniała w różnych formach XIX i na początku XX wieku i została ostatecznie zniesiona w 1938 roku. Sądy pokoju łączyły jurysdykcję w sprawach cywilnych i karnych. Ich organizację określała początkowo konstytucja Księstwa Warszawskiego oraz dekret króla Fryderyka Augusta z 26 lipca 1810 r. Sąd pokoju składał się z wydziałów: pojednawczego, spornego oraz policyjnego. Wydział policyjny był także nazywany sądem policji prostej. W postępowaniu cywilnym rozstrzygał sprawy pojednawcze lub gdy wartość sporu wynosiła od 30 do 160 zł, zaś w sprawach karnych do wysokości grzywny 30 zł lub trzech tygodni aresztu. Do jego kompetencji należały ponadto sprawy o pobicia i obelgi. Apelacje od postanowień sądu pokoju wnoszono do trybunałów cywilnych lub sądów policji poprawczej (sprawy kryminalne). Taka organizacja utrzymała się do 1876 r., kiedy wprowadzono sądy pokoju oparte na modelu rosyjskim.

    W II Rzeczypospolitej sędzia pokoju przewodził rozprawom, w których początkowo oprócz niego uczestniczyło dwóch ławników; od 1927 sędzia pokoju orzekał jednoosobowo. Lokale dla sądów pokoju (lub pokrycie komornego za lokale wynajęte) były zobowiązane zapewnić gminy. Sędzia pokoju pochodził z wyboru mieszkańców danego okręgu sądowego i obejmował funkcję na pięcioletnią kadencję. Kandydat musiał mieć skończone 30 lat, władać językiem polskim w mowie i piśmie, mieć wykształcenie przynajmniej średnie, cieszyć się pełnią praw obywatelskich i nieskazitelną opinią. Wykluczeni byli parlamentarzyści, urzędnicy, wojskowi w służbie czynnej, duchowni, adwokaci i notariusze”.

    Wikipedia nie wspomina o najlepiej rozwiniętym systemie takiego sądownictwa w Królestwie Galicji i Lodomerii (zabór austriacki). Natomiast w przodujących przecież krajach anglosaskich jest tak:

    W Stanach Zjednoczonych sędziemu pokoju podlegają sądy najniższej instancji (orzekające o winie w drobnych przestępstwach i wykroczeniach drogowych), udziela też ślubów; funkcja ma charakter wybieralny i wiążą się z nią wynagrodzenia pieniężne. W Wielkiej Brytanii jest to sędzia lokalny, który nie otrzymuje wynagrodzenia (oprócz diet i zwrotu kosztów); może orzekać grzywny do 5000 funtów i kary pozbawienia wolności na okres do 12 miesięcy”.

    I o to właśnie chodzi!