Kontakt

Aby stale rozwijać portal, potrzebne są środki finansowe, wspomóż nas wpłacając dowolną sumę na konto:
Oficyna Konserwatystów i Liberałów
Ul. 3 Maja 100/1
05-420 Józefów
Numer konta: 58114020040000350235899194
Statystyka
63948 komentujących
61897 czytających
Konkurs

Brak aktywnych konkursów

Newsletter

Darmowy newsletter z aktualnymi wiadomościami z Korwin-Mikke.pl w Twojej skrzynce e-mail.

  • Najnowsze wpisy z bloga JKM w Twoim czytniku RSS

    18-10-2017 18:15:00

    Jak się nie leczyć?

    Pytania o leczenie ludzi wymagają jasnej i prostej odpowiedzi. Oto ona:
    1) Jak słusznie zauwqażył śp.Stefan Kisielewski: "Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko
    pokonuje się problemy... nie znane w żadnym innym ustroju!". Takich pytań nie należy stawiać! W
    momencie, gdy ktoś zada pytanie: „Jak należy optymalnie zaopatrzyć ludznośc w guziki?” i powoła
    odpowiednie Ministerstwo Guzików – można być pewnym, że za pół roku zaczną być problemy z
    guzikami – bo urzednicy nie nadążą z „optymalnym nadziałem guzikow” i nie opracuja
    odpowiednich algorytmów. Przyczyna zła jest to, że się tym „problemem” zajęlismy. Przedtem
    lekarze leczyli bez ministerstw, nikomu do głowy nie przychodziło, by to „regulować” – więc było
    OK.
    2) Każdy z nas kiedyś umrze. Jednak w zasadzie każdego człowieka można leczyc (w sensie
    „przedłużać jego życie”) kosztem odpowiedniej sumy pieniedzy. Jednak nie możemy mieć na Ziemi
    10 miliardów ludzi w łózkach na maszynach „płuco-serce” itp. Nie tylko dlatego, że nie ma na to
    pieniędzy.
    3) W takim razie powstaje pytanie: kiedy człowiek ma umrzeć. Socjaliści, których idolem jest
    dr.Mengele mówiący: „Ten do gazu – a ten niech jeszcze pożyje”, mówia, że powinny o tym
    decydować konsylia lekarskie, gremia spoleczne, jakieś głosowania... A my mowimy, że może zyc
    tak dlugo, jak długo on sam lub ktoś za to będzie płacił. Np. p.Walt Disney zamrozil się, placi za
    utrzymywanie Jego ciala w stanie anabiozy – i, kto wie, może zostanie wybudzony gdy medycyna
    już znajdzie lekarstwo na trawiaco Go chorobę? A może skończa się Jego pieniądze? Kto wie?
    4) I to samo dotyczy chorob innych, nie tylko smiertelnych. Każdy powinien płacic za wlasne
    leczenie – i tyle. Może się składac na to rodzina, znajomii, sąsiedzi, mogą pojawić się ogłoszenia:
    „Zbieramy na leczenie Janusza Korwin-Mikkego”. Natomiast obecnie zyjemy w komuniźmie:
    każdy placi za wszystkich.
    5) System ten powoduje, że kazdy ciągnie z niego ile może. Powiedzmy, że boli mnie kolano. Ide
    do lekarza. Ten powiada: „Cóz: Pańskie kolano ma 75 lat, ma prawo boleć...”. A ja na to: „A dygie
    ma też 75 lat – i nie boli...”. Na tp lekarz: „Cóz: jest jedna szansa na 150.000, że jesty plugawczka
    purgoniasty...”Ja na to: „A jak to sprawdzić?” Lekarz: zrobic tomografie. Za 5000 zł.” Ja na to:
    „Jedna nsz ansa na 150.000? Panie – to większa jest szansa, że wysdzsddłszy od Pana wpadne pod
    samochód. Do widzenia, dziekuję”. Jesli jednak zyjemy w komuniźmie i za ten tomograf placi
    kolektyw, to ja mowię: „To zrób Pan to badanied – i na wszelki wypadek drugie, bo pierwze może
    nie wykryć...”. A jeśli ten tomograf ma znajomy tego lekarza, to ten zarządzi trzykrotne badanie...
    6) Jesli to nie ja sam decyduje, czy kupuje te usluge lekarską, to ZAWSZE będą dwa rodzaje
    błędów: (1) nacigacze będą naci agać system (2) System będzie odmawial leczenia niektorym
    ludziom... I to jest NIEUSUWALNE.
    7) Dlatego właśnie komunizm w tej dziedzinie należy (jak w każdej!!) zlikwidować. Obecny system
    jest jedna wielka patologią.
    8) W normalnym systemie poczatkujący lekarz będzie brał za wizyte 10 zl (30 pacjentow dziennie x
    25 dni = 7500 zl bez proszenia (tfu!) „słu,żby zdrowia” o łaskę, Po roku 20 zl itd. – a wysokiej
    klasy specjalista będzie bral 500 zł. Ile razy w życiu musimy zasięgnąc porady najwy zszej klasy
    sprcjalisty? Dwa? Trzy?
    9) A jeśli ktos jest tchórz i nie umie liczyc – to niech si e prywatnie ubezpieczy. To kosztuje taniej,
    niż 290 zl, ktotre placimy co miesiąc na (tfu!) „slużbę zdrowia”
    10) Obecnie biedni są najbardziej poszkodowani: bogaty zaplaci te 290 zl i w razie czego pójdzie
    prywatnie – a biednego na to już nie stać
    11) Biedni są bici podwojnie. Bogaci zyja znacznie dłużej od biednycha koszt leczenia ludzi
    sxtarych jest ZNACZNIE wi ekszy, niż mlodych. Ten komunizm dziala na plecach biednych.
    12) A w ogóle to i stnieja cztery rodzaje „Bialej Śmierci”: cukier, sól, kokaina i (tfu!) „służba
    zdrowia”. ..
  • 18-10-2017 11:26:00

    O zagnieżdżonej w WOLNOŚCI agenturze

    Wszystko chyba wyjaśnione. Mieliśmy w Partii agenturę. Wszystkie poczynania p.Roberta Anackiego i p.Przemysława Piasty były od wielu miesięcy zaplanowane – na zniszczenie WOLNOŚCI i przejęcie jej majątku przez Republikanów/Gowinowców. Nie chcę nikogo zanudzać – szczegóły tu: Ogólnie: działanie JE Jarosława Gowina to nie rekonstrukcja „Polski RAZEM”, to nie próba ograniczenia działań PiSu – tylko podjęta na zlecenie WCzc.Jarosława Kaczyńskiego próba zniszczenia jedynej prawicowej, wolno-rynkowej konkurencji.

    Mamy dowody na to, że O/Kaliski nie rozwijał się nie dlatego, że p.Piasta był mało energiczny – lecz dlatego, że po prostu nie przyjmował nowych Członków, zatajał zgłoszenia i wręcz mówił kandydatom, że nie ma sensu wstępować do WOLNOŚCI. Natomiast działalność p.Anackiego sprowadzała się do paraliżowania działań Prezydium (nieustanna zgoda i jej wycofywanie w/s objęcia funkcji szefa kampanii, nieustanne domaganie się pieniędzy na wspólne projekty z Republikanami – wraz z jednoczesnym szerzeniem propagandy, że „WOLNOŚĆ nic nie robi”). To wszystko było zaplanowane od bardzo dawna – nawet propozycja pracy dla naszej Koleżanki od PRu. Przyjęła ją, bo ciekawa i dobrze płatna - w ministerstwie p.Gowina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na pożegnanie dostała od p.Anackiego dziwny SMS „Do zobaczenia niebawem”.

    Jego sens zrozumieliśmy dopiero teraz... 

    Uczciwych Republikanów i Gowinowców informuję więc, w czym biorą udział. 

     

     

     

     

     

     

     

  • 15-10-2017 13:10:00

    Znowu o poligamii?

    P.Janusz Baczyński spytał: "Co pan na poligamię u muzułmanów?

    Poligamia rozsadza społeczenstwo, bo kobiet jest mniej więcej tyle samo co mężczyzn. Jeśli jeden mężczyzna ma cztery żony to trzech mężczyzn nie ma żon i temperament ich nosi, gwałcą, a przy tym często mordują aby ofiara nie doniosła. Wielu aby nie myśleć o kobietach zajmuje się studiowaniem Koranu i modlitwami co czyni ich fanatykami tej z gruntu bandyckiej religii.
    W każdym demokratycznym państwie islam jako że jest sprzeczny z równością ludzi, równouprawnieniem, tolerancją, wolnością jednostki, pokojem, musi być zakazany jak komunizm i nazizm". 

    Odpowiedzialem krótko na FaceBooku: Otóż tu się Pan myli! Poniżej piramida demograficzna w normalnym (t/j rozwijającym się, a nie wymierającym) świecie:

    Ponieważ w normalnym kraju mąż jest starszy od żony (np. reguła angielska: "Właściwy wiek żony to połowa wieku męża plus siedem lat" na jednego mężczyznę wypada znacznie więcej kobiet. U muzułmanów ok. 10% mężczyzn ma po kilka żon - reszty na to nie stać - i to się zgadza.

    Na tej stronie: https://ndie.pl/feministka-w-szwecji-poligamia-dla-muzulmanow-powinna-zostac-zalegalizowana/   wydziwia się, że feministka domaga sie prawa do poligynii (a nie poliandrii). Oczywiście ta feministka ma rację (z punktu widzenie kobiet - ja NIE podzielam poglądów feministek!!). Poligynia jest korzystna dla kobiet - nie dla mężczyzn, którzy jako rozpłodowcy muszą utrzymywać więcej kobiet i dzieci. Jeśli uznamy, że ok. 1/3 mężczyzn jest wybitnie pożądana przez kobiety, to dzieki poligynii znacznie więcej kobiet może mieć dostęp do dobrych mężów - i dać dzieci "lepszym" mężczyznom. 

    Przypominam, że nie jestem zwolennikiem ani d***kracji, ani równouprawnienia mężczyzn. Życie pokaże, czy nasz, europejski model (monogamia + kochanki na boku) czy muzulmański (jawna poligynia) jest lepszy. Jedno jest pewne: nigdzie na świecie nie istnieje poliandria - co dowodzi, że to na pewno jest model nieżyciowy...

  • 12-10-2017 17:12:00

    Kto ma rządzić w Polsce w przyszłości?

    Jak to możliwe, że RyanAir odnosi sukcesy w branży, która traci nieprzerwanie pieniądze?

    Cóż, mamy na to prosty sposób. Jedną z największych sił "RyanAir" jest to, że nikt kto pracuje w naszych liniach nie pracował wcześniej w innych.

    (ze słynnego wywiadu z p.Michałem O’Leary, naczelnym dyrektorem „RyanAir”: goo.gl/oqeBZX )

     

    Ten cytat wpadł mi ponownie w oko gdy pisałem ten tekst. Chciałem w nim wyjaśnić, dlaczego na naszych listach wyborczych nie ma ludzi, którzy są znani i sprawdzeni jako politycy, urzędnicy lub wielcy businessmeni w obecnym ustroju.

    Otóż nie ma ich – i (z małymi wyjątkami, być może) – nie powinno ich być. Tacy ludzie są nam równie potrzebni jak stangret dyliżansu w roli kierowcy F1. Ci ludzie po prostu mają NAWYKI wyniesione z obecnego systemu – nawyki, które UNIEMOŻLIWIAJĄ pracę w normalnym ustroju. Oczywiście NIEKTÓRZY stangreci nadają się do F1 – ale RZADZIEJ, niż przeciętny Polak XXI wieku.

    Jak mówił śp.Cyryl N. Parkinson gdy mamy naprawiać jakąś niezdolną do rozwoju instytucję, zacząć należy od wywalenia starego personelu – najlepiej z pełnymi entuzjazmu listami polecającymi do konkurencyjnych firm. Budynek najlepiej zburzyć – a jeśli to zbyt kosztowne, to wyrzucić dywany i meble, odkazić i przemalować na kolor dokładnie przeciwny, niż był.

    Polski nie da się zburzyć – natomiast można ją przemalować. Wszystko to, co w PRL i III RP nazywano dobrym – będzie się nazywało złym – i odwrotnie (np. będziemy dbać o polskiego konsumenta, a nie o polskich producentów; będziemy cieszyć się z wysokiego importu, a nie z wywożenia wszystkiego za granicę za pół ceny). Nikogo, kto działał w instytucjach PRL lub III RP lub miał z nimi układy nie chcemy widzieć – bo mogą to być najzacniejsi ludzie, ale mają wyrobione szkodliwe NAWYKI – np. będą chcieli „tworzyć miejsca pracy” zamiast sprzyjać ich likwidacji. Jeśli będą chcieli dawać nam dobre rady – będziemy do nich strzelać; argumentami, oczywiście. Krzywda im się nie stanie: pozakładają firmy lub będą w nich pracować i będą zarabiać średnio znacznie więcej, niż poprzednio – i po pięciu latach, być może, będą z nich ludzie. Nauczą się żyć w świecie, gdzie na bramie widnieje wielki napis: „LASCIATE OGNI SPERANZA – VOI, CH' ENTRATE”. Wejdą w świat, gdzie nie poświęca się ani sekundy na myślenie o otrzymaniu dotacji lub zalatwieniu ulgi podatkowej – bo takich możliwości po prostu nie będzie. Po kilku latach się nauczą, że myślenie o czymś takim to strata czasu – a „czas to pieniądz”.

    Oczywiście jeśli ktoś będzie działał w kierunku przywrócenia poprzedniego systemu – będziemy działać zdecydowanie i brutalnie. NIE MA WOLNOŚCI DLA WROGÓW WOLNOŚCI.

    Odtrutka będzie musiała być zdecydowana. Na przykład zlikwidujemy szkoły ko-edukacyjne. Tak – po sześciu latach, gdy ludzie przywykną do normalności, będzie można uczyć dzieci jak się chce (to znaczy: wybór nauczania będzie otwarty od razu i szkoły zostaną sprywatyzowane natychmiast!). Ale najpierw musimy pozbyć się miazmatów Starego. Kto będzie np. bredził o równouprawnianiu kobiet – za burtę i wiosłem w łeb! To samo z miłośnikami „praw pracowniczych” i związków zawodowych. Powtarzam: „Wszystko to, co w PRL i III RP nazywano dobrym, będzie się nazywało złym – i odwrotnie”. Wracamy do normalności: eksperyment socjalistyczny z lat 1914-2017 uważamy za całkowicie nieudany,

    Ktoś powie: a skąd weźmiemy kompetentnych urzędników dla nowego Państwa Polskiego? O, to najmniejszy problem. Potrzebujemy sześciu ministerstw liczących po kilku-kilkunastu pracowników. Obsadę jakoś się skompletuje. We władzach wykonawczych widzimy zresztą ludzi mających 23-25 lat. Premier: najwyżej 35. Oczywiście sędziowie i ustawodawcy muszą być ludźmi doświadczonymi – cytuję siebie: „Rządzić światem mają starsi, mądrzy, biali mężczyźni” - ale we władzach wykonawczych: tylko młodzi, o mózgach nie obciążonych bagażem Starego.

    I Polska wystrzeli jak "RyanAir" - wzlatujący wśród dziesiątków dotowanych reżymowych linij lotniczych.

    PS. Na zakończenie ważna uwaga: dlaczego tych zmian nie można wprowadzać powoli, stopniowo? Ludzie by to łatwiej znieśli?

    Otóż: NIE DA SIĘ! Po wprowadzeniu np. 10% zmian okaże się, że te 10% nie pasuje do reszty – i trzeba jednak dopasować się do Starego. W latach 1988-89 nie zrobiono zmian radykalnych – i przez 25 lat wracamy do Starego. Coraz szybciej. Obecnie jesteśmy gdzieś w czasach Gomułki – w 1962 roku, powiedzmy. Niedługo pod wodzą PiSu wrócimy do Bieruta...

  • 04-10-2017 22:02:00

    W hołdzie Hiszpanii i Katalonii

    Od razu piszę: nie jestem entuzjastą sprawy niepodległości Katalonii. I nie chodzi tylko o to, że na ulicach pojawiają się flagi, na których Gwiazda zamiast Białej jest Czerwona – a czasem nawet pojawiają się czerwone flagi z Sierpem-i-Młotem. To jest powszechna zaraza...

    Dlaczego partie w krajach „walczących o niepodległość” są z reguły lewicowe?

    Przyczyna jest oczywista. Gdy na przykład moja partia, WOLNOŚĆ, walczy o niepodległość Polski (przypominam: PRL była mniej podległa Moskwie, niż III RP – Brukseli!!) to po zwycięstwie może oznajmić swoim Członkom i Sympatykom, i wszystkim o tę niepodległość ofiarnie walczącym: „Kochani! Zdobyliśmy niepodległość, mamy pełny wolny rynek, cieszmy się i bogaćmy!”. Natomiast partia socjalistyczna może im obiecać posady w tysiącach państwowych przedsiębiorstw, setki tysięcy posad urzędników rozdzielających dobra, może też pewnym grupom społecznym obiecać (i często nawet, niestety, naprawdę dać!) jakieś przywileje.

    Nie jest przypadkiem, że o niepodległość Polski walczył socjalista Piłsudski. I nie jest też przypadkiem, że w polskiej polityce istniały tylko dwie „orientacje”: rosyjska i austriacka. Nie było pruskiej!!

    Dlaczego? Dlatego, że Austria i Rosja były krajami potwornie zbiurokratyzowanymi – i wystarczyło wyrzucić urzędników obcych i mianować swoich. Natomiast w zaborze pruskim podatki były najmniejsze i biurokracja minimalna. Ponadto panowała w nim praworządność (słynny Michał Drzymała NIE został wraz ze swoim wozem wyrzucony ze swojej ziemi – choć jawnie kpił z zarządzeń... ale formalnie w granicach Prawa!) I właśnie dlatego zabór pruski był najlepiej rozwiniętym, najbogatszym... ale w modelu nie do zniesienia dla polskiego biurokraty pragnącego posad, na których mógłby się szarogęsić i pomiatać ludźmi.

    I to samo jest w całym świecie. O niepodległość Kurdystanu też od lat walczy Komunistyczna Partia Kurdystanu...

    Skoro tak – to może przyjąć, że niech sobie nawet jakiś czas porządzi Lewica – ale niepodległość kraju jest ważniejsza?

    No, właśnie: jeśli w jakimś kraju ucisk jest nieznośny, to często nawet prawicowi chrześcijanie chwytają za broń – jak Cristeros w Meksyku. Jednak w Katalonii niczego takiego nie widać! Nikt Katalończyków nie morduje, nie wsadza do więzień, nie obciąża jakiś szczególnymi podatkami, nikt nie przeszkadza FC Barcelona wygrywać z Królewskimi z Madrytu... Nikt nie wstrzymuje im paszportów zagranicznych, nikt nie zabrania im mówić po katalońsku, mają zresztą sporą autonomię...

    Jedynym argumentem jest to, że Katalonia ma większy dochód, niż średnia Hiszpanii – i w ramach „janosikowego” część oddawana jest na biedniejsze regiony. Jednak to samo jest w Polsce. Trzeba to, OCZYWIŚCIE, zlikwidować zanim np. Warszawa albo Wielkopolska zażąda secesji, a przynajmniej autonomii – ale nie jest to powód do oderwania się. Wystarczy zlikwidować socjalizm...

    ...tyle, że to właśnie dzięki głosom Katalończyków Lewica wygrywa w Hiszpanii!!

    Drugim powodem secesji może być duma narodowa. Katalonia 600 lat temu była mocarstwem większym od Królestwa Kastylii i Leon. Na skalę europejską – bo zamiast zdobywać Amerykę Łacińską i kawałki Afryki opanowała ćwierć Morza Śródziemnego, z Sycylią i południem Włoch i kawałkiem Francji włącznie. No, ale takich krajów jest wiele...

    Najciekawsze, że np. Anglia produkuje znacznie więcej, niż biedna Szkocja – ale Anglia nie chce odrywać się od Zjednoczonego Królestwa!! Natomiast Padania (bogate północne Włochy) chciały się oderwać od tych złodziei z Rzymu i mafiosów z Neapolu – ale to się im to nie udało (i jakoś im przeszło).

    Być może dzisiaj by wygrali. Bo państwa dzisiejsze są raczej teoretyczne. Po prostu nie potrafią (no, nie potrafią!) rozstrzelać lub skrócić o głowę ludzi, których czekałby taki los 200 lat temu...

    Dlatego, podejrzewam, zdeterminowanym Katalończykom secesja jednak się uda.

    Z utęsknieniem czekają na to Republiki: Doniecka i Ługańska...

  • 26-09-2017 10:07:00

    „Zachód-2017”

    Zachód-2017”

    Od kilku miesięcy Polacy byli straszeni przez polsko-języcznych publicystów manewrami, które Federacja Rosyjska do spółki z Republiką Białoruską urządziły na terenie Białorusi i zachodnich połaci Rosji. Dowiadywaliśmy się od „polskich” polityków, że tak naprawdę nie są to żadne manewry – tylko koncentracja wojsk, które mają na nas napaść. Jeśli nie na nas (bo, jak wiadomo, nasza armia jest potężna i zwycięska, więc się nas mogą bać...) – ale na Estonię i Łotwę to już na pewno. Na Bałtyk zresztą wpłynęła rosyjska flota, która będzie chciała zakotwiczyć naprzeciwko Westerplatte. Albo w Tallinie.

    Potem głos zabierali generałowie, straszący nas z marsem na czole. Tych to przynajmniej rozumiem: straszyli – w nadziei na to, że dostaną dodatkowe środki na swoje ulubione zabawki. Tym niemniej robiło to wrażenie. Ostrzeżeń przed ruskimi agresorami było znacznie więcej, niż w 1939 roku ostrzeżeń przed Hitlerem & His Boys.

    Do tego doszli żurnaliści. Jak wiadomo dziennikarz żyje z wierszówki – a ta zależy od sprzedaży gazety. Im więcej sensacji – tym lepiej. Podczas wakacji można było straszyć potworem z Loch Ness i UFO – ale kanikuła za nami i ruskie manewry spadły dziennikarzom jak z nieba. Wszystkie wypowiedzi polsko-języcznych publicystów, polityków i generałów były wyolbrzymiane – i można by odnieść wrażenie, że czołgi Armii Czerwonej już podjeżdżają pod Radzymin.

    Trzeba przyznać, że wśród publicystów panowała zdrowa różnorodność poglądów. Jedni twierdzili, że Rosji chodzi tylko o to, by zająć Białoruś. Drudzy – że chodzi o to, by wpędzić w kompleksy JE Aleksandra Łukaszenkę pokazując mu siłę armii rosyjskiej. Jeszcze inni, że o zajęcie Estonii i Łotwy. Jeszcze inni – że chodzi o obejście Ukrainy od północy i zadanie jej śmiertelnego ciosu od strony Wołynia. Ale zdecydowana większość twierdziła, że celem jest Polska, Nasza Ojczyzna.

    To samo zresztą mówiono Ukraińcom: „Zahrożona jest nasza Baćkiwszczyna!” (i twierdzono, że w manewrach uczestniczy...240.000 żołnierzy!). W ogóle twierdzono, że jest ich więcej, niż podają Ruscy (12.000), a Łotysze i Estończycy błagali Waszyngton o interwencję i przysłanie chociaż dwóch armii dla odstraszenia wroga....

    W rzeczywistości, jak napisałem wtedy na Twitterze, w 1944 roku przez Białoruś uderzyło 1.660.000 krasno-armiejców. Tymczasem w manewrach „Zachód-2017” wzięło udział... 9000 sołdatów rosyjskich i 3000 białoruskich. Źródła zachodnie twierdziły, że jest ich więcej, a te liczby są po to, bo od 13.000 trzeba by zezwolić na nadzór obserwatorów z NATO. To prawda – tyle, że takie zaproszenie NATO otrzymało!

    Rosyjscy wojskowi rżeli więc do rozpuku wydrwiwając histerię panującą na wschodniej flance NATO, gdzie w założeniu potężne oddziały polsko-litewsko-estońsko-łotewskie miały bronić Europy przed Strasznym Putinem.

    A teraz najlepsza rzecz.

    Przy tej całej histerii ceny soli, cukru, nafty, zapałek i innych potrzebnych podczas wojny artykułów ani drgnęły. Nikt nie rzucał się na sklepy, by robić zapasy towarów. Polacy – tak na ogół skłonni do paniki, kompletnie olali „polskich” polityków i polsko-języcznych publicystów.

    Po prostu wiedzą dokładnie, że tzw. „politycy” to durnie, potrzebni tylko po to, by groźbą zagłosowania na konkurencję wymusić np. 500+ - a polsko-języczni publicyści to sprzedajna swołocz, pisząca na polecenie to, co im każą…

    A teraz zdradzę Państwu tajemnicę po co naprawdę potrzebne były manewry „Zachód-2017”? Potrzebne były po to, by znany rosyjski agent, Janusz Korwin-Mikke, mógł wydrwić jakże słuszne obawy Polaków przed ruskimi wojskami, by mógł wyśmiać przenikliwych publicystów dowodzących, że Rosja chce nas z tej okazji połknąć, na przystawkę zjadając Łotwę i Estonię, a jako pierwsze danie: Litwę. By Korwin-Mikke mógł kpić z dziesiątków publicystów ślepo wierzących w reżymową propagandę – a także setek publicystów doskonale wiedzących, że to bzdura – ale inkasujących wierszówkę za pisanie artykułów straszących Polaków rosyjskim niedźwiedziem brunatnym w parze z białą białoruską niedźwiedzicą.

    I jak następnym razem Kreml ogłosi manewry, to Polacy to zlekceważą – i wtedy Ruskie nam pokażą, gdzie raki zimują!

    Ot, co!

  • 19-09-2017 00:11:00

    Sodommien u. Gomorrheinland

    Z okazji ważnych wyborów w Niemczech zaczynamy dostrzegać co się stało z tymi, niegdyś poważnymi, krajami. Obserwacja dyskusyj między tzw. politologami prowadzi do przerażających wniosków. Tu będę opierał się na materiale przedstawionym w polskiej wersji „Deutsche Welle”

    http://www.dw.com/pl/niemiecki-politolog-afd-jest-parti%C4%85-skrajnie-prawicow%C4%85/a-40534409?maca=pol-rss-pol-pol-3288-xml-mrss – ale teksty niemieckie są jeszcze gorsze.

    Otóż dzięki „DW” dowiadujemy się, że p.prof. Hajo Funke, „ekspert m.in. w dziedzinie badań nad prawicowym ekstremizmem”, zdemaskował AfD („Alternative für Deutschland” = „Alternatywa dla Niemiec”) jako partię „skrajnie prawicową” która „długo prezentowała się jako ugrupowanie umiarkowane. W ostatnich tygodniach pokazała jednak prawdziwe oblicze”.

    Tu chwila zastanowienia się. Słowo „prawica” kojarzy się jednoznacznie pozytywnie: „człowiek prawy”, „poprawnie”, „prawidłowo” – a „lewica” z czymś jednoznacznie obrzydliwym: „lewusy”, „robić na lewo”, „lewizna” itd. Dlaczego by więc partia prawicowa miała maskować się jako centrowa – przecież w centrum jest tam partyj od cholery? A po drugie: jeśli maskowała się jako centrowa, to dlaczego miałaby zdejmować maskę tuż przed wyborami, jeśli bycie prawicowym jest niekorzystne? Ten politolog po prostu nie umie myśleć logicznie.

    Co takiego strasznego robią liderzy AfD? Oto p.Aleksander Gaulandstwierdził niedawno, że pochodzącą z Turcji niemiecką minister d/s integracji powinno się wyrzucić na śmietnik w Anatolii” Szczerze pisząc: patrząc na to, co Niemcy robią z tą „integracją”, pomysł p.Gaulanda wydaje się umiarkowany. Zresztą, nikt przecież nie traktuje tego inaczej, jak przenośni?

    Na tym nie koniec grzechów p.Gaulanda. Cytuję: „Innym razem przekonywał, że Niemcy mogą być dumni z dokonań Wehrmachtu”. A dlaczego nie mieliby być dumni? Pokonali Polskę i Francję w parę tygodni, mało co nie zdobyli Moskwy, w czym przeszkodził tylko wyjątkowo wczesny i silny mróz. Mają absolutne prawo być z Wehrmachtu dumni.

    Jedziemy dalej: „Także czołowa kandydatka AfD w wyborach Alice Weidel nie przebiera w słowach, które obnażają jej poglądy. Podejrzewa się, że to właśnie Weidel jest autorką ujawnionych niedawno emaili, w których mowa jest o »zalaniu Niemiec przez ludność obcą kulturowo«.” Ale to przecież absolutna prawda: Niemcy zalewane przez ludność obcą kulturowo!!

    Ale teraz najlepsze: „Weidel zaprzecza jednak, że to jej słowa”!! Czyli osoba, która wypowiedziała banalnie prawdziwe zdanie, uważa, że musi się tego wypierać!!! To tak, jakbym ja zaczął nagle twierdzić, że nie jest prawdą, że średnia inteligencja kobiet jest niższa od średniej u mężczyzn...

    To jeszcze nie wszystko. DW pyta: „Nieco bardziej umiarkowane skrzydło w AfD reprezentowane jest przez Joerga Meuthena czy Alice Weidel. Weidel żyje w związku lesbijskim. Jako ekonomistka próbuje zmobilizować wykształconych wyborców. Zaprzecza, że ujawnione w mediach emaile o wyraźnym rasistowskim wydźwięku są jej autorstwa.

    Prof.HF: „Ona po prostu taka jest. Znamy jej posty na Facebooku, (…) kiedy wyliczała, że niemiecki odbiorca pomocy socjalnej musiałby zebrać na ulicy 1512 butelek, aby dostać to, co miesięcznie otrzymuje uchodźca. Trudno o większy cynizm i agresję”. Czyli: w Niemczech lepiej być lesbijką, niż osobą, która mówi banalne prawdy. I dlaczego proste wyliczenie liczby butelek miałoby być przykładem „niesłychanego” cynizmu i agresji??!?

    A teraz uwaga: praworządne niegdyś Niemcy zmieniają regulamin Bundestagu: „Nie wiek, ale staż parlamentarny mają decydować o tym, kto zostanie marszałkiem-seniorem niemieckiego parlamentu. W ten sposób obecny przewodniczący Bundestagu chce zapobiec przejęciu tej funkcji przez polityka AfD”. Pomijając kwestie oczywistej bezprawności takich działań (Bundestag obecnie nie obraduje, więc nie może legalnie zmienić regulaminu!) – co by się takiego strasznego stało, gdyby pierwsze obrady Bundestagu otworzył polityk AfD? Bo to przecież funkcja wyłącznie honorowa?

    Jak nisko upadły Niemcy w wyniku okupacji przez Unię Europejską!

    PS. Na podstawie ostatnich sondaży można sądzić, że AfD przebije 15%, a SPD zejdzie poniżej 20%

  • 12-09-2017 18:52:00

    Gnębić biednych podatkami!

    Ludzi głupich jest, jak wiadomo, znacznie więcej, niż mądrych. I ludzie głupi są na ogół biedni. I odwrotnie: jak widzimy biedaka, to podejrzewamy, że jest głupi. To nie musi być prawda: może jest pijakiem, narkomanem lub nałogowym hazardzistą? Może akurat miał pecha? Śp.Andrzej Carnegie, zanim dorobił się wielu miliardów (sto lat temu to było naprawdę COŚ!) siedem razy bankrutował. I tak powinno wyglądać życie: raz się wygrywa – raz się przegrywa; nie ma ryzyka – nie ma zabawy!

    Kiedy Izaak Zuckermann zbankrutował, to nie płakał, lecz wziął się za sprzedaż serków topionych, by odłożyć kapitał na kolejny business – pod Bankiem Rolnym, na Piotrkowskiej. Podchodzi do niego przyjaciel: „Jak Ci leci, Icek?” – „Dziękuję, znakomicie...” (dobry businessman nigdy nie narzeka!) „To pożycz 100 złotych!” – „Niestety, nie mogę...” – „Dlaczego?” – „Mam wiążącą umowę z Bankiem Rolnym: ja nie udzielam pożyczek – a on nie sprzedaje serków...”

    Jednak statystycznie obowiązuje zasada: „Czemuś biedny? Boś głupi! Skąd wiem, żeś głupi? Boś biedny!” No i ci biedacy stanowią większość – a więc w d***kracji rządzą.

    W normalnym kraju obowiązuje podatek pogłówny: każdy płaci po 400 złotych miesięcznie. Biedacy, oczywiście, narzekają: „Dlaczego ja mam płacić tyle samo, co ten bogacz?” I mając Większość pomału zniżają podatki od biednych – a podwyższają od bogatych...

    I co się dzieje?

    Nic!!

    Dawniej biedak zarabiał 1000 zł, z czego płacił te 400. Z chwilą zniesienia pogłównego i przyjęcia zasady, że od małych dochodów nie płaci się nic – wszyscy pracodawcy, jak jeden mąż, pomału obniżyli zarobki biedaków do 600. Przecież przedtem pracował za 600 na rękę – to teraz też będzie.

    I odwrotnie: bogacz kiedyś zarabiał 10.000 – a teraz, płaci 50% podatku dochodowego... i zarabia 20.000. Przecież może pracownikom płacić tylko 600 zamiast tysiąca...

    Tak więc po tej Wielkiej Reformie nie zmieniło się NIC!

    W sferze realnej.

    Natomiast w sferze werbalnej biedacy czują się strasznie. Przedtem zarabiali 1000, a przedsiębiorca 10.000: dziesięć razy więcej. Teraz bogacz zarabia nominalnie trzydzieści razy więcej!

    „Krzywda” jest coraz większa.

    To jeszcze można by wytrzymać. Ważna jest inna sprawa.

    W d***kracji rządzący są równie głupi, jak ich wyborcy. Przedtem od każdego brali po 400 zł – więc o każdego „obywatela” dbali tak samo. Teraz od biedaka nie biorą nic – a od bogacza 10.000.

    Więc zaczynają biedakami pomiatać, a szanować tylko bogatych!! Bo to od nich pochodzą pieniądze.

    Jest to, oczywiście, złudzenie – ale tak im się wydaje.

    Jeśli więc jakiś idiota chce, by biedni nie płacili podatków, a bogacze płacili wysokie podatki – to powinien wiedzieć, że za chwilę biedni zostaną popychadłami, a rządzić będą bogacze.

    To właśnie dlatego tacy miliarderzy jak p.Warren Buffet i p.Wiluś Gates popierają wysokie podatki! Bo przy wysokich podatkach rząd jest od nich uzależniony. Oni pieniądze mają, na pieniadzach im mało zależy: chcą mieć wpływ na władzę!

    A pieniądze na te podatki i tak pochodzą z pracy tych biedaków – którzy w dodatku teraz czują się poniżeni, że tak mało zarabiają.

    Takie są skutki socjalizmu. Nieuniknione skutki – dodajmy.

    Dlatego, jeśli ktoś chce zrobić biednym naprawdę dobrze, to powinien pod groźba karabinów wprowadzić ryczałtowy podatek osobisty – i zmuszać biedaków do płacenia.

    I natychmiast zarobki biedaków zaczną rosnąć – a zarobki bogaczów maleć. Oczywiście: tylko na papierze. Ale to jednak co innego powiedzieć dziewczynie: „Zarabiam 10.000” – a co innego powiedzieć: „Zarabiam 100.000 – tylko ten przebrzydły rząd zabiera mi z tego 90%”....

    Prawda, że to ładniej brzmi?

    Więc jak: chcemy żyć w ustroju, gdzie wszystko się ładnie nazywa, biedacy nic nie płacą, bogacze płacą dużo, ale mają z czego – czy w ustroju, gdzie wszyscy są przez fiskusa goleni po równo? Po te 400 złociszy...

  • 03-09-2017 14:20:00

    Równe prawa - czy przywileje

    Kobiety powinny mieć przywileje, a nie "równe prawa". Równouprawnienie jest dla kobiet szkodliwe - tu zabawny (dla nas) ale tragiczny dla zainteresowanej przykład.

    P.Ginewra Krystyna Fichter, nauczycielka z Florydy, uwiodła trzech swoich uczniów. Oczywiście babę należało wywalić ze szkoły i zapewne zażądać odszkodowania (bo szkoła traci renomę!) - ale p.Fichter trafiła pod sąd i otrzymała... 22 lata więzienia!!! Dlaczego? Dlatego, że sędzia czuł się związany zasadą równouprawnienia. Prokuratorka, p.Ashley Krieger, powiedziała: "Powinna otrzymać taką samą karę jak mężczyzna, który uwiódłby trzy siedemnastoletnie dziewczyny. Gdyby w takiej sytuacji znalazł się mężczyzna byłby pogrzebany. Dlatego (podkreślam to słowo: DLATEGO - JKM) żądam dla niej 25 lat więzienia w stanie Floryda".

    Tymczasem nie ma tu żadnego porównania. Nie ma symetrii. Uwiedzenie dziewczyny powoduje skutki często nieodwracalne - zwłaszcza, jeśli była dziewicą. Skutki te, oczywiście, nie muszą być tragiczne - ale mogą. A jeszcze może zdarzyć się ciąża. Dlatego prawo chroni kobiety. Natomiast ci chłopcy nie odnieśli żadnej szkody. Zdobyli pewne doświadczenie seksualne, czegoś się nauczyli - na czym skorzystają ich przyszłe żony. Mężczyźnie przygodny romans nie wyrządza żadnych szkód. Dlatego nie ma najmniejszego powodu, by ich chronić tak samo! Ciekawe, co by było, gdyby zamiast p.Fichter uwiódł ich jakiś homoś albo (tfu!) "gej"? Zakład, ze nie zostałby skazany!

    Ciekawe, ale za p.Ginewrą ujęły się... rosyjskie feministki! Oczywiście według postępowców oznacza to, że w tej zacofanej Rosji nawet feministki są "szowinistkami seksualnymi"  (Tłumaczenie: "W Stanach babce za seks z 17-latkami dali 22 lata więzienia - u nas w Chimkach za to samo dali 3000 rubli grzywny")

    A proszę pamiętać, że Rosja jest MNIEJ tolerancyjna, niż Zachód! 3000 rubli = 300 zł. Chimki - miasto pod Moskwą, 200.000 ludzi, przemysł kosmiczny i zbrojeniowy.

    Widać: jacyś normalni ludzie...).

  • 02-09-2017 11:31:00

    Minęła rocznica napadu III Rzeszy na II Rzeczpospolitą. Wnioski na dziś.

    Klęska wrześniowa była to wynik świadomie błędnej polityki zagranicznej oraz nierealnej oceny polskiej siły bojowej przez wojskowych. Niektórzy politycy wiedzieli, że buńczuczne hasła: „Nie oddamy ani guzika” to tromtadracja. Śp.płk.Józef Beck schodząc z mównicy sejmowej, po wygłoszeniu 5-V-1939 słynnego przemówienia z frazą: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelka cenę. Jest jedna rzecz w życiu narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor" (otrzymał za nią od tłumu idiotów kochających pompatyczne frazesy, huczną owację), powiedział do grupki zwolenników: „Właśnie zgubiłem Polskę”.

    I tak się stało.

    Beck wygłasza swoje słynne przemówienie...

    Adolf Hitler powiedział słusznie: „Gdyby żył Piłsudski do tej wojny by nie doszło”. Trudno się temu dziwić: śp.Józef Piłsudski był agentem niemieckiego Sztabu Generalnego.

    Hitler pełni wartę honorową przy symbolicznej trumnie Piłsudskiego w ambasadzie II RP w Berlinie

     

    Hitler jednak niejednokrotnie wypowiadał się o Polakach pozytywnie – w odróżnieniu od opinii o Rosjanach czy Ukraińcach. Hitler zresztą często zmieniał zdanie, jednak mamy tu konkrety: Polsce proponował udział w Pakcie Anty-Kominternowskim (wraz z Japonią, Włochami, Węgrami, Mandżukuo, Hiszpanią, Bułgarią, Rumunią i Finlandią) – po zgodzie Warszawy na włączenie do Rzeszy Wolnego Miasta Gdańska i przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady łączącej obie części Rzeszy; żądania te były usprawiedliwione (85% Gdańszczan chciało Anchlußu), zgłoszone niejawnie i ustnie w końcu 1938 roku i bez utraty honoru można je było przyjąć*. Natomiast zdecydowanie odrzucał myśl o utworzeniu jakichkolwiek organizmów państwowych i sprzymierzonych jednostek wojskowych rosyjskich i ukraińskich. Nie wiemy, czy wiedział o Holokauście – natomiast wiemy z całą pewnością, że do 1944 roku nie wiedział, że takie jednostki (ROA, RONA, SS Galizien) istnieją. Gdyby się na to zgodził, to bez większych trudności (Ukraińcy – a i większość Rosjan by ochoczo pomogła) podbiłby, wraz z Japonią, Polską, Węgrami i Rumunią, cały Związek Sowiecki. Urządzanie tam Lebensraumu zajęłoby Niemcom co najmniej 20 lat...

    ...a potem Hitler by umarł, nastąpiłaby odwilż i pieriestrojka...

    Z dumą stwierdzam, że 40 lat temu, po długich bojach z cenzurą, udało mi się zamieścić w „Tygodniku Demokratycznym” artykuł, w którym wywodziłem, że w 1942 (Hitler zapewne chciałby najpierw obezwładnić Francję – choć w'obec pacyfistycznego nastroju Francuzów nie byłoby to konieczne) Polska powinna wraz z Niemcami uderzyć na ZSRS. I tak na pewno zrobiłby Piłsudski. Jednak w obozie Sanacji zwyciężyła linia anty-piłsudszykowska, wierny uczeń Komendanta, trzykrotny premier, śp.płk.Walery Sławek, widząc nieuniknioną katastrofę, popełnił 2-IV-1939 samobójstwo. Zwyciężyła koncepcja Dwóch Wrogów (t/j hitlerowskich Niemiec i stalinowskich Sowietów) i oparcia się o sojusz z Francją i Wielką Brytanią.

    Piszę o tym, bo obecny rząd realizuje tę samą obłędną politykę, w oparciu o historyczne resentymenty. Co do Rosji słuszną ocenę wyraził niedawno p.Sergiusz Ławrow, minister SZ FR: „Zauważam w Polsce obsesję na punkcie wytworzenia w społeczeństwie atmosfery całkowitej nietolerancji wobec wszystkiego, co ma związek z Rosją (…) Istnieją w Polsce ludzie, którzy starają się zwalić winę za wszystkie polskie nieszczęścia na Moskwę. W Polsce daje się odczuć realne pranie mózgów społeczeństwa w duchu, który jest jednoznacznie antyrosyjski". Co do Niemiec linię wyznaczył jeszcze śp.Lech Kaczyński, a jej (jak na razie?) zwieńczeniem jest absurdalne żądanie odszkodowania za II Wojnę Światową, jednoznacznie przez RFN odrzucone. W porównaniu z 1939 rokiem sytuacja różni się tym, że między Rosją a nami jest (wroga nam!) Litwa, Białoruś (którą III RP też podgryza – PiS mniej niż PO!!) i (wroga nam) Ukraina, z którą konflikt wybuchnie lada chwila – natomiast III RP zadarła jeszcze z Francją (!!) i nie ma żadnych gwarancyj brytyjskich.

    Obecnie widać wyraźnie zwrot Moskwy (zrażonej wiarołomnością JE Donalda Trumpa) w kierunku sojuszu z Brukselą. Ciekawe, czy w takiej sytuacji Amerykanie będą chcieli bronić nas i Ukrainy?

    W odróżnieniu od płk.Sławka nie dramatyzuję – ale absolutnie w to nie wierzę.

    • * (za Wikipedią):

    • 24 października 1938 minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop, w rozmowie z ambasadorem RP w Berlinie Józefem Lipskim, które odbyło się w Berchtesgaden wysunął następujące propozycje (do końca marca 1939 pozostawały one tajne[37]):

    • przyłączenia do Niemiec Wolnego Miasta Gdańska,

    • przeprowadzenia eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze (tzw. „polski korytarz”),

    • przystąpienia Polski do paktu antykominternowskiego – czyli jawnego zadeklarowania się Polski jako politycznego partnera III Rzeszy a strategicznego przeciwnika ZSRS.

    W zamian III Rzesza proponowała:

    • przeprowadzenie przez terytorium Gdańska podobnej eksterytorialnej autostrady lub drogi oraz linii kolejowej oraz wolny port,

    • gwarancję zbytu polskich towarów na terenie Gdańska,

    • wzajemne uznanie granicy polsko-niemieckiej (lub uznanie terytoriów obu krajów),

    • przedłużenie układu o nieagresji o kolejne 25 lat,

    • niemiecką zgodę na zmiany terytorialne na korzyść Polski na wschodzie i wspólną granicę polsko-węgierską,

    • współpracę w kwestii emigracji Żydów z Polski [hitlerowcy omawiali już z Komitetem Żydowskim osiedlenie Żydów w Palestynie; Hitler nigdy nie wspominał o fizycznej eksterminacji Żydów – jest naprawdę b. prawdopodobne, że Holokaust to była to nadgorliwość Henryka Himmlera - JKM] oraz w sprawach kolonialnych,

    • wzajemne konsultowanie wszystkich decyzji dotyczących polityki zagranicznej.

      Te propozycje były nie tylko do przyjęcia, ale b. korzystne. Należało na fali entuzjazmu z powodu Anschlußu Zaolzia oświadczyć, że II RP zgłasza chęć przystapienia do Paktu Anty-Kominternowskiego (Pakt ten był obronny – gwarantował co najmniej neutralność uczestników gdyby Sowiety napadły na jednego z nich!), wyrazić zgodę na Anschluß W.M.Gdańska do III Rzeszy (i tak nie był nasz, a władze WMG zionęły nienawiscią do Polski – z powodu budowy Gdynii!) i oświadczyć, że Polska wymogła na III Rzeszy, by pod autostradą i linią kolejową, łączącymi niesprawiedliwie rozdzielone części III Rzeszy (swoboda poruszania się między tymi częściami Niemiec była zagrarantowana w Traktacie Wersalskim!), była odpowiednia liczba przepustów pozwalajacych swobodnie przemieszczać się ludności i jechać z Polski nad morze. I tyle.

    Polska zwiedziona obietnicami Wielkiej Brytanii te warunki odrzuciła.

  • 30-08-2017 01:55:00

    Aj-waj – biedny kraj!

    Mowa, oczywiście, o tekście o Wielkiej Brytanii napisanym, oczywiście, w „Gazecie Wyborczej”. „GW” jest nieodmiennie pro-unijna – więc przedstawia Brexit, jako niemal katastrofę. Wprawdzie mniejszą, niż zapowiadała przed referendum – ale jednak!

    A ja chcę zastanowić się nad tym obiektywnie.

    Najpierw zróbmy pewien eksperyment myślowy. Powiedzmy, że było dokładnie odwrotnie. Zjednoczone Królestwo było pro-unijne – a pozostałe kraje UE: nie. I pół roku temu 27 krajów utworzyło Federację Anty-Unijną i z UE wystąpiły – a zrozpaczone władze Unii przeniosły się do Londynu i twierdzą, że Unia nadal trwa. Był taki precedens: gdy Irak i Syria wystąpiły ze Zjednoczonej Republiki Arabskiej – Egipt nadal nazywał się ZRA i śp.Gamal Abd el-Nasser twierdził, że ZRA istnieje, a On jest jej prezydentem.

    I teraz patrzę, co by o tym napisała „GW”: katastrofalna sytuacja 27 krajów po wystąpieniu z UE?

    Oczywiście jest wszystko jedno, kto z czego wystąpi; ważne: nastąpiła separacja – i obydwie strony na tym stracą, jeśli...

    ...jeśli oddzielą od siebie rynki.

    Tymczasem nie ma żadnego powodu, by rynki od siebie oddzielać! W latach 1863-1885 nie było żadnej Unii Europejskiej – a cała Europa była jednym rynkiem, bez żadnych granic celnych. Dziś swobodny ruch towarów gwarantuje Europejski Obszar Gospodarczy i nie trzeba być w UE, by do niego należeć (np. Norwegia jest w EOG, a nie jest w UE). Fakt, że swobodny ruch osób zależy od układu z Schengen – tyle, że Zjednoczone Królestwo nigdy do „Schengen” nie należało, więc nic się tu nie zmieni!!

    „GW” zauważa – i to jest jedyna trafna obserwacja: „Ekonomiści przyznają, że gospodarką na Wyspach zaczynają rządzić emocje i lęk przed skutkami Brexitu”. To fakt: obiektywnie Brytyjczycy wyswobadzają się spod okupacji potwornej biurokracji unijnej – i jeśli nie stworzą własnej (co też jest możliwe!!) to będą rozwijać się znacznie szybciej niż Unia. Co nie jest trudne: „GW” podaje, że UK rozwija się dwa razy wolniej niż strefa €uro: 0,3% do 0,6%. To są liczby po prostu śmieszne. Białoruś rozwija się znacznie szybciej!

    A teraz popatrzmy na realną sytuację, opisywaną przez „GW”.

    Funt spada. Istotnie. Przypominam jednak, że polscy przemysłowcy domagają się obniżki kursu złotego – twierdząc, że byłoby to niesłychanie korzystne. Skutek jest taki, że export brytyjski rośnie, a np. w kwietniu z USA przyjechało o 20% więcej turystów niż przed rokiem.

    Inna „tragedia”: „Brytyjczycy zaciskają pasa”. To znakomicie! Podstawowym nieszczęściem dzisiejszej gospodarki jest to, że ludzie nie oszczędzają, tylko wydają, wydają, wydają... Jak zaczną wydawać rozsądniej, licząc się z każdym pensem – to gospodarka bardzo się uzdrowi.

    Weźmy przykład: „Spada sprzedaż nowych samochodów – o 2,2% od stycznia do lipca. Brytyjskie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego obwinia o to Brexit. "Ludzie nie chcą wydawać pieniędzy. Rząd musi podjąć szybkie kroki wobec efektów Brexitu”. Otóż: nie musi – i mam nadzieję, że nie podejmie. Ludzie zbyt często odstawiali na złom (lub odsprzedawali do Polski...) całkiem dobre samochody – by szpanować nowym modelem. Dla gospodarki jest bardzo korzystne, gdy p.Jan Smith zamiast kupić nowy samochód i posłać syna na jakiś absurdalny uniwersytecki kurs socjologiczny powie: „Synku, nie mamy pieniędzy – masz tu ₤10.000, załóż za to firmę i zacznij sam zarabiać!”.

    Chcę tu przypomnieć sytuację sprzed ponad pół wieku, zanim śp.lady Thatcherowa uratowała Brytanię. Rządzili wtedy Czerwoni, którzy nakładali podatki i „popierali inwestycje”. Efekt: kryzys był potworny – ale po ulicach jeździła masa „Rolls Royc'ów” i „Jaguarów” – bo ludzie zamiast płacić podatki woleli zainwestować w „Jaguara”. Przemysł motoryzacyjny, istotnie, kwitł...

    Powtarzam po raz setny: Nie jest prawdą, że co jest dobre dla „General Motors” jest dobre dla Stanów Zjednoczonych! Co więcej: wszyscy widzieli wtedy, że Wielka Brytania rozwija się i kwitnie – a „wskaźniki gospodarcze” leciały w dół na zbitą mordę.

    Bo te „wskaźniki” mierzą zupełnie co innego, niż myślą naiwni dziennikarze. Ale o tym już pisałem wiele razy...

  • 31-08-2017 14:12:00

    Kwestia smaku - choć nie tylko (Już tekst, nie szkic!)

    Wszyscy, którzy uważają się za Prawicę, a chcą się zapisać (lub, nie daj Boże, zapisali się) do PiSu, powinni przeczytać zakończenie wiersza śp.Zbigniewa Herberta "Potęga smaku":

     

    Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać

    kształt architektury rytm bębnów i piszczałek

    kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

     

    Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu

    książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

    mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi

    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

    Tak smaku

    który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała

    głowa

     

    http://wiersze.kobieta.pl/wiersz/zbigniew-herbert/potega-smaku-236

     

    To, co odrzuca kulturalnych ludzi od PiSu, to nie banialuki, które wygadują o gospodarce; to nawet nie oczywiste łamanie zasady Państwa Prawa (choćby w rzeczywistości było to Państwo Lewa). To jest obrzydzenie.

    Dobrze ujął to był śp.Józef Piłsudski w swoim słynnym przemówieniu 3 maja 1923 w „Bristolu”:

    Był cień, który biegł koło mnie - to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bitew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka - cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba - rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie - ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów - to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafora, ja zacytuję tylko kilka faktów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć, z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyślić.

    Reprezentant narodu, wybrany przez wszystkich, reprezentujący wszystkich - kradnie! Zbiera się komisja sejmowa, aby szukać skradzionych przez tego reprezentanta insygniów królewskich. Komisja sejmowa obradująca pod egidą czy pod kierownictwem marszałka Sejmu szuka, śledzi, bada, poszukuje skradzionych przez tego reprezentanta rzeczy! Czy panowie coś bardziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplutego pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju? Pomyślcie sobie to gdzie indziej, wśród wolnych, swobodnych narodów: nasz reprezentant - złodziej! Nasz reprezentant zdradza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny wódz prowadzący wojnę jest zdrajcą! Gdzież na niego kara?! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności, czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Nie ma! Idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła. Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten sposób postąpić może. Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko"

    http://jpilsudski.org/przemowienia-odezwy-rozkazy/1101-przemowienie-jozefa-pilsudskiego-w-sali-malinowej-hotelu-bristol-3-lipca-1923-r  Radzę przeczytać w całości!

    Problem w tym, że Piłsudski rzeczywiście był niemieckim (a także przedtem japońskim i austriackim) agentem, który swoim ludziom polecał pieniądze „brać, i nie kwitować”. Ponadto Piłsudski dopiero 23-X-1918 zlikwidował Królestwo Polskie – więc d***kracja nie zdążyła się tak rozhuśtać, jak teraz. Dziś poziom upadł strasznie: Bronisława Komorowskiego, jako Prezydenta, pomawiano nie o kradzież insygniów koronnych, lecz o kradzież obrazu „Gęsiarka” za 10.000 złotych! Cóż: d***kracja, trzeba Go było obalić (nikt wtedy nie podejrzewał, że PiS może zdobyc wiekszość absoluitną!). A już słyszałem ohydne rzeczy, mówione na razie półgłosem, o JE Andrzeju Dudzie – gdy odmówił podpisania dwóch ustaw (a powinien był nie podpisać jeszcze dwóch innych!).

    Gdy widzi się, co wygaduje WCzc.prof.Krystyna Pawłowicz – to obrzydzenie wzbiera. Najciekawsze, że Ona w ponad połowie przypadków ma w zasadzie rację – ale podaje ją w taki sposób, że człowiek kulturalny musi stanąć po stronie zaatakowanego. To co, wyczynia PiSowska prasa, nie potrafiąca podać obiektywnie żadnego faktu bez opatrzenia go trzema przymiotnikami oceniającymi ten fakt – tak, że znów człowiek ma odruch odrzucenia tego, co czyta lub słyszy - tego nie było po 1956 roku w PRLu!

    To jest d***kracja. Tu nie ma miejsca na subtelną drwinę jaka podgryzało się (tak, tak: z p.Jerzym Urbanem włącznie!) socjalistyczną PRL. Tu się wali po chamsku, na odlew. Prostak ironii nie zrozumie – trzeba fakt opatrzyć trzema negatywnymi przymiotnikami, by zrozumiał, że to coś bardzo złego. Nie można napisać, że Kowalski nie do końca nadaje się na stanowisko; trzeba napisać, że jest złodziejem, gwałcicielem i agentem.

    „Salon” w 1988 roku podpisał ze śp.gen.Czesławem Kiszczakiem układ – w którym mówiło się dużo o d***kracji – tyle, że miała to być d***kracja w salonie. I to by było bardzo dobre rozwiązanie – gdyby nie to, że (tak jak z PPR): „salon" ten nie powstał jak Wenus z piany morskiej, tylko z szumowin. Z agentów bezpieki – o skrzywionym od razu kręgosłupie – którzy się natychmiast zdemoralizowali. Z przydupasów władzy komunistycznej, którzy teraz przypodobywali się każdej władzy (tak, również obecnej!).

    Wtedy agentem był Piłsudski, a część ludzi z jego otoczenia należała do – pro-niemieckiej wtedy – masonerii. Reszta elit była moralnie zdrowa. Oczywiście: zawsze ktoś się skorumpował, w socjalizmie to nieuniknione – ale dziś skorumpowany jest cały kraj. 

    W 1926, jak to ujął był śp.Leopold StaffKupa bandytów napadła na szpital wariatów”. W 2015 kupa chamów z kijami napadła na burdel.

    Głosu rozsądku słucha parę procent ludzi. Mamy do czynienia z wojną skorumpowanego "salonu", potrafiącego pięknie mówić – a propagować zboczenia i kraść, kraść, kraść – oraz z bandą przewodząca tłumowi prostaków. Jak żyć?

    Opat Sieyès, pytany jak przetrwał (rozpętaną przez siebie...) rewolucję anty-francuską, odparł: „Żyłem”. Wiec ja żyję. Tylko żyję w oparach smrodu.

    Być może nie ma innego sposobu, by pozbyć się tej skorumpowanej, zdegenerowanej salonowej „elyty”.

    Liczyłem na Zorro. Ale Zorro się nie znalazł. Ciężko się z tym pogodzić.

    Ale jeszcze walczę o rozsądek.

    PS. Jakim cudem fragment tego tekstu pojawił się w Sieci dwa dni temu jeśli był zaplanowany - jak było widać - na 31-VIII ?

  • 27-08-2017 02:45:00

    Co my mierzymy? (Politrolle won – tu nic o PO ani o PiSie!)

    Wstęp. Ile mam wzrostu?

     

    Mierzenie wzrostu jest proste. Człowiek staje przy ścianie, z piętami na podłodze, wyciąga się jak może – a płaska deska prostopadła do ściany pozwala zmierzyć wzrost z ogromną dokładnością. Ale...

    Właśnie: jest pewne „ale”. Wieczorem człowiek jest o jakieś 2 cm niższy niż rano – a niektórzy maratończycy po biegu mają o 12 cm mniej!! I to nawet widać na mecie – wielu robi wrażenie pokurczów.

    Wiec: ile mam wzrostu: tyle, co rano – czy tyle, co wieczorem?

    Podobnie z wagą. Jeśli zjem śniadanie nie odwiedziwszy rano toalety – to mogę ważyć i 2 kilogramy więcej. Wiedzą o tym doskonale bokserzy, wykłócający się, czy waga ma być tuż przed walką – czy np. poprzedniego dnia?

    Pole powierzchni mogę zmierzyć z dowolną dokładnością. Zapełniając ją malejącymi np. kwadracikami. Podobnie z objętością. Czasem nawet prościej: można do czegoś nalać wodę – a potem wlać ją do menzurki...

    Gorzej z długością. Otóż obiektywna długość w świecie rzeczywistym... nie istnieje!

    W szkole uczono mnie, że długość polskiego wybrzeża to 550 km. Dziś czytam, że 770 – a czasem, że 440. To jak to jest?

    Otóż, przede wszystkim, linia ta jest zmienna: a to morze zaleje kawałek – a to się cofnie... Ale – pomińmy ten problem. Zamrażamy Bałtyk – albo robimy Bardzo Dokładne Zdjęcie Satelitarne – i pytamy: jak była długość linii brzegowej w tym momencie?

    Jeśli zaczniemy tę długość liczyć miarką o długości 100 km, to wyjdzie nam jakieś 400 km z małym hakiem.

    W miarę skracania długości pręta pomiarowego długość ta będzie rosła. Gdy pręt stanie się krótszy od szerokości Półwyspu Helskiego – długość gwałtownie wzrośnie o długość jego brzegów.

    A co dopiero mają powiedzieć Norwedzy?

    Ale na tym nie koniec. Jeśli jakiś minister Obrony Narodowej zechce przekonywać Amerykanów, by przysłali nam dużo piechoty morskiej, bo mamy strasznie długie wybrzeże, to pośle harcerzy i harcerki z linijkami długości 1 cm, a ci odmierzając każdą zatoczkę udowodnią, że mamy 100.000 km wybrzeża. Przy zmniejszaniu pręta długość wybrzeża rośnie praktycznie do nieskończoności.

    Warto spytać geodetów, jakiej długości prętem wymierzyli te 550 km? I dlaczego akurat takim - a nie krótszym lub dłuższym?

    Przy czym, co zauważył słynny polski matematyk, śp.Hugo Steinhaus, nie można obliczyć długości rzeki – ale stosunek długości jej brzegów można wyliczyć z dowolną dokładnością!

    Mierzenie mojego wzrostu jest o wiele prostsze!

     

    Himalaje

     

    Przypominam o tym problemie po raz kolejny – bo przypadkiem, zastanawiając się nad śmiałym projektem poprowadzeniem kolejki linowej na Mt.Everest (porozważać sobie nie można?) popatrzyłem na tę górę: http://www.everest3d.de/ i wyczytałem, że mierzy sobie ona 8848 metrów.

    Dokładnie tak.

    Hmmm... Gdy ja chodziłem do szkoły, to mierzyła 8894 metry nad poziom morza. Góra się skurczyła? Wtedy mierzono latem, a teraz zimą? Poziom morza wzrósł?

    I wtedy zadałem sobie pytanie:

    A jaki jest właściwie ten poziom morza? Co to jest? Npm oznacza "nad poziom morza" - czyli nad co

     

    Morza i oceany

     

    Morza mają różne poziomy wód – o czym doskonale wiedzą budowniczy śluz w kanale Panamskim czy Sueskim. To który poziom jest „poziomem morza?

    Zaraz!! Przecież – a może nawet przede wszystkim – Ziemia nie jest kulą, tylko „geoidą”, w przekroju mniej-więcej elipsą. Jeśli by więc mierzyć ten poziom jako odległość od środka Ziemi – to na Równiku będzie o kilka kilometrów więcej, niż na Biegunie Północnym!

    Zaintrygowany zajrzałem na portale geodezyjne – i tam dowiedziałem się, że poziom morza to średnia poziomów wszystkich mórz i oceanów! Ale jaka „średnia”? Z ilu punktów? Mamy dokładne mapy powierzchni morza i całkujemy to – czy jak?

    Ale przecież istnieją jeszcze przypływy i odpływy! Nie wspominając już o falach, które też potrafią powodować niezłe spiętrzenia.

    Dalsza lektura przyniosła informację, że Rosjanie mają swój poziom morza - mierzony bodaj w Petersburgu – Brytyjczycy własny, a inne narody też pewno własny. Więc od jakiego poziomu morza jest ten Everest wyższy o 8848 metrów??!?

    I co to właściwie znaczy? Jak to porównywać? Nawet gdyby umieścić jakieś stałe kołki wbite w skały nadmorskie – to jak sprawdzić, że ten kołek w Gibraltarze jest na tej samej wysokości, co kołek w Cape Town, skoro wysokość mierzy się od... poziomu morza, który właśnie mamy mierzyć??

    No dobrze: poziomu morza nie da się ustalić – i pal to sześć. Ale może da się ustalić, czy poziom wzrasta lub maleje? Poprowadzić jakąś rurę na tyle długą, by tłumiła ruchy fal – i w kilkudziesięciu miejscach na Ziemi co roku tego samego dnia o tej samej godzinie mierzyć: przyrosło, czy spadło?

    I w tym momencie, czytając kolejne wywody amerykańskich geodetów i oceanografów:

    http://web.archive.org/web/20080612132654/http://www.agu.org:80/revgeophys/dougla01/node6.html#SECTION00060000000000000000

    uświadomiłem sobie, że to też jest niemożliwe – z zupełnie innego powodu:

    stało się to zagadnieniem politycznym!

     

    Podnosi się – czy opada?

     

    Według obecnego mainstreamu poziom wód musi rosnąć - a to z powodu „Globalnego Ocieplenia”. Gdyby nie rósł, to całą teorię wzięliby diabli, „uczeni” zostaliby ośmieszeni, a żerujący na tym politycy i biurokraci mogliby wylądować w więzieniach.

    Szkopuł w tym, że ten poziom (w/g w/w danych) rzeczywiście rośnie. O 2 mm rocznie.

    Jak oni to mierzą – z taką dokładnością?

    Tyle, że rośnie w tym samym tempie od 150 lat – gdy wpływ działalności człowieka był jeszcze bardziej znikomy, niż teraz.

    Autorzy tego opracowania napisali całkiem słusznie: „Jeśli ktoś bierze się za przewidywanie zdarzeń w przyszłości powinien najpierw umieć wyjaśnić zdarzenia z przeszłości”.

    A ja tu dodaję przekornie: „Może najpierw zrozumieć teraźniejszość? Np. wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym poziomem morza?

    I wtedy zrozumiałem, że podchodzimy do tego z niewłaściwego końca.

     

    Jak mierzyć wysokość Mt.Everestu?

     

    Właściwa odpowiedź brzmi: w ogóle nie mierzyć!

    Trudność z obliczeniem wysokości góry npm bierze się stąd, że ten poziom jest trudny do ustalenia. Ba! Wręcz niemożliwy.

    Propozycje idą w kierunku ustalenia jakiegoś wzorca – np. kołka wbitego w klif Dover.

    Ale po co wbijać kołki? Kołki się przesuwają, obluzowują. A przecież miernik już jest.

    Jest nim Mt.Everest.

    Góra ta robi wrażenie dość solidnej. Zamiast mierzyć od poziomu morza, mierzmy więc od poziomu Mt.Everestu.

    Przyjmijmy za zerowy poziom o 8848 m. poniżej szczytu Mt.Everestu – i nazwijmy go mt. Wtedy Mt.Everest będzie miała dokładnie 8848 metrów nmt – bez pomiarów, z definicji!

    Tym samym nie będzie można w ogóle zmierzyć jego wysokości – tak jak nie można było zmierzyć długości leżącego w Sèvres pod Paryżem wzorcowego pręta o długości jeden metr* - ale nie ma to praktycznego znaczenia.

    Natomiast znika problem z mierzeniem poziomu morza. Taki miernik przestaje istnieć. Każde morze będzie miało własny poziom. Będzie się mówiło, że Morze Czerwone jest o 6 m nmt. Bo dziś powiedzieć, że powierzchnia Morza Czerwonego jest 6 metrów npm – to jakoś dziwacznie. I nawet bezsensownie – skoro tego „średniego poziomu” nie ma właściwie jak wyznaczyć.

    Geodeci będą teraz mieli wspaniałe zajęcie: ujednolicić wszystkie wysokości w odniesieniu do mt, a nie do pm.

    Dadzą sobie radę!

    * Obecnie teoretycznie można już zmierzyć długość tego wzorcowego metra, sprawdzać, czy się skurczył czy wydłużył – ponieważ, cytuję: „Metr – jednostka podstawowa długości w układach: SI, MKS, MKSA, MTS” to dziś jest: „W myśl definicji zatwierdzonej przez XVII Generalną Konferencję Miar w 1983, odległość, jaką pokonuje światło w próżni w czasie 1/299 792 458 s”.

    Szanowna Konferencja w szale obiektywizacji jakoś zapomniała, jak się zdaje, że uniezależniła się od tego sztucznego wzorca, ale za to straciła możność mierzenia szybkości światła. Od 1983 roku nie można już zmierzyć, czy przypadkiem prędkość światła nie zmienia się z czasem: zawsze jest i będzie ona stała, równa 299 792 458 m/sek!!!

    Na szczęście szaleństwa metrologów nie mają żadnego praktycznego znaczenia, gdyż nikt nie mierzy metra patrząc ile w sekundzie przebiegł promień światła i dzieląc to przez 299 792 458.

     

     

     

  • 24-08-2017 00:03:00

    Proletariat zastępczy

    Właśnie odkryłem, że "Rzeczpospolita" zamieściła w maju mój tekst o kobietach p/t:

    Proletariat zastępczy

    Kobieta narzędziem Szatana" – taką opinię głosili niektórzy teolodzy. Dziś jest znacznie gorzej: kobiety są nieświadomym narzędziem czegoś znacznie od satanizmu niebezpieczniejszego – komunizmu.

    Niedawno ujawniłem w Parlamencie Europejskim fakt figurujący w każdym podręczniku psychologii, że kobiety są średnio niższe, słabsze i mniej inteligentne od mężczyzn. W tym przypadku przewodniczący PE p. Antoni Tajani uczynił wyjątek od zasady wolności słowa i ukarał mnie (najwyższą możliwą) grzywną – 9 tys. euro – w uzasadnieniu pisząc, że „naruszyłem fundament Unii Europejskiej".

    Cóż: po to tam jestem... Natomiast p. Tajani napisał prawdę – czy, jak kto chce: uchylił rąbka prawdy. By obnażyć ją do końca, wyjaśnię, jak z EWG i Wspólnoty Europejskiej powstała Unia.

    Długi marsz przez instytucje 

    40 lat temu Europą wstrząsał terroryzm dziesięć razy silniejszy od obecnego. Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse, Czarny Wrzesień (uzbrajane, jak się okazało, przez Sowiety) i inne organizacje siały grozę. Ponieważ nie istniała Unia Europejska, Europie (choć ogromnym wysiłkiem) udało się zlikwidować problem. Wtedy guru eurolewicy śp. Rudi Dutschke ogłosił plan „Długiego marszu" (przez instytucje): „Koniec z tą dziecinadą. Nie walczymy z opresyjnym państwem – zapisujemy się na urzędników państwowych. Nie walczymy z kapitalistyczną EWG – zapisujemy się na działaczy EWG. I przerabiamy to na swoje kopyto".

    Po ponad 30 latach ta strategia przyniosła prawie pełny sukces. Lewica opanowała przede wszystkim media, natomiast grupka spiskowców przerobiła EWG na federację państw zwaną Wspólnotą Europejską, następnie na państwo federacyjne zwane Unią Europejską, a obecnie chcą przerobić Unię na jednolite państwo socjalistyczne budujące komunizm; taki ZSRE.

    Otóż komuniści i socjaliści doszli w XX w. do władzy na karkach „klasy robotniczej". Jakimś cudem udało im się wmówić ciemnym, niepiśmiennym robolom, że „łączy ich interes klasowy" sprzeczny z „interesem klasy właścicieli fabryk". Jest, oczywiście, zupełnie inaczej: jeden fabrykant jest dla drugiego konkurentem, a jego robotnik jest jego sojusznikiem w walce o pieniądze. Przedsiębiorca i jego pracownicy stanowią jedną drużynę walczącą z konkurencją. Potem, oczywiście, mogą się kłócić o podział łupów, ale to sprawa drugorzędna. Herszt szajki też często kłóci się ze swoimi zbójami...

    Klasa i interesy

    Według komunistów „klasa robotnicza" pod światłym przywództwem „działaczy związkowych" (z komunistami na szczycie) miała walczyć o swoje prawa. Dziś robotnicy są oświeceni, zmądrzeli i nie dają się nabierać na te komunistyczne bajki. Szukają dobrego pracodawcy – i tyle. Lewicowcy zaczęli więc na gwałt szukać „proletariatu zastępczego". I na taki ersatz-proletariat upatrzyli sobie kobiety. Przede wszystkim wyrywają je z domów, wmawiając im, że praca w domu jest nieledwie hańbą. Następnie tłumaczą, że przyjacielem kobiety nie jest jej ojciec ani mąż; nie: kobiety mają walczyć z ich dominacją pod światłym przywództwem „działaczek feministycznych" (z partyjnymi bossami na szczycie). „Klasa kobiet" ma sprzeczne interesy z „klasą mężczyzn".

    Jest to oczywista bzdura. Dla kobiety najlepszym sojusznikiem jest ojciec albo mąż (tego drugiego sama sobie przecież wybrała) – a inne kobiety są rywalkami. Kobiety to czują, więc neomarksistowska propaganda wyłazi ze skóry, by przekonywać kobiety, że są przez mężczyzn krzywdzone. Nieustannie trąbią o „walce z przemocą domową". A koronnym argumentem jest to, że „kobiety za taką samą pracę zarabiają mniej niż mężczyźni". I ja swoim stwierdzeniem, że kobiety zarabiają średnio mniej od mężczyzn nie dlatego, że są kobietami, lecz dlatego, że są niższe, słabsze i mniej inteligentne – podważyłem fundament tej ideologii. To tak, jakbym w 1952 r. powiedział, że robotnicy zarabiają mniej, bo są średnio głupsi od techników i inżynierów, a cała gadanina o „wyzysku klasy robotniczej" to bzdura.

    Kosztowałoby mnie to wtedy znacznie więcej niż 9 tys. euro!

    Geniuszami są mężczyźni

    Tyle polityki. A jak to jest naprawdę z tą inteligencją kobiet? Podręczniki mówią, że średnio są mniej inteligentne – ale różnica jest niewielka: w różnych narodach od 3 do 6 pkt IQ. Jeśli w prawie każdym stadle mężczyzna jest bardziej inteligentny od kobiety, to nie dlatego, że każdy mężczyzna góruje nad każdą kobietą, tylko dlatego, że kobiety rozpaczliwie szukają mężczyzn, którzy są od nich wyżsi, silniejsi i inteligentniejsi!

    Świadczy to o mądrości kobiet. Inteligencja bowiem to nie mądrość, lecz umiejętność rozwiązywania testów na inteligencję. Mocno skorelowana z wynalazczością, grą w szachy (w tej chwili w pierwszej setce szachistów nie ma ani jednej kobiety), zdolnościami matematycznymi (w tej dziedzinie średnia przewaga mężczyzn jest większa – 5–7 pkt – jak podają coroczne testy SAT prowadzone w USA na 100 tys. uczniów) itp. Mądrość jest czymś innym. Geniusze Mensy, osiągający IQ 200, często nie radzą sobie w życiu. 15-letni chłopiec jest zazwyczaj inteligentniejszy od swojej matki, ale ona jest od niego mądrzejsza!

    Czyli: to tylko taka mała różnica w inteligencji – po co o tym mówić?

    Nie!

    W rzeczywistości te średnie ukrywają znacznie ważniejszy stan rzeczy: kobiety są średnie. Płeć męska jest zdefektowana i ma duży rozrzut. Wśród mężczyzn jest więcej geniuszów i więcej idiotów; więcej morderców i więcej świętych. Kobiety są masochistkami? Tak, ale szczyty masochizmu to też mężczyźni. Kobiety mają średnio znacznie lepszą pamięć, ale geniusze mnemoniki to mężczyźni. Kobiety lepiej szyją i gotują, ale najlepszymi krawcami i kucharzami są mężczyźni. Gdyby to kobiety były średnio o te 3–6 pkt IQ inteligentniejsze od mężczyzn, to i tak najlepszymi szachistami byliby mężczyźni. W pierwszej setce byłoby wtedy, powiedzmy, sześć kobiet – i tyle. 
     

    Kobiety nie głosują na kobiety

    Średnią inteligencję mężczyzn ciągnie w dół masa idiotów. Jeśli jednak odrzucimy dolną połowę ludzkości (bo kogo interesuje, czy facet ma inteligencję 90 czy 70?) – to w górnej połowie przewaga mężczyzn jest ogromna, a w górnej ćwiartce przytłaczająca.

    Rządzić powinni ci z górnej ćwiartki! W polityce kobieta mogąca konkurować z mężczyznami trafia się równie często, jak w szachach. Czasem się trafi śp. Małgorzata Thatcherowa, śp. Zyta Gilowska – tak jak w szachach p. Nona Gaprindashvili czy p. Judyta Polgar. Reszta jest ciągnięta na siłę: „Mamy w prezydium sześciu facetów – może jakąś kobietę?". Często oficjalnie: zapewnienie połowy miejsc na listach dla kobiet. Przed wyborami partie muszą więc urządzać istne polowania na kobiety, by obsadzić nimi połowę list.

    Dlaczego lewica to robi? Też z ważnej przyczyny. Kobiety nawykły, że ktoś się nimi opiekuje – i odruchowo opowiadają się za socjalizmem, za „państwem opiekuńczym"; mężczyźni częściej wolą dziki, drapieżny kapitalizm. I to właściwie z grubsza wyjaśnia wszystko. Tkwimy w zastoju, nie robimy odważnych reform – bo kobiety (znów: średnio!) nie lubią ryzyka.

    A teraz spójrzmy na sprawę z punktu widzenia kobiet. Na polityczki trzeba urządzać polowania, bo kobiety (poza feministkami; np. p. Hilaria Clintonowa to nie kobieta, tylko feministka!) nie chcą rządzić – i nie chcą być rządzone przez kobiety. Najlepszy dowód: tam, gdzie sukces jest konkretny i widoczny od razu, czyli w sporcie, we wszystkich drużynach koszykarek, siatkarek, futbolistek, szczypiornistek, szachistek, brydżystek – trenerami, kierownikami, kapitanami są mężczyźni. Te zawodniczki są mądre – na szefów wybierają mężczyzn, bo chcą wygrywać!

    Kobiety nie głosują też na kobiety. Lady Thatcherowa powiedziała mi kiedyś, że jest przeciwniczką czynnego prawa głosowania dla kobiet: „Gdyby w kierownictwie torysów połowę stanowiły kobiety, nigdy nie zostałabym premierką; zostałam wybrana, bo w tym gronie była tylko jedna (poza mną) kobieta". Miała rację: w ostatnich wyborach we Francji zdecydowana większość mężczyzn głosowała na pannę Le Penównę – większość kobiet na p. Macrona!

     

    I właśnie dlatego, że kobiety tego chcą – rządzą mężczyźni. Czasem, z rozmaitych powodów, wstawiając na stanowiska a to p. Merkel, a to p. Szydło...

    ...ale tu już odchodzimy od teorii w inne rejony.

  • 23-08-2017 22:04:00

    Dużo o kopalniach

    Na swoim FaceBooku napisałem dziś: 

    10,42 mld zł na lata 2016–2020 dla sektora węgla kamiennego to niejedyna pomoc dla branży. 3 mld zł w rok dostała Polska Grupa Górnicza.

    Mój śp.Ojciec zawsze mawiał, że w Polsce nie ma kopalń złota - tylko dlatego, że państwa nie stać na dopłacanie do każdego wydobytego kilograma.

    Od dziesięcioleci wmawia się Polakom, że kopalnie MUSZĄ być państwowe. A to niezmiennie = nierentowne. Czyli wymagające dotowania z kieszeni podatników, tzn. NASZYCH kieszeni. Czy prywatnym kopalniom ktoś dopłaca? Nie! Są lepiej, oszczędniej zarządzane, nie ma tam miejsca na przerośniętą administrację, ani na korupcję. Ale też nie ma jak wcisnąć tam swoich ludzi z układu politycznego i dlatego władzy tak bardzo zależy, żeby utrzymywać nas w przeświadczeniu, że kopalnie (i wiele innych państwowych zakładów), MUSZĄ być do końca świata państwowe.

    Dlaczego prywatyzacja jest lepsza? 
    - Oto przykład na podstawie polskich kopalń. Sytuacja, w której państwo rządzi całą gospodarką i jednocześnie jest właścicielem przedsiębiorstw to niedopuszczalny konflikt interesów. Rząd jest złym właścicielem. Rząd ukoronował lata złego władania kopalniami zamykając je, jednocześnie obarczając Polaków wielomiliardowymi kosztami.

    Co należy więc zrobić?
    - Kopalń nie należy zamykać. Należy je sprzedać z licytacji. Jedne się utrzymają inne nie. Prywatne kopalnie na ogół dają sobie radę. Nie ma więc powodu, by zwalnianym górnikom płacić więcej niż zwalnianym np. tokarzom. Prywatnemu właścicielowi będzie zależało na zysku, ponieważ zainwestował swoje własne pieniądze i czas w ten biznes
    .

    Najpopularniejsze komentarze brzmiały tak: 

    Jacek Lubomirski Pańska demagogia się nie sprawdza w praktyce. Polska praktyka pokazuje, że firmy niemieckie skupują prywatyzowane przedsiębiorstwa i doprowadzają je do upadku, żeby nie robiły konkurencji swoim. Wygłaszając takie brednie staje się pan wrogiem polskiej racji stanu. Żeby Pańskie idee działały na korzyść Polski, musiałby pan stać się dyktatorem całego świata i zakazać wszystkim kierowania się interesem narodowym, bo inni to robią niezależnie od Pańskich opinii.

    Dariusz Pasiński Po pierwsze... To nie do końca tak jest, Państwo daje kopalniom 10 mln, kopalnie oddają w postaci podatków 4-5 krotnie tyle, prosty rachunek, Po drugie.... Węgiel to nasz strategiczny surowiec energetyczny, mający ogromny wpływ na naszą suwerenność i niezależność, można by sprywatyzować,ale na pewno nie tak jak np. polskie cukrownie, które zostały zlikwidowane przez kapitał niemiecki.

    Na tę czystą demagogię odpowiedziałem:

    Wpisy pp.Jacka Lubomirskiego i Dariusza Pasińskiego łatwo skwitować: PiS uruchomiło swoich trollów. Obawiam się jednak, że w rzeczywistości jest znacznie gorzej: ci Panowie wierzą w to, co piszą - i wiarę tę podziela znaczna większość "obywateli" III RP.

    Można to skwitować krótko: "Jeśli państwo kopalnię po prostu zamknie, płacąc przy tym ogromne pieniądze - to jest dobrze; a jeśli państwo sprzeda (za pieniądze) kopalnię prywaciarzowi, a potem kupi ją od niego (za pieniądze) Niemiec - zamknie, by nie robić konkurencji swojej kopalni - to jest źle" Tak?
    W rzeczywistości jest tak:
     
    I teraz przechodzimy do rzeczywistości:

    1. Reżym dopłaca do kopalń nie 10 mln lecz 10 mld - tysiąc razy więcej.

    2. Główne podatki są w Polsce pobierane od zysku. Kopalnie nie mają zysków, więc płacą bardzo mało.

    3. Natomiast, i owszem, bogaci się na nich kadra, politycy - oraz trochę i górnicy (a zwłaszcza działacze związków zawodowych). "Spontaniczne protesty górników" są organizowane i opłacane przez dyrekcje kopalń. Górnikom płaci się za te protesty dniówki!

    4. Jeśli państwo sprzeda kopalnię prywaciarzowi, niezależnie od narodowości, i zainkasuje za to pieniądze - to bardzo dobrze. Kopalnia będzie pracować, właściciel płacić podatki (UWAGA: my nie chcemy od nikogo podatków dochodowych - ale kopalnia powinna płacić za węgiel, będący w Polsce własnością państwa; dokładnie tak samo, jak płaci mi ktoś kto weźmie tonę węgla z mojej piwnicy, a potem sprzeda na targu. Oczywiście z zyskiem - w końcu trud wyniesienia z piwnicy jest coś wart...).

    5. Argument (absurdalny - ale socjalistów przekonuje): dzięki prywatyzacji utrzymano miejsca pracy.

    6. Zdarza się (i 20 lat temu było to powszechne), że państwo sprzedawało zakłady pracy tak tanio, że opłacało się je kupić i zamknąć. Prywaciarz, oczywiście tego nie zrobi: sprzeda za tyle, ile jest to warte. Co oznacza, że po takiej operacji mógłby za te pieniądze zbudować takuteńki zakład pracy - i konkurować z nabywcą. Zresztą argument najprostszy: dlaczego Rockefeller nie wykupuje i nie zamyka przedsiębiorstw Thyssena? To pokazuje, że takie operacje robi się tylko z firmami właśnie państwowymi, których "dzierżawcom" (politykom i urzędnikom) daje się łapówki, by sprzedali za bezcen.

    7. Kopalnie polskie (i niemieckie!!) każe zamykać UE (polskie cukrownie też!) - a nie mityczni "Niemcy". Niemcy to wróg, oczywiście – ale nie są aż tacy głupi: zamiast kupować deficytowe kopalnie polskie kupują rakiety... PS. Proszę o przykład firmy kupionej i zamkniętej przez Niemca w w/w celu? 

    8. Utrzymywanie deficytowych firm to idiotyzm - chyba, że chodzi o strategiczne względy wojskowe. Dlatego można dopuścić, że zamkniętą kopalnię państwo odwadnia i utrzymuje w stanie gotowości do podjęcia wydobycia w ciągu dwóch tygodni; z budżetu wojskowego, oczywiście.

    9. Po prywatyzacji wszystkiego zwolniłoby się 550 tysięcy urzędników. Nic dziwnego, że biurokracja popiera utrzymywanie firm państwowych, nawet deficytowych. Zawsze można w nich zatrudnić jakiegoś Misiewicza.

  • 13-08-2017 10:40:00

    Biegłość

     
    Jedną z plag gnębiących sądownictwo jest korzystanie z biegłych.
    Oczywiście: istneją przypadki, gdy normalny sedzia chce lub musi skorzystać z opinii biegłego w
    jakiejs dziedzinie. Tym niemniej twiersdzę, że biegli pojawiaja się w sądach w 95% przypadkow –
    niepotrzebnie.
    Róznie można tłumaczyc to zjawisko. Jednym z wyjasnien jest nieuctwo sędziow - drugim: ich
    brak wiary w swój zdrowy rozsadek. Trzecim, ważniejszym: troska o „czlowieka pracy” - by i
    biegły sobie zarobił (a i tak płaci za to przegrywający proces – i dobrze mu tak!). Czwartym, chyba
    najważniejszym: chęć ucieczki od odpowiedzialnosci: „Zawyrokowalem w oparciu o opinie
    biegłego”.
    W rzeczywistości płacimy sędziom niemale pensje po to, by rozstrzygali sprawy w oparciu o
    wlasny zdrowy rozsadek – i nie spychali odpowiedzialnosci na innych.
    Są dziedziny – np. sprawy o wypadki drogowe – w których wszystko zalezy od opinii biegłych. W
    takim zaś razie to biegli powinni po prostu być sędziami. By rozstrzygnąć, kto zawinił w wypadku,
    potrzebna jest znajpmośc ruchu drogowego – natomiast znajomośc prawa rzymskiego i cala reszta,
    która zajmuja się studenci prawa, jest całkowicie zbędna. Te sprawy powinny być wyłączone z
    normalnego sądownictwa. Jest bowiem absurdem, by wyrok zależał od opinii biegłego – a wydawal
    go formalnie ktoś, kto być może w ogóle nie wie, o co poszło! Tak samo, jak absurdem jest by np.
    tytuły profesorskie nadawał Prezydent...
    Natomiast w pozostałych przypadkach to sedziowie powinni wydawać orzeczenia w oparciu o
    własną wiedzę. By sędziów zmusic do nie chodzenia na łatwizne należy wprowadzić zasade, że od
    zarobków sedziego odejmuje się jakąś sumę – jeśli korzystał z opinii biegłych. Sume nie taka dużą,
    by sędzia zaoszczedzil w sprawie, w której biegły jest bardzo potrzebny – ale jednak taką, by
    sedzia, który notorycznie wzywa na pomoc bieglych, jednak to odczuwał.
    Po prostu: sędzia, który jest niżej kwalifikowany i musi korzystać z pomocy biegłych powinien
    zarabiać mniej. Natomiast ten, który wie więcej (lub też przed rozprawa zada sobie trud, dy
    dogłębnie zbadac kwesti,e procesową) powinien zarabiac wi,ęcej.
    W szczególności dotyczy to spraw rodzinnych – zwlasza sporow o dzieci. Nie wiem jak jest dzisiaj
    – ale ćwierć wieku temu w Stanach Zjednoczonych sedzia rodzinny zapraszal dziecko do swojego
    domu i w swoim ogródku rozmawiał z dzieckiem sam na sam – a potem z rodzicami. Dzies sedzie
    w zasadzie w ogole nie musi widzieć dziecka – opiera się natomiast na opiniach biegłych, którzy
    często są po prostu dewiantami (bo mało ludzi normalnych lubi zajmowac się zboczeniami lub
    problemami trudnych dzieci). Bardzo często są to kobiety wybierajace ten zawód, by zemścic się na
    rodzie męśkim za swoje prawdziwe lub urojone krzywdy. Efektem są wręcz porażajace wyroki – a
    odpowiedzialnośc sedziowie zrzucaja na biegłych. Nawet chcieliby orzec inaczej – ale orzekajac
    wbrew opinii biegłych narażaja się na nieprzyjemne konsekwencje.
    Potrzebujemy sedziów mających wiedzę, autorytet – i odwagę, by korzysta ć ze swojej wiedzy.
  • 02-08-2017 19:50:00

    Poddaję się!

    Poddaję się – bo nie mam już czasu i siły na przekopywanie sterty bzdur, które większość ludzi ma w głowach. Konkretnie: n/t okupacji hitlerowskiej. Nawet z prostowaniem bzdur n/t okupacji Polski przez PRL idzie mi ciężko – więc na tym poprzestanę.

    Poddałem się – gdy mój zacny i uczciwy współpracownik zarzucił mi niezgodność z faktami – a okazało się, że nie wiedział, co to były „łapanki” (kto wie, że łapano ludzi nie mających stałego zatrudnienia – i wysyłano do obozów pracy lub na roboty do Niemiec?) i napisał o mordowaniu mieszkańców Zamojszczyzny podsyłając mi plik, z którego wynikało, że nie chodziło o mordowanie, tylko o wysiedlenia; jednak mała różnica...

    Na pożegnanie z tematem okupacja – kilka uwag metodycznych.

    1) Dane, jakie zaśmiecają Wasze głowy, pochodzą od dziennikarzy, szukających sensacji – lub „naukowców”, opłacanych za udowadnianie założonych tez. Przykład:

    Za dowód polityki III Rzeszy cytuje się np:

    http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/04/28/l4-z-obozu-smierci-wyjasniamy-dlaczego-wladyslaw-bartoszewski-wyszedl-z-auschwitz/3/

    że jakiś zastępca komendanta obozu „Auschwitz-Birkenau” mawiał do nowo-przybyłych: „Popatrzcie tam, na komin. Popatrzcie, to jest krematorium. Wszyscy pójdziecie do krematorium. Trzy tysiące stopni ciepła. Komin to jedyna droga na wolność”.

    Jest to oczywista bzdura. Niemcom zależało, by więźniowie wydajnie pracowali – a takie dictum by ich do tego absolutnie zniechęcało. Prawdziwa propaganda była dokładnie odwrotna:

     

     

    Na pytanie: „Ilu ludzi wyszło z obozu „Auschwitz-Birkenau” odpowiedź brzmi: „Tysiące”. Codziennie. Praktycznie wszyscy zdrowi więźniowie wychodzili z obozu codziennie – do pracy! Przecież Niemcy nie trzymali tysięcy ludzi bez sensu! Na terenie obozu „Auschwitz-Birkenau” nie było jednak fabryk – więc codziennie komanda z (niezbyt silną...) eskortą SS-manów wychodziły do pracy w zakładach IG Farben Industrie i innych. Gdyby byli pewni, że czeka ich śmierć, to by przecież masowo rzucali się do ucieczki...

    2) Ludzie uwielbiają koloryzować. Również n/t własnego zagrożenia i własnego udziału w zdarzeniach. Uwaga: koloryzują tak, by przypodobać się słuchaczom. Po 1926 roku nagle „wszyscy” byli w Legionach (z czego wyśmiewał się śp.brygadier Józef Piłsudski), po 1939 odkrywali w sobie niemieckie korzenie, po 1945:

    „Kiedy jesienią

    Rządy się zmienią,

    Komuna weźmie władzy ster -

    To wtedy tata

    i cała rebiata

    Zapiszą się do PPR

     

    A kiedy wiosna

    Trawy podrosną

    I Mikołajczyk weźmie ster

    To wtedy tata

    i cała rebiata

    Zapiszą się do PSL”

    - ale o wiele prościej „zapisać się” do jakiejś organizacji, która już nie istnieje. Bardzo dobry jest np. „Związek Jaszczurczy” (rozwiązany w 1942).

    Dziś praktycznie każda rodzina za okupacji ukrywała Żydów i organizowała konspiracyjne spotkania. Nieco mniej (jakieś 75%) sympatyzowało z „Solidarnością” i kolportowało nielegalną literaturę. I, oczywiście, wszyscy byli za to prześladowani. Dlaczego mniej? Bo żyją jeszcze świadkowie...

    3) Tendencja ta nasila się z wiekiem. Mój śp.Teść osobiście pokonał dwie dywizje niemieckie i kilka sowieckich (pokonałby więcej, ale na Jego widok uciekały...). Świadectwa osobiste są więc dziś absolutnie niewiarygodne (a jeśli komu wierzyć, to raczej kobietom: mniej są upolitycznione, a mają lepszą pamięć!)

     

    Natomiast WIEM, że to wszystko są łgarstwa. Ja rozmawiałem z ludźmi kilka lat po okupacji. Z ludźmi, którzy za okupacji prowadzili normalne życie; chodzili do kin (kina były pełne - akcja AK "Tylko świnie siedzą w kinie" poniosła sromotną klęskę); chodzili do teatrów; nie wdawali się w konspirację, więc czuli się bezpieczni; robili (na ogół nielegalne – bo w socjaliźmie legalnie się nie daje...) interesy; chodzili do (nielegalnych) liceów; byli na robotach w Niemczech (i bardzo to sobie chwalili, bo bauer parobka nie głodził –  a i Rassenschande czasem udawało się popełnić - podczas gdy ich rodziny w Polsce biedowały).

    I, oczywiście, warszawiacy z nienawiścią mówili o „Borze”, przez którego potracili mieszkania i dorobek całego życia.

    Potem im przeszło. Jakoś to przeżyli – ale byli gnębieni przez Sowietów; a skoro Sowieci potępiali „Bora”-Komorowskiego – to Polacy zaczęli Go lubić!

    A dziś to już wszyscy byli w AK. Lub w Związku Jaszczurczym, oczywiście. Mogą być NSZ. AL jest niemodna. Bataliony Chłopskie zdecydowanie nie – bo chłopi mają dobrą pamięć do nazwisk, i wiedza, kto był gdzie.

    Reasumując: czytając opracowania z tamtych czasów włączcie te trzy filtry, które wymieniły powyżej. Ja będę zajęty prostowaniem kłamstw, bzdur i nonsensów o PRL, o UE, o rządach SLD, PO, PiSu...

    Ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki, oczywiście.

  • 01-08-2017 03:40:00

    Pax Vobiscum! - czyli: o "sędziach pokoju"

    Spory o kształt sądownictwa trwają. Niektórzy ludzie, zrozpaczeni polityzacją sądownictwa, proponują wybieralność sędziów – włącznie z sędziami Sądu Najwyższego. Ja, owszem, bronię zasady wybieralności sędziów – ale dotyczy to sędziów najniższego szczebla. Jest to uzasadnione tym, że Centrala (jaka by nie była) zapewne gorzej prześwietli kandydata na sędziego w gminie – niż uczynią to mieszkańcy gminy. Jednak już sędzia rejonowy (dziś rejon to kilka powiatów) nie jest znany mieszkańcom - więc trudno, by mogli go kompetentnie wybierać.

    Już sama zasada wyboru sędziów budzi sprzeciwy. Np. p.Adam K., radca prawny, pisze:

    We wczorajszej relacji na żywo sam Pan podkreślił, że ludzie nie powinni wybierać sędziów najwyższych szczebli, bo ponad 90% nie potrafiłaby ocenić ich kompetencji. Skąd zatem pomysł, że w rejonach ludzie potrafiliby ocenić kompetencje sędziów sądów rejonowych (czy też prezesów tych sądów)? Przecież to zbliżona wiedza jest potrzebna do tej oceny. (...)

    Mieszkam w Żorach na Górnym Śląsku (niedaleko Rybnika) i nie wyobrażam sobie tych wyborów w 60-tysięcznym mieście. 10 lat spędziłem w Krakowie – trudno mi sobie wyobrazić te wybory w 800-tysięcznym mieście.

    Sędzia sądu rejonowego w Krakowie wyda zdecydowanie więcej na kampanię niż sędzia sądu rejonowego w Żorach. Skąd weźmie na to pieniądze zarabiając 5-6 tysięcy miesięcznie?

    Jest to nieporozumienie. Przede wszystkim funkcja takiego sędziego nie jest taka zaszczytna ani dochodowa, by ludzie wydawali na wybory tysiące na szczeblu gminnym (w miastach: osiedlowym)! To nawet nie byłby canvassing, czyli chodzenie po domach by żebrać o głosy – bo to by raczej obniżało autorytet kandydata.

    Po drugie przypominam, że mam na myśli sędziów najniższego szczebla – kiedyś zwanych „sędziami pokoju” (fatalna nazwa!). Ta instytucja istniała i w Polsce do 1938 roku, zanim sanacja zdławiła resztki wolności. Cytuję Wikipedię:

    Na terenach Polski instytucja sędziego pokoju istniała w różnych formach XIX i na początku XX wieku i została ostatecznie zniesiona w 1938 roku. Sądy pokoju łączyły jurysdykcję w sprawach cywilnych i karnych. Ich organizację określała początkowo konstytucja Księstwa Warszawskiego oraz dekret króla Fryderyka Augusta z 26 lipca 1810 r. Sąd pokoju składał się z wydziałów: pojednawczego, spornego oraz policyjnego. Wydział policyjny był także nazywany sądem policji prostej. W postępowaniu cywilnym rozstrzygał sprawy pojednawcze lub gdy wartość sporu wynosiła od 30 do 160 zł, zaś w sprawach karnych do wysokości grzywny 30 zł lub trzech tygodni aresztu. Do jego kompetencji należały ponadto sprawy o pobicia i obelgi. Apelacje od postanowień sądu pokoju wnoszono do trybunałów cywilnych lub sądów policji poprawczej (sprawy kryminalne). Taka organizacja utrzymała się do 1876 r., kiedy wprowadzono sądy pokoju oparte na modelu rosyjskim.

    W II Rzeczypospolitej sędzia pokoju przewodził rozprawom, w których początkowo oprócz niego uczestniczyło dwóch ławników; od 1927 sędzia pokoju orzekał jednoosobowo. Lokale dla sądów pokoju (lub pokrycie komornego za lokale wynajęte) były zobowiązane zapewnić gminy. Sędzia pokoju pochodził z wyboru mieszkańców danego okręgu sądowego i obejmował funkcję na pięcioletnią kadencję. Kandydat musiał mieć skończone 30 lat, władać językiem polskim w mowie i piśmie, mieć wykształcenie przynajmniej średnie, cieszyć się pełnią praw obywatelskich i nieskazitelną opinią. Wykluczeni byli parlamentarzyści, urzędnicy, wojskowi w służbie czynnej, duchowni, adwokaci i notariusze”.

    Wikipedia nie wspomina o najlepiej rozwiniętym systemie takiego sądownictwa w Królestwie Galicji i Lodomerii (zabór austriacki). Natomiast w przodujących przecież krajach anglosaskich jest tak:

    W Stanach Zjednoczonych sędziemu pokoju podlegają sądy najniższej instancji (orzekające o winie w drobnych przestępstwach i wykroczeniach drogowych), udziela też ślubów; funkcja ma charakter wybieralny i wiążą się z nią wynagrodzenia pieniężne. W Wielkiej Brytanii jest to sędzia lokalny, który nie otrzymuje wynagrodzenia (oprócz diet i zwrotu kosztów); może orzekać grzywny do 5000 funtów i kary pozbawienia wolności na okres do 12 miesięcy”.

    I o to właśnie chodzi!

  • 27-07-2017 23:51:00

    Trój-podział władzy

    W momencie pojawienia się sędziego powstaje nowy rodzaj władzy. Sędzia bowiem ma interpretować Prawo tak, by było to zgodne z wolą kacyka czy innego monarchy – na tym polega jego rola.. Jedyną osobą, która może go kontrolować, jest sam monarcha – i zazwyczaj sprawuje on tę funkcję samemu wydając wyroki w precedensowych sprawach. Ponieważ sędzia ma się tylko wczuwać

    w intencje ustawodawcy, można było bez obawy obdarzać go zaufaniem – a jednocześnie uczynić niezależnym od wszelkich urzędników. Trzeba było to zrobić koniecznie: jakakolwiek ingerencja urzędnika w decyzje sędziego byłaby bowiem naruszeniem praw samego monarchy – w którego imieniu ów sędzia przecież orzeka.

    W ten sposób – ku, zapewne, niezadowoleniu urzędników uformowała się niezależność sędziowska.

    Jednocześnie wraz z rozrostem państw monarchowie, przeciążeni obowiązkami, przekazywali je rozmaitym zastępcom. Ci uzyskali ogromną władzę – i często wykorzystywali ją by pozbawić monarchę prerogatyw. Tak było z majordomami w Europie, szogunami w Japonii – a w czasach najnowszych z I Sekretarzami w krajach komunistycznych. By się przed tym zabezpieczyć monarchowie stosowali zasadę „Dziel – i rządź” - zazwyczaj dzieląc władzę w sposób logiczny i naturalny na Legislaturę i Egzekutywę. Król w ten sposób panował nad sytuacją: osobiście mianował premiera, szefa Egzekutywy, rządzącego w imieniu monarchy – i członków Rady Koronnej, której zazwyczaj sam przewodniczył i sam podpisywał ustawy – wydawane zawsze w jego imieniu.

    W ten sposób wytworzył się ów trój-podział władzy, który dostrzegł i uznał za optymalny śp.Karol Ludwik de Secondat, baron de La Brède et de Montesquieu. Z jednej strony gwarantuje on silną pozycję monarchy – z drugiej zapewnia poddanym bezpieczeństwo i dużą dozę swobód. Monteskiusz powiedział: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności.[...] nie ma również wolności, jeśli władza sędziowska nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej”.

    Monteskiusz zakładał, oczywiście, że nad tym wszystkim czuwa monarcha. Pilnuje, by władze te były obsadzone właściwymi ludźmi – i wtedy może już zajmować się spokojnie kochankami albo polowaniami, interweniując tylko wtedy, gdy w machinie pojawiały się zgrzyty.

    Tu z całym naciskiem trzeba podkreślić, że Judykatura jest najważniejszą z władz – to ona ma, w imieniu monarchy, powstrzymywać Władzę Ustawodawczą i Wykonawczą, która chciałaby naruszyć zakres jego władzy lub gnębić poddanych. Królewicz od dziecka był uczony, że jego najgroźniejszymi wrogami są pochlebcy i właśni urzędnicy. Jeśli o tym zapominał – dynastia zazwyczaj kończyła marnie. Jeśli trzymał urzędników na dystans, a dbał o poddanych – z reguły przechodził do historii jako „Wielki”.

    Cały ten system równowagi runął po obaleniu monarchii. Państwu obcięto głowę – i te trzy władze zaczęły ze sobą walczyć, nie mając rozjemcy. Oczywiście teoretycznie w republice lub w demokracji suwerenem jest Lud – ale, w sposób najoczywistszy na świecie nie jest on w stanie niczego skontrolować ani zapobiec nad'użyciom. W tym stanie rzeczy górę bierze zawsze Egzekutywa, opanowując obydwie pozostałe, a zwłaszcza biorąc srogi rewanż na znienawidzonej kaście sędziów. Urzędnicy nienawidzą sędziów i Prawa, uważając, że hamują oni sprawne działanie aparatu państwowego. W rzeczywistości tak jest – i jest to rola zbawienna; bez tego hamulca aparat państwowy zaczyna się wyradzać w potwora. W monarchii może go czasem trzymać w ryzach osoba panującego – w republice jest to niemożliwe. Dlatego właśnie żywot republik a zwłaszcza demokracyj jest znacznie krótszy, niż monarchij.

    Na zakończenie rozważań ogólnych (dalsze rozważania poświęcone będą Władzy sądowniczej) dygresja przedstawiająca stan w Polsce aktualny.

    OPIS SYTUACJI. Podział Władz nie istnieje. 90% ustaw pochodzi nie z Legislatury, lecz z „rządu”. „Rząd” w rzeczywistości nie jest rządem, lecz (zgodnie z nazwą!) „Radą Ministrów” - czyli III Izbą Parlamentu, wybieraną w wyborach pośrednich, i ma inicjatywę ustawodawczą (funkcje rządu pełnią de facto podsekretarze stanu w ministerstwach!). Parlament z kolei wtrąca się w pracę Egzekutywy (sam to zrobiłem w 1992, w Uchwale Lustracyjnej nakazując pewne działania „rządowi”!) oraz we Władzę Sądownicza – jednak i Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy często występują w roli IV Izby Parlamentu – przez unieważnianie ustaw Parlamentu drogą uznawania ich (w sposób całkiem nieusprawiedliwiony) za „sprzeczne z Konstytucją. Konstytucja z kolei, choć jest Prawem Najwyższym i jej przepisy „stosuje się bezpośrednio” w ogóle nie jest przestrzegana; wśród prawników ugruntowało się przekonanie, że powołanie się na Konstytucję przeciwko ustawie tylko ośmiesza (!!). Prawo jest kompletnie niejasne – i celowo jest tak konstruowane przez prawników, bo mogli je oni dowolnie interpretować.

    Na to wszystko nakłada się jeszcze bardziej bałaganiarskie prawo unijne, mające pierwszeństwo przed krajowym – jednak jest ono niejasne i nieznane, więc bałagan prawny podnosi się do kwadratu. Ostatnie poczynania „Rządu” PiS były próbą likwidacji niezależności Władzy Sądowniczej (przez zastąpienie jej inną, posłuszną sobie) - pod (prawdziwym) pretekstem, że Judykatura nadużywała swoich uprawnień. W który to spór znów wtrąciła się Unia Europejska – i Prezydent, rozpaczliwie usiłując choć w części zastąpić monarchę...

    Można więc uważać, że państwo istnieje nie „teoretycznie” - lecz odwrotnie: wbrew teorii. „Teoretycznie”, to powinno się rozlecieć. KONIEC DYGRESJI c.d.n.

  • 25-07-2017 01:41:00

    O Prawie i Lewie – kilka uwag podstawowych

    O Prawie i Lewie – kilka uwag podstawowych

     

    W małych prymitywnych plemionach rządzi kacyk czy inny wódz. Gdy plemię staje się liczne, kacyk nie może sam decydować w każdej sprawie – wydaje więc ogólne przepisy normujące zachowanie. Im liczniejsze plemię – tym mniejszą część decyzyj kacyk może podejmować osobiście.

    Do tej pory kacyk decydował sam. Był władcą zazwyczaj autorytarnym, ale na pewno totalitarnym. Teraz pojawia się Prawo – osobna władza.

    Jak to był ujął najsłynniejszy francuski historiograf , śp.Aleksy de Tocqueville: „Rządy Prawa są bardziej arystokratyczne od arystokracji. Zamiast być posłusznym jakiemuś arystokracie, trzeba być posłusznym przodkowi tego arystokraty”. Kacykowie zaczynają dostrzegać, że o wiele wygodniej jest powoływać się na jakiś przepis – niż samemu wydawać decyzje, w wyniku których ktoś przecież byłby niezadowolony. A rządzeni też są zadowoleni – bo nie zależą od kaprysów kacyka, wiedzą co im wolno – a czego im nie wolno.

    Te zalety Prawa są widoczne nawet w monarchii absolutnej oświeconej. Śp.Fryderyk Wielki był zachwycony, gdy prosty młynarz nie przestraszył się Jego gróźb i zapowiedział odwołanie się do sędziów w Berlinie. Takie Prawo jest znakomitym kośćcem dla państwa.

    By system Prawa mógł działać, przepisy muszą być jasne, proste i zrozumiałe – nawet dla człowieka o inteligencji niższej, niż przeciętna. Poza tym Prawa muszą być stare. Jeśli przegrywam proces z Kowalskim, na podstawie przepisu wydanego przed tygodniem, zawsze będę podejrzewał, że Kowalski przekupił tego, kto wydawał przepis. Takie Prawo zawsze będzie podejrzane o stronniczość – i na ogół nie bez podstaw. Właśnie dlatego opierać się trzeba na Prawie starym. Jeśli mój spór z Kowalskim rozstrzygnięty jest w oparciu o prawo sprzed stu lat – nie ma podejrzeń.

    UWAGA PRAKTYCZNA: Postulatem minimum, zawartym zresztą w Programie Liberałów wydanym „pod ziemią” jeszcze w 1979 roku, jest, by nowy przepis wchodził w życie nie wcześniej, niż sześć lat od chwili uchwalenia go. Dlaczego akurat sześć? Co najmniej z dwóch powodów.

    Po pierwsze: jest to średni okres zwrotu inwestycji; jeśli zainwestuję w fabrykę, a Ustawodawca zechce mi utrudniać życie – to przynajmniej wycofam swoje wkłady.

    Po drugie: jest to okres dłuższy, niż kadencja parlamentów. Tym samym przepis uchwalony dziś, wejdzie w życie w okresie, w którym rządzić będzie kto inny. Tym samym eliminuje to chęć tworzenia Lewa – czyli „Prawa” nie spełniającego warunków na porządne, stabilne Prawo.

    Powtarzam: z punktu widzenia poddanego czy „obywatela” jest obojętne, kto ten przepis wydał: Parlament, Król czy jeszcze inna władza. Ważne, by z góry wiedział, co go może czekać. Natomiast nie ma żadnej różnicy między sytuacją, w której kacyk zupełnie bez prawnego uzasadnienia wydaje dekret odbierający komuś np. majątek – a sytuacją, w której ów kacyk dzień wcześniej wydał – a raczej „ustanowił Lewo” odbierające majątki. KONIEC DYGRESJI.

    Z czasem, gdy życie się komplikowało, liczba przepisów zaczęła rosnąć. Najlepszym przykładem są dzieje Prawa żydowskiego. Od dwóch tablic z Dekalogiem do Tory, potem do Miszny, a następnie Gemary. Cytuję Wikipedię: „Ścisłe przestrzeganie wielu nakazów mojżeszowych zapisanych w Torze nie było technicznie wykonalne po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej i dlatego rabini musieli ustalić wiążące dla wszystkich Żydów religijne zasady życia w warunkach wygnania (…) Miszna to zbiór początkowo ustnych, a następnie listownych odpowiedzi rabinów wiernym, którzy zapytywali, jak interpretować praktycznie określone zapisy zawarte w Torze. Po uporządkowaniu tej tradycji powstała kodyfikacja obejmująca całą sferę obyczajowości (święta, ceremonie, rytuały, prawa, obyczaje itp.) – w sumie jest to 248 podstawowych obowiązków i 365 zakazów, ułożonych według porządku, jaki występuje w biblijnej Księdze Powtórzonego Prawa. Natomiast Gemara stanowi bardzo obszerny komentarz do poszczególnych fragmentów Miszny, jeszcze bardziej precyzyjnie ustalający właściwe zachowanie pobożnego Żyda w danej sytuacji (…)

    W wydaniu Bromberga (Wenecja 1520–1523), objętość „Talmudu (Miszna+Gemara) Jerozolimskiego” wynosiła 526 kart in folio w trzydziestu siedmiu tomach”.

    W tym momencie pojawia się sędzia – właściwie interpretujący Prawo. Co stwarza zupełnie nową sytuację…

<< poprzednie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 następne >>

Strona 1 z 144 [postów: 20 z 2876]